:::: Maciek "black grzywa" Partyka ::::

Demokracja



Był wczesny ranek. Nie, w zasadzie to była jeszcze noc. Coś między trzecią a czwartą nad ranem. Impreza dobiegała końca, a ja postanowiłem wrócić do domu. Ot tak, po prostu. Zresztą i tak nie miałem tam po co siedzieć. Poszedłem na urodziny gościa, którego pierwszy raz widziałem na oczy. Jak się nazywał? Kamil, Łukasz? Nieważne, ale chyba raczej Łukasz. Nie miałem szans na żaden normalny autobus, kursowały dopiero od siódmej. Były jeszcze nocne - co godzinę. Zrezygnowałem z uprzejmości komunikacji miejskiej i wracałem na piechotę. Nie spieszyło mi się do domu, absolutnie nie. Idąc powolnym krokiem przez opustoszałe miasto mogłem sobie trochę porozmyślać. Myślałem o wszystkim. O miłości, o szczęściu, o bólu głowy, wymiocinach na moich spodniach i o sensie życia. Jakiego tematu nie zacząłbym drążyć, zawsze dochodziłem do tego samego wniosku: wszystko się pojebało.
Nic nie potoczyło się tak, jak sobie zaplanowałem. Wpadłem na tą imprezę, żeby się dobrze bawić. No i żeby poznać fajne laski. Tak, to był nadrzędny cel. Ale jak zwykle nie wyszło. Wypiłem o kilka piw za dużo i przestałem nad sobą panować. Gdybym był wesoły, nie byłoby żadnego problemu. Zrobiłbym tylko kilka głupstw i potem wszyscy byśmy się z tego śmiali. Rzecz w tym, że humor miałem fatalny, podobnie zresztą jak od kilku tygodni. Liczyłem na to, że pod wpływem alkoholu uwolnię się od tego wszystkiego, ale nie. Wraz z każdą dziesiątą częścią promila w mojej krwi, wszystkie niemiłe wspomnienia powracały do mojej świadomości ze zwielokrotnioną siłą. Nie miałem ochoty tańczyć, nie chciałem nawet słuchać muzyki. Jak można w kółko słuchać tego cholernego hip - hopu? Siedziałem w kuchni i sięgałem po kolejne browary z lodówki. Historię mojego beznadziejnego życia opowiadałem każdemu człowiekowi, który się nawinął. Podchodzili, mówili "nie pij tyle", albo "wypij więcej" albo "nie martw się". Tak, na początku coś jeszcze mówili. Ale potem zaczęli mnie olewać. Nikogo nie obchodziło, że siedzę w kuchni i użalam się nad sobą. W końcu wszyscy bawili się w najlepsze. Szybko zapomniałem o zabawie, o muzyce, o laskach. Wyszedłem bez słowa. W końcu impreza już dobiegała końca, a ja postanowiłem wrócić do domu.
Starałem się iść w dobrym kierunku. Nie przywiązywałem już wagi do tego czy idę prosto, czy się zataczam. Wiedziałem, że nikt nie zwraca uwagi, a mnie przecież wszystko jedno. Istniała wprawdzie niewielka szansa, że zgarną mnie psy, ale wcale się tego nie obawiałem. Zawiozą mnie na Kolską do izby wytrzeźwień. Nigdy w życiu tam nie byłem, zawsze to jakieś nowe doświadczenie życiowe. Cholerna atrakcja turystyczna.
Wszystko się pojebało. Całe moje życie.
Trudno powiedzieć kiedy zaczęło być nie tak. Pierwsze życiowe niepowodzenia przypadają na okres podstawówki. Pamiętam, że już wtedy nie miałem kolegów. Nikt mnie nie lubił, bo byłem inny. Nie piłem taniego wina i nie wrzucałem petard do windy. Zamiast tego wolałem czytać książki. Nie zaakceptowali mnie, trudno. Do nauczycieli też miałem pecha. Zawsze pytali mnie akurat wtedy, kiedy byłem nieprzygotowany. A jak już się wykułem, to klasowy kujon przekładał sprawdzian na następny tydzień. Ale mam wrażenie, że to zaczęło się wcześniej. Wszyscy pamiętamy przedszkole. Tak, te wstrętne kożuchy, które trzeba było codziennie wyławiać z mleka, niekończące się leżakowanie i wreszcie najgorsze - wizyty u logopedy. Największy koszmar mojego dzieciństwa! Teraz już byłem pewien, zaczęło się w przedszkolu, choć równie dobrze mogło mnie prześladować od urodzenia. Odkąd sięgam pamięcią, cholerne fatum nie dawało mi spokoju.
Dlatego byłem pewien, ze znowu da o sobie znać podczas egzaminów wstępnych do ogólniaka. Kiedy znalazłem się na liście przyjętych byłem ogromnie zaskoczony. Jednak moje szczęście nie trwało długo. Babka od matematyki za wszelką cenę chciała mnie udupić i wreszcie dokonała swego. Zafundowała mi egzamin poprawkowy pod koniec sierpnia. Musiałem zrezygnować z wycieczki do Grecji i rodzinnego wyjazdu na Mazury. Siedziałem i kułem matmę przez dwa długie miesiące, aż w końcu zdałem na tróję. Zdałem do drugiej klasy. Szybko jednak zorientowałem się, że wiele osób wolało, żeby mi się nie udało.
Nie powiem, żebym był bardzo lubiany w klasie. Czasem słyszę to, co się o mnie mówi. Nudny, niekumaty, beznadziejny, to tylko niektóre ze znanych mi określeń.
Nie jest jednak tak tragicznie. Mam kilku kumpli, którzy od czasu do czasu zapraszają mnie na jakąś imprezę. Nie wiem czy robią to przez wzgląd na to, że często daję im szlugi, czy ze zwykłej sympatii. Nie wiem i nie obchodzi mnie to.
Zawsze lubiłem sport. Podobnie jak reszta chłopaków z mojej dzielnicy uganiałem się za piłką od małego. Wprawdzie nigdy nie byłem wybierany do drużyny jako pierwszy, ale kopałem całkiem nieźle. No i bezbłędnie strzelałem z karnych. Rodzice chcieli mnie zapisać do klubu. Olimpia właśnie ogłaszała nabór chłopców z mojego rocznika. Przyszło chyba ze dwudziestu młodych piłkarzy. Trener wybrał czterech najlepszych. Oczywiście nie byłem jednym z nich. Po tym niepowodzeniu porzuciłem marzenia o piłkarskiej karierze, a moje dryblingi i strzały lewą nogą nie wyszły poza podwórko.
Życie towarzyskie też nie układało się po mojej myśli. Miałem nadzieję, że znajdę kiedyś dziewczynę, która spróbuje mnie zrozumieć, zechce wysłuchać mojego przynudzania, pokaże mi, że warto żyć, że warto żyć dla niej. Niestety wszystkie szukały czegoś innego. Nie nadawałem się na chłopaka. Byłem zbyt niski, zbyt nieśmiały i zbyt nudny, żeby na mnie spojrzeć.
Wszystko się pojebało. Tego byłem całkowicie pewien. Nie wiedziałem tylko, kogo winić za taki stan rzeczy. Starałem się tylko zrozumieć dlaczego innym coś się udaje, a mnie nie. Mogłem szukać przyczyn wszelkich niepowodzeń w swojej psychice. Szybko jednak porzuciłem ten trop uświadamiając sobie, że przecież nic mi się nie udaje bez względu na to, czy wkładam w to maksimum siły i energii, czy od początku nastawiam się na porażkę. Ten czynnik nie miał żadnego znaczenia. Nie wychodziło, czy chciałem czy nie.
Rodzina też pozostawała bez zarzutu. Rodzice nie byli rozwiedzeni, nie molestowali mnie seksualnie, nie byli alkoholikami, nie stosowali przemocy. Nic z tych rzeczy. Żyłem w normalnej polskiej rodzinie.
Mogłem jeszcze wszystko zwalić na boga. To on się uwziął, bo mnie nie lubi. Brzmiało bardzo wiarygodnie, gdyby nie jeden szczegół - nigdy nie wierzyłem w boga. A bajeczki o niepokalanym poczęciu i trójcy świętej nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia.
Wciąż brakowało winnych. A co się robi, gdy nie ma już kogo oskarżać? Trzeba wszystko zwalić na polityków. Tak, właśnie na polityków. To wszystko przez nich.
Balcerowicz musi odejść!!! - krzyknąłem triumfalnie. "Zamknij ryj!" - usłyszałem odpowiedź z jakiegoś okna. Teraz już byłem pewien. Za wszystko ponosił winę polski rząd. Rząd, prezydent, sejm. Te ich cholerne reformy zniszczyły ten kraj. Wszystko przez nich. Reforma oświaty sprawiła, że trafiłem do podstawówki, w której nie miałem kolegów, Urząd Kultury Fizycznej i Turystyki odpowiadał za to, że nie dostałem się do klubu. Przez reformę służby zdrowia potrzebowałem czterech skierowań, żeby dowiedzieć się, że mam katar. Wszystko przez polityków. Wszystko przez tą cholerną demokrację. Ustrój, który prowadzi do rządów większości. Większości ludzi niedouczonych, niedojrzałych i nieodpowiedzialnych. Tak, teraz głupi tłum decydował o wszystkim. Do władzy doszła banda roboli, wieśniaków i meneli spod sklepu. Zepchnęli intelektualistów na samo dno. Ludu pracujący miast i wsi, cieszcie się, bo oto dziś nastąpiła wielka chwila, debile rządzą naszym krajem, co za radość! Szedłem ulicą i wygłaszałem moje postulaty. Cała dzielnica powstawała pod wpływem mojego krzyku.
Byłem z siebie dumny, bo wreszcie odkryłem prawdę. Winę za wszystkie moje niepowodzenia ponosili ci debile, którzy dokonali wyboru elit rządzących, proletariat. Teraz już wiedziałem, że póki nie położę ich wszystkich trupem nic w życiu nie osiągnę. Moją misję postanowiłem zacząć jak najszybciej. Od razu wypatrzyłem pierwszą ofiarę. Facet ubrany w dres, około 20 lat, zakazana morda - on na pewno dokonał złego wyboru, on jest odpowiedzialny. Rzuciłem się na niego z pięściami. Z całą pewnością nie spodziewał się nagłego ataku. Nie był w stanie uniknąć trzech pierwszych ciosów. Uderzyłem z furią w policzek w nos i w podbródek. Przeciwnik lekko zatoczył się do tyłu, po czym wyprowadził kontratak. Pierwszy cios minimalnie minął moją twarz, drugi trafił mnie w brzuch z taką siłą, że nie mogłem złapać tchu. Kilka następnych uderzeń pozbawiło mnie wszelkich złudzeń. Trójpodział władzy wyrył krwawy ślad na mojej twarzy, podobnie jak zasada suwerenności narodu. Po wpływem potężnych ciosów zrozumiałem ustrój demokratyczny w płaszczyźnie politycznej, ekonomicznej i społecznej. Dopiero teraz wszystko stało się jasne.
Porzuciłem moje plany związane ze studiowaniem politologii. Zamiast tego zapisałem się na siłownię. Teraz będę chodził po ulicach i wpajał młodym ludziom zasady funkcjonowania współczesnego państwa.


Maciek "black grzywa" Partyka

blackgrzywa@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||