:::: Moyra ::::

Ciszy zacisznej ona, a w kolejce czeka on



z nią to było tak, po prostu była, tu, tam, wtedy, gdy zabijano Louisa i nie wiem, czy nie dałbym głowy, jakby okazało się, że była w to zamieszana. Bo wiesz
no wiem
przerwałem mu, gdyż wiedziałem, ze należy do ludzi z pokroju tych co lubią, wręcz kochają pieprzyć o niczym, nieważne, czy to ma jakieś podstawy prawdomówności. Uciekała mi, bawiąc się mną, zostawiając ślady "złapiesz mnie?", "czyżbyś się podawał?"
facet zamówił szklaneczkę, jak to on określi " czegoś mocniejszego". Chyba jeszcze dodał, że jego ulubienica jest, delikatnie mówiąc, wkurwiona, i łyczek czegoś tam ma dać mu animuszu.
Było tu brzydko; leniwe muchy obłaziły blat, skąpany w tłuszczu, a za którym przywiędłej urody kelnerka poprawiała ramiączko od stanika. Muzyka z gatunku tych łatwych i przyjemnych mieszała się z rozmową młodego małżeństwa.
- Nie nie nie!!! - jasnowłosa kobieta w oburzeniu wyrzuciła ręce do góry w geście największego zniechęcenia. - Nie mam ochoty żreć się z twoją mamusią! - ostatnie słowa powiedziane z przekąsem.
- Ależ kotku...
dalej rozmowa ucichła i wychodząc z baru zastanawiałem się, co mógł kotek usłyszeć ciekawego. I czemu takie dziewczyny wychodzą za miernoty, marnując swe ciała dla nich.
- Pan Szmyczak?
tak, w istocie ja tu teraz stoję, wspinały. Oczywiście nie powiedziałem tego
- Tak, ja
- Taka jedna kazała panu przekazać - tu się chłopczyk zamyślił, a na jego natchnionej, obsypanej pryszczami twarzy, pojawił się niewyobrażalny wręcz wysiłek. "lisica nie wróci do smoka"
kokietka. Wymruczałem
a właściwie, co ten oddalający się chłopak mógł pomyśleć, słysząc te zdanie?
Jakieś mierny wers do książeczki, która zalega za ladą, a uśmiechnięta pani na okładce "mówi" wyrazy w białej, komiksowej chmurce, wydymając zmysłowe usta: "lisica nie wróci do smoka"
papieros zalśnił czerwonym światełkiem, zaciągnąłem się, myśląc o niej, wdychając dym, jakbym znów czul jej ciało, tę mieszankę perfum, tytoniu i jej czegoś osobistego. Nienawidziłem jej. Po zgaszeniu papierosa uznałem, ze jednak ją kocham, kocham i nienawidzę w istocie.
w drogę więc. Nucąc cos skocznego, oddalając się dystyngowanym krokiem mogłem uchodzić za Kogoś. Tylko, że zarost, zaczerwienione oczy, drżenie rąk jakoś nie pasowały.
lecz ona tam jest

hotel, w którym się zatrzymałem, należał do tych nowoczesnych, zimnych, schludnych i bezpłciowych budynków. Pokój nr 314 zawierał wszystko to, co jest potrzebne podróżnemu. Łóżko, łazienkę i telewizor z pilotem, który bezpiecznie spoczywał na pufie. Jakoś zejście na dół odstręczało mnie. A schody, które prowadziły do otwartej przestrzeni ludzi, budziły we mnie niepohamowany niczym lęk, z natury, a czy to ważne jakiej?
zaległem na tapczanie, nawet się nie przebierając. Za ścianą leciały niepokojące dźwięki, chyba Chet Baker wyżywał się na swoich instrumentach, ten niezrównany jazzman, tworzący nastrój, lecz nawet jego "All Blues" nie mogło powstrzymać mnie od zaśnięcia.



śniła mi się mozaika jej twarzy, jej małego nosa, kształt miękkich ust. Później w surrealistycznej bajce marów, zakładała maski, śmiejąc się, oblepiając całe swoje ciało gazetami, na których wydzierało się słowo "fuck", za przeproszeniem. Nie ma jak mierny w swej wyobraźni erotyk zmęczonego mężczyzny.
a później już nie pamiętam co mi się śniło, chyba ten Chet Baker lepił się do moje En. Zwięźle, to był koszmar.

Szklaneczka ginu, uśmiech, który zawsze działał na kobiety (to tak nieskromnie), pachnący, umyty, z nowym ubraniem, mogłem zmierzyć się z otoczeniem. Klimatyzacja wydawała niepokojące dźwięki, sztućce hałasowały układane przy talerzach, o wzorzystych ornamentach. Koło mojego stolika (tak wczoraj jakoś ustaliłem) siedziała Ona. Widziałem jak włosy miękką falą spoczywają na karku, jej zadarty nosek, święcące oczy, słyszałem szelest bransoletek na chudych nadgarstkach i już chciałem podbiec, gdy uświadomiłem sobie okrutną prawdę!
P-o-m-y-l-i-ł-e-m się! Nie jest to moja Emili En, En Emili, Mili, po prostu nie.
Kobieta nawet jej nie przypominała; to moje chore rojenia stworzyły z czegoś nieistniejącego obraz piękna. Puszyste włosy okazały się szczeciną pokryte farbą w kolorze jajecznicy z tym modnym balejażem. Bransoletki, owszem były, ale przegub na pewno nie był delikatny. Byłem zły, na siebie i na tą wywłokę o ustach pokrytych szminką; miała ją jeszcze na zębach, bo dobrze się jej przyglądałem. Wstyd mówić, tylko po to, by ją sponiewierać w myślach, ukarać, za to, że wziąłem ją za swą ukochaną, wyśnioną i znienawidzoną Li.
- Przepraszam, mogę?
na początku nie doszło do mnie, ze kobieta przeze mnie oglądana zmieniła miejsce i już nie mam jej obrazu przed powiekami. Mrugnąłem gwałtownie.
- Tak? - podniosłem się niezgrabnie i podałem rękę. Jej dłoń była zimna, sflaczała. - Frau...? - zawiesiłem głos.
- Lewińska, jest pan Niemcem? Nie wygląda pan, i nieźle mówi po polsku.
czyli jest głupia, jak można wywnioskować po "tak", czy ktoś mówi płynnie językiem tejże krainy.
- Nie, nie jestem, coś trochę, w ogóle jestem nieczysto rasowy. Pra(ileś tam pra)dziadek był Żydem, ożenił się z Cyganką (skandal mały był), dzieci ich także pozyskały dla naszej familii obcą krew, w tym niemiecką, a później zabory. U nas tak się złożyło, ze wylądowaliśmy w Prusach - mówiłem, usta się nie zamykały, a u niej odwrotnie, pożerała mnie wzrokiem, nieznacznie odchylając szyję, wypinając biust.
Z mego jestestwa wyrwało się westchnięcie. Co ja tu robię? Z nią? A nie u boku najpiękniejszej dziewczyny, utrapienie jakby Wokulskiego. Takie piękne, wyniosłe i nie nasze, towarzyszu, nie nasze. Czy mam się targnąć na życie jak jakiś szczeniak; w imię, imię czego właśnie? Strzelić sobie w głowę i skończy się danse macabre
- Bo wie pan, to interesujące, a za przeproszeniem, nie dosłyszałam nazwiska.
bo nawet nie powiedziałem
- Niezmiernie mi przykro, strasznie boli mnie głowa - uśmiech męczennika. - Czy mógłbym?
nie czekając na to jak zareaguje, wspinałem się już na schodach. Mój anonimowy przyjaciel (tak nazwałem wielbiciela jazzu) katował odtwarzacz, tym samym pieściła moje ucho Elvirą Jones. Czy to nie przypadkiem "Youngblood"?
Pokój, łóżko, cel na wyciągnięcie dłoni. Fiolka czegoś tam, na problemy emocjonalne, które przeżywa 2/3 społeczeństwa. Żółto-czerwone, zachęcały. Cel mojego życia, mojej wędrówki bólu, w krainie luster, pijackich próśb "wypij mnie", przemienione "połknij mnie" ciebie złotko zawsze i wszędzie.

chwilo trwaj! jesteś tak piękna!

da się nabrać? Jesteś?


i znowu kolejny pusty dzień w środku bezdusznego hotelu. Czasem En mówiła, że chce, ach, jak ona chce spędzić rok w trasie. Mijać dziką naturę, sypiać w takich budynkach, jeść niezdrowe żarcie i być z tobą, słonko. Ze mną... tylko ze mną.
gorączkowe szukanie fiolki, a w niej lśniące czerwono-żółte tabletki, które zapewniają spokój. Wysypane drżącą ręką na blat. Dzisiaj wezmę tylko cztery, popiję zdechłą wodą. Twarz opłuczę. Wyglądam jak na siebie dobrze, a wskazówki nieznośnie odmierzają czas. Mucha chodzi po lustrze, zatrzymuje się, myje się tymi śmiesznymi łapkami. I bzzz, leci. Jakiś wrzask roznosi się po korytarzu, a może to są słowa. Bolesne, wbijające się w głowę, jej okrutne, pełne niesprawiedliwości: "Nienawidzę cię!!!", "Nigdy mnie nie kochałeś, ty..."
kochałem
i to jak

***

siostra Katarzyna uznała go za fatalny przypadek, który budził w jej jakże poczciwej i miłościwej duszy uczucia iście rozlegle - od zniechęcenia "ten wykolejeniec znów zwymiotował tabletki!", po najczulszy szept wydobywający się z piersi "on jest nieszczęśliwym człowiekiem, nie można go winić"
a po chwili dodawała: "to ta mała suka go do tego zmusiła!"


wrak człowieka leżał na podłodze, drżał konwulsyjnie i łkał charkliwe z trudem oddychając. Leżące na podłodze szmaty, rozbebeszone gazety, fiolki oraz opakowania po środkach nasennych wyglądały jak małe zabawki, najlepsze towarzystwo człowieka.
kobieta ze zdjęcia z czułością spoglądała na mężczyznę; fotografia później została precyzyjnie porwana na małe, podłużne paseczki.


była w moich ramionach, krucha, piękna, lśniąca, moja, moja. Cholernie hałasowali, wdzierając się do środka, zdzierając gardła, plując prawie przy tym. Byli zdenerwowani. Drżały im ręce, jeden bezgłośnie powiedział "O Jezu" i odruchowo się przeżegnał, ścierając pot z twarzy. Miał złotą obrączkę, pobrudzone palce i długą, ciągnącą się od nadgarstka do zgięcia łokcia szramę. nazywał się Milicki. Porucznik Milicki, którego miałem przyjemność poznać, gdy odciągnął mnie od uśpionej Emili.


15 ran kutych, dwie kule, zabójstwo prawdopodobnie o podłożu seksualnym.
- On ją całował! Martwą, krwawiącą, przyssał się do niej.
- Proszę sobie darować takie szczegóły.

***

ja ją tylko kochałem!!!

Louis zabawiał się z moją Emili Kartez. Z moją małą, ukochaną, piękną dziewczynką. Oddane trzy, może cztery strzały i ta świadomość i spokojny głos w przeraźliwe białym, wygodnym pokoiku:
"ona nie żyje"
"połknij tabletki"
"grzeczny chłopiec"
"nie, to wcale nie jest hotel, nie, skąd, wcale, a wcale wczoraj nie byłeś na wieczorku koktajlowym, ech, słonko, tabletki"

nie żyje?
cicho, coraz bardziej ciszej
cicho, ciepło, ciemno

En...


Moyra

antymon4@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||