Skutki
Siedział na urwisku i wpatrywał się w fale, biczujące niewzruszoną powierzchnię skał. Nie mógł zrozumieć, dlaczego wszystko skończyło się tak nagle, dlaczego nic nie uratowało tego, czego nie chciał stracić. W jednej chwili jego cały świat rozsypał się, jak kryształowy wazon, na milion kawałeczków. Sam nie wiedział, kiedy uda mu się to wszystko pozbierać do kupy, nie był pewien, czy w ogóle będzie to potrafił zrobić. Nie był pewien, czy w ogóle będzie chciał to zrobić. Gdy patrzył raz na fale, raz na niebo życie, a właściwie ostatnie dwa lata, przelatywało mu przed oczami. Sam nie wiedział, co sprawiło, że po tych tragicznych kilku dniach, właściwie nic nikomu nie mówiąc, spakował walizkę, wsiadł w samochód i przyjechał nad morze, szukać spokoju. Już tak od trzech dni, żył na klifach, za dnia chadzał po plaży, nocami wpatrywał się w gwiazdy, prawie wcale nie jadł i nie spał. Można powiedzieć, że on wtedy tylko wegetował.
Cierpiał i maił to wypisane na każdym kawałeczku brązowej skóry, nie mógł się otrząsnąć z tej życiowej porażki. Nie pierwszej zresztą. Będąc tutaj, na plaży zdążył już sobie przypomnieć wszystkie nieudane związki i miłości, które wcale się związkami nie zakończyły. Zawsze podkreślał, że tylko ten ostatni był prawdziwy, tylko po nim się czegoś spodziewał.
Wcześniej nie było mu łatwo, raczej nie miał powodzenia u kobiet, trochę przez to, że nie miał wyglądu jakiegoś boskiego Włocha, a trochę przez jego charakter. Nie można powiedzieć by w młodości nie interesował się kobietami, ale zawsze nauka wychodziła na pierwszy plan. Dopiero w liceum zakochał się do nieprzytomności w jednej z koleżanek z klasy, był gotów rzucić dla niej wszystko i zrobić wszystko to czego ona zapragnie. Niestety nie dane mu było szczęście przy jej boku, bo inne ramię wybrała, które miało ją podtrzymywać w drodze przez życie, a on znów został sam i w samotności lizał rany. Potem były jeszcze dwie inne przelotne znajomości, znowu wróciły stare rany po tej pierwszej, na chwilę wróciły też nadzieje, gdy dowiedział się, że ta pierwsza wymarzona nikogo nie ma. Długo jednak nie pozwoliła mu żyć marzeniami. I tym razem postarał się zapomnieć.
Zaczęła się trzecia klasa liceum, zaczęła się nowa znajomość. Tym razem już mądrzejszy o doświadczenia lat ubiegłych, podszedł do niej z dość dużym dystansem. Dziewczyna była bardzo popularna w klasie, nigdy nie spodziewał się, że ktoś taki może zwrócić uwagę na jego skromną postać. Ona w wakacje zerwała z chłopakiem, chyba tak jak on szukała lekarstwa na ból.
Na początku był wypad na piwo z paczką z klasy, potem drugi i trzeci. Chłopak szybko awansował w hierarchii klasy, ludzie nagle zaczęli go zauważać, niektórzy może go nawet polubili. On jednak nie bardzo zwracał na to uwagę, dla niego liczyła się tylko ona. Na wyjściach dużo rozmawiali, poznawali się wzajemnie. Zmienił zdanie na jej temat, wiedział, że nie pasowała do tych ciągłych imprez, odnalazł w niej drugie "ja". Z jej wnętrza wyłoniła się przy nim cicha, spokojna, bardzo uczuciowa osoba, którą życie już nie raz porządnie skrzywdziło. Często miał ochotę ją przytulić, ale bał się by niczego nie popsuć. Rozumiał już, jak bardzo mu na niej zależy, postanowił jednak się z tym nie zdradzać, przynajmniej tak długo jak to tylko będzie możliwe.
Nigdy nie umiał dobrze ukrywać swoich uczuć. Na imprezie u niej w domu zdradził się i przepadł z kretesem. Miała go odtąd w garści i nie raz i nie dwa z tego korzystała. Po miesiącach ciężkich bojów przełamała się i powiedziała mu, że go kocha. Dziwne, bo stało się to w szpitalu, w którym dwa dni wcześniej przechodziła planowaną operację. Te dni, które spędził przy jej łóżku i długie rozmowy, dały świetne podwaliny dla ich związku, właściwie to od tamtej pory nie wyobrażali już sobie życia bez siebie. Owszem czasami się kłócili, ale nigdy nie trwało to dłużej niż pół godziny, a w większości przypadków zamykali się w magicznej granicy pięciu minut.
Tak przeżyli ze sobą dwa długie lata, spędzili wakacje nad jeziorem, byli razem na pielgrzymce, bawili się na kilku dyskotekach i na tym pierwszym w życiu każdego człowieka balu - studniówce. Mieli wielkie plany, po tym, jak oboje zdali na studia, obiecali sobie, że jak tylko się one skończą, jak już każde, będzie miało przed nazwiskiem skrót mgr to się pobiorą i będą mieli gromadkę dzieci. Może myśleli, o tym jak gówniarze nie mający pojęcia o brutalnej rzeczywistości, może mieli nadzieję, że rodzina wyżyje z samej miłości, ale to właśnie sobie na początku studiów obiecali.
Niestety było więcej zgrzytów niż dobrych chwil. Ona miała bardzo dużo zajęć, on mniej. Bardzo go bolały słowa "przeprasza kochanie, ale nie mam dzisiaj czasu, muszę się uczyć", tym bardziej, że słyszał je naprawdę często. Starał się ją zrozumieć, ale było mu naprawdę ciężko, tym bardziej, że ona wcale nie chciała mu w tym pomagać. Owszem, ciągle zapewniała o swojej wierności i miłości. I rzeczywiście kiedy zostawali sami to wszystko jakby na nowo odżywało, znowu byli razem, cieszyli się z radości drugiej osoby. Ale takich chwil było coraz mniej.
On był bardzo zaborczy, chciał ją mieć tylko dla siebie, nie mógł znieść myśli o tym, że ktokolwiek inny mógłby spędzać z nią więcej czasu niż on sam, a tak niestety było. Z tego powodu były ciągłe kłótnie i nieporozumienia, potrafili się do siebie nawet cały dzień nie odzywać co jak już wspomniałem nie było dla nich zwyczajne. Coś zaczynało pękać, choć oboje nie chcieli tego zauważyć. Nadeszła pierwsza w ich życiu sesja, masa materiału do opanowania i minimum czasu dla tej drugiej osoby. Zaczął podejrzewać, że ona kogoś ma. Nie miał żadnych podstaw, sam nie wiedział dlaczego się tak zachowuje, ale liczył, że to zmieni coś w ich stosunkach.
Ona uczyła się bardzo dużo, ale też cierpiała wiele. Zawsze była mu wierna, nigdy go nie zdradziła i nigdy też nie zamierzała tego zrobić. Płakała po nocach, miała do niego żal, że nigdy nie potrafił jej naprawdę zaufać, nigdy nie dał jej maksimum swobody. Dusiła się w sieci w jaką ją wplątał, chciał mieć nad nią bezgraniczną kontrolę. Bardzo go kochała i nie chciała, aby ich związek się rozpadł, ale pewnego dnia już nie wytrzymała. Powiedział o jedno słowo za dużo, rzucił o jedno oskarżenie z wiele i czara goryczy się przelała. Krzyknęła tylko, że ma dość jego ciągłych insynuacji, i że nie może znieść tej jego ciągłej presji.
Zerwała z nim. Bezpowrotnie zakończyła tę znajomość, tęskniła za nim, ale wiedział, że on się nigdy nie zmieni, a ona potrzebowała spokoju.
Mieli już nigdy nie być razem.
Pewnego niedzielnego poranka oglądała w telewizji wiadomości. Mówili o gigantycznej katastrofie. Zderzyły się dwa pociągi, jeden pasażerski, a drugi z setkami ton ropy naftowej. Zginęło ponad 100 osób. Pożaru nie udało się ugasić nim nie strawił połowy osobowego składu.
Dwa dni później, kiedy w najlepsze siedziała przy komputerze, który bardzo jej go przypominał, bo to on go wybierał, usłyszała tępy dzwonek domowego telefonu. To dzwoniła jego matka. Pomyślała, że ona chciałaby wiedzieć, że on leży w szpitalu i nie ma wielkich szans na całkowite wyzdrowienie. Natychmiast zaczęła się ubierać, chciała się zabrać do szpitala, w którym leżał, razem z jego rodzicami, ponieważ było to jakieś 50 km od jej miasta rodzinnego. Przez cała drogę do szpitala właściwie ze sobą nie rozmawiali. Jego rodzice trochę się domyślali, że to przez nią ich syn tak nagle wyjechał, ale nie mieli pewności.
Do sali w szpitalu najpierw weszli rodzice. Mieli pobyć parę minut, a potem miała wejść ona i zostać z nim sama. Tak też się stało.
Gdy przyszła jej kolej weszła powolnym krokiem, z duszą na ramieniu, jak to się mówi, nie wiedziała, co ma mu powiedzieć, tęskniła za nim przez ten cały czas, chciała go przeprosić, prosić o wybaczenie, chciała, żeby znowu byli razem. Bała się tylko jego reakcji na takie słowa.
Kazał jej usiąść na brzegu łóżka, zapytał co słychać i w ogóle był zdziwiony, że do niego przyjechała, jego głos był pełen goryczy. Nadal ją kochał, nawet przez sekundę tego czasu rozstania nie pomyślał o innej, ale teraz nie chciał łaski, dlatego jego głos był tak oschły. Nie chciał proponować ponownego spotykania się, bo nie chciał teraz jej łaski.
Mijały minuty, a oni albo milczeli, albo mówili o "pierdołach". W końcu ona zapytała go, czy nie chciałby jeszcze raz spróbować, powiedziała, jak bardzo tęskniła, mówiła, że nie mogła sobie znaleźć miejsca w domu, na uczelni też jej słabo szło. Prosiła go wręcz by to wszystko sobie przemyślał i dał jej odpowiedź.
Niedługo potem przyszli rodzice. Musieli już jechać. Pożegnali się z synem i wyszli z pokoju, ona miała zaraz do nich dołączyć. Kiedy już miała wstawać z łóżka on złapał ją za rękę i wyszeptał "Dziękuję Ci, zadzwonię jak tylko to sobie wszystko poukładam w głowie.".
Długo czekała, nie wiedział co ma ze sobą zrobić, wałęsała się po okolicy, prawie nic nie jadła, czekała na jego telefon tak, jakby od tego zależało całe jej życie. W gruncie rzeczy właśnie tak uważała. Dla niej był to najważniejszy telefon. Poza tym miała w pamięci słowa jakich użyła rozstając się z nim. Wiedziała jak musiały go zaboleć. Bała się, że raz jedyny w życiu on zrobi inaczej niż ona go poprosiła by zrobił.
Po dwóch tygodniach wyszedł ze szpitala. Lekarze praktycznie w 100 procentach przywrócili go do pełnego zdrowia. Cieszył się, że żył!
Podczas nocy spędzonych w szpitalu miał wiele czasu na rozmyślanie o tym, co go spotkało w życiu. Wrócił pamięcią do dzieciństwa, do zabaw na podwórku przed blokiem, gry w piłkę z kumplami ze szkolnej ławy, przypomniał sobie czas egzaminów do liceum - pierwszą porażkę w życiu, potem rozmyślał już tylko o niej. Próbował przypomnieć sobie, jak najwięcej szczęśliwych chwil jakie spędzili razem. Przypomniał sobie również chwile, gdy się kłócili, najczęściej o jakieś błahostki np. o to, że nie powiedział, że idzie gdzieś z koleżankami, albo, że on nie miał dla niej czasu, bo pomagał ojcu. Oboje popełnili w swym związku bardzo wiele błędów. Zastanawiał się, czy są w stanie je naprawić, czy są w stanie spróbować jeszcze raz.
W końcu przyjechała do niego do szpitala, sama chciała wrócić. A przecież ty nie mogłeś bez niej żyć, jedynym twoim pragnieniem było to, by ona do Ciebie wróciła, a teraz wystarczy tylko zadzwonić i umówić się na spotkanie. Zrób to, nie zaprzepaść tej okazji, bo sobie tego nigdy nie wybaczysz. Tak właśnie mówił do siebie, gdy szpitalne korytarze świeciły nocą pustkami.
Było dość późno, gdy wszedł do budynku przepięknej, położonej na uboczu kawiarenki "Pod brzozą". Aromat podawanej tam kawy unosił się w całej okolicy tak, że trudno było tam nie trafić. Siedziała przy stoliku przy oknie i patrzyła na ptaki szczebiocące na trawniku. Jeszcze nie wiedziała, czy on chce być z nią, przez telefon poprosił tylko o to spotkanie. Usiadł i delikatnie ujął jej rękę.
Kiedy chciał wypowiedzieć pierwsze słowo do kawiarni wpadło dwóch facetów w maskach, zaczęli wołać pieniędzy. Mieli broń! Nie był strachliwy. Szybko wstał i spróbował wyrwać pistolet z dłoni jednego z napastników. Szamotanina nie trwała długo. Wszystko przerwał huk strzału.
Bandyci uciekli.
Ktoś stał nad nim, słychać było w oddali syreny wozu pogotowia, czuł jej ciało blisko. Kiedy otworzył oczy, zobaczył łzy w jej oczach, błagała go by nie umierał, mówiła, że się zabije jeśli jego zabraknie. Powoli coraz trudniej było mu oddychać, krztusił się własną krwią. Zanim przyjechał lekarz on wyszeptał jej najgłośniej jak tylko mógł : "kocham Cię moje Słoneczko i zawsze Cię będę kochał, w niebie również". To były ostatnie słowa jakie usłyszała od niego.
Długo płakała trzymając jego głowę na swych kolanach, gdy lekarz przyjechał mógł tylko stwierdzić zgon. Zginął dwudziestoletni mężczyzna, który pragnął jedynie wiernie kochać i także samo być kochanym.
Marek Kaczmarek
9scorpio9@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||