Gość
Jak zwykle w piątkowy wieczór położyłam się spać z zamiarem odespania całego tygodnia. Nie nastawiłam budzika. Oczy szybko się zamknęły, a umysł pogrążył w stan odprężenia.
Tym bardziej zdziwiłam się, gdy usłyszałam donośnie pikanie. Sen szybko uleciał, a ja byłam zmuszona wyjść z cieplutkiego ukrycia i wyłączyć wstrętną maszynę, kolejny wynalazek człowieka, który zarazem ułatwiał i uprzykrzał nasze życie. Zmrużyłam oczy i z trudem odczytałam godzinę. Trzecia rano. Dziwne, czułam się nawet nieźle. Jakbym się już wyspała.
- No, nareszcie - usłyszałam znudzony męski głos.
Wystraszyłam się nie na żarty, jednak nie krzyknęłam. Siedział na moim fotelu, w przeciwległym kącie pokoju. Nie wiedziałam jak wygląda, bo było całkiem ciemno.
- Kim jesteś i co tutaj robisz?! - zapytałam lekko drżącym głosem, bezskutecznie próbując go zobaczyć.
- Spokojnie, nic ci nie zrobię - odparł ciepłym, lecz stanowczym i pewnym głosem. - A teraz zaświeć światło - rozkazał.
Powoli podeszłam do najbliższej ściany i nacisnęłam włącznik. Pokój rozjaśnił się gwałtownie. Zbyt gwałtownie. Moje źrenice szybko się skurczyły, mimowolnie zamknęłam oczy. Ale już po chwili wszystko wróciło do normy, a wzrok przyzwyczaił się do sztucznego oświetlenia.
Teraz mogłam go dokładnie obejrzeć. Siedział jak typowy mężczyzna, nogi rozkraczone, postawa idioty. Podpierał głowę prawą ręką, był wyraźnie znudzony. Przyglądał mi się, jednak w jego oczach nie było zainteresowania. Jakby mnie dobrze znał.
Był sympatyczny, nie dałoby się go nie lubić. Średniego wzrostu, brązowe, krótkie włosy. Oczy chyba niebieskie, siedział za daleko, żebym zobaczyła dokładnie. Rysy ostre, charakterystyczne. Lekko odstające uszy, o dziwo, dodawały mu uroku. Dobrze zbudowany. Oceniłam go na około dwadzieścia pięć lat.
Miał na sobie czarny golf i czarne spodnie. Ta czerń była niesamowita, wręcz niemożliwa. Nawet nowe, dopiero co kupione ubrania nie są tak czarne. Denerwowała mnie.
- Czy mógłbyś mi łaskawie powiedzieć co tutaj robisz?! I kim jesteś?! - zapytałam ponownie, starając się wyglądać na pewną siebie.
- Dobrze, już dobrze. Zaraz wszystko ci wyjaśnię. Usiądź. - wskazał ręką moje łóżko.
Posłusznie usiadłam, wciąż wpatrując mu się prosto w oczy. Wcale go to nie peszyło. Niestety.
- Nie znasz mnie... - zaczął powoli, przeciągając każdą literę.
- Też mi nowość - przerwałam mu.
- Mogłabyś tego nie robić? Mimo wszystko jestem od ciebie starszy - wyglądał na oburzonego.
- Niewiele - odparłam, a po sekundzie dodałam: - najwyżej kilka lat.
- Mylisz się. Ta różnica jest o wiele większa - odrzekł, w ogóle nie przejmując się moim wyrazem twarzy. Złośliwy uśmiech nie opuszczał jej ani na chwilę. - A więc nie znasz mnie, natomiast ja znam cię lepiej niż ty sama.
Zrobiłam zdziwioną minę, kiwnięciem głowy zezwoliłam na kontynuację. Jednak w głębi duszy czułam, iż niewiele go owo zezwolenie obchodziło.
- A więc powiem wprost. Jestem twoim Aniołem Stróżem. - powiedział i uśmiechnął się jakoś dziwnie. Smutno.
Zaskoczył mnie. Anioł Stróż? Takie kity wciska się małym dzieciom! Już kilka lat temu przestałam wierzyć w Boga, był w moim życiu jak najbardziej zbędny. A oto objawia mi się mój Anioł Stróż. Akurat!
Pomimo tego uwierzyłam mu. Jakby wbrew sobie. Jakby ktoś uwierzył za mnie. Bez mojej wiedzy podjął decyzję.
- Powiedz, dlaczego ci wierzę? - zapytałam bezmyślnie.
- Zmusiłem cię do tego. Wiesz dlaczego budzik zadzwonił? - zrobił efektowną pauzę, czekając na moją odpowiedź.
- Nie wyłączyłam go. Czasem mi się to zdarza.
- Nie. - uśmiechnął się tryumfująco. - Otóż nie mogę cię dotknąć. Tylko w ten sposób mogłem cię obudzić. Chociaż tak naprawdę tych sposobów jest o wiele więcej, ale ten był pierwszym, o jakim pomyślałem. - wyjaśnił.
- A nie mogłeś obudzić mnie głosem?
- Próbowałem, ale masz mocny sen. Poza tym nie chciałem obudzić przy okazji połowy domu.
Zaraz, coś tu jest nie tak. Anioł, który najpierw pomyślał o budziku, którego mogą słyszeć inni? Zaczynałam wątpić.
- Wiem o czym myślisz. - dodał i uśmiechnął się... jakoś tak... obleśnie.
Jakby wiedział o moich WSZYSTKICH myślach. Mimo woli się zaczerwieniłam.
- Zaczynasz wątpić, a mój wpływ na ciebie się zmniejszył. - stwierdził.
- Czy ty w ogóle chcesz, żebym w ciebie uwierzyła? - zapytałam.
- Właściwie to... chyba nie... - powiedział jeszcze bardziej znudzonym głosem.
Miałam ochotę go olać, obrazić się na niego, być zła. Nie udało mi się. Jego naprawdę nie dało się nie lubić.
- Po co więc rozmawiamy? - zapytałam lekko tylko obrażona.
- Nie wiem. - zrobił idiotyczną minę.
- Zawsze wydawało mi się, że anioły są wszechwiedzące... - zdobyłam się na ironię. Ale on wcale się nie zraził. Ponownie uśmiechnął się głupkowato. - Wszechwiedzący jest tylko szef. Wydaje mi się, że nudzi cię to tak samo jak mnie.
Nie miał racji, byłam coraz bardziej zaciekawiona. I on o tym wiedział.
- Jak chcesz, możesz sobie iść. - starałam się być obojętna. - Wcale mi nie zależy na rozmowie z tobą. Po co tu przyszedłeś? Chcesz mnie nawrócić, czy co?
Roześmiał się. Irytowało mnie to. Ale wciąż nie potrafiłam być na niego wściekła.
- Spokojnie, przecież ja żartuję. Chcę z tobą porozmawiać, chcę, żebyś uwierzyła. Przepraszam, ale drażnienie ciebie sprawia mi przyjemność. - teraz starał się być miły.
- Mów do rzeczy, albo się żegnamy. - ja nie miałam zamiaru być miłą dla niego.
- No dobrze, już mówię. Otóż znudziło mnie wieczne obserwowanie twojego życia. Zapisywanie błędów, które popełniasz. Nie chciało mi się wkraczać do akcji. Pamiętasz, jak złamałaś sobie rękę? Zaczytałem się wtedy. Albo gdy wpadłaś do stawu. Wolałem sobie rysować.
- Po co mi to mówisz? Żeby mnie poniżyć? Pokazać jak mało cię obchodzę? - zapytałam i ta bariera jakby zaczęła pękać. Czułam, że jeszcze trochę i w końcu zdołam poczuć tą nienawiść.
- Och, wcale nie o to mi chodzi. Słuchaj, ja uciekłem. Mam tego dość. Skoro przez całe twoje życie nic nie robiłem, a żyjesz, to chyba mogę sobie odpuścić? Po co my w ogóle istniejemy? - przerwał, jakby czekał na odpowiedź. A jego oczy... zmieniły się. Kryła się w nich... nadzieja? On liczył, że mu odpowiem!
- Przykro mi, ale nie wiem. Czy nie mogłeś zapytać o to Boga?
Jego twarz straciła blask, uśmiech zniknął.
- Odchodzę. Przyszedłem, żeby ci o tym powiedzieć. Żeby się pożegnać. Mimo wszystko cię lubię. Chociaż to co robisz ze swoim życiem, to największy idiotyzm, jaki kiedykolwiek widziałem.
- Idiotyzmem jest przeciwstawiać się przeznaczeniu. - stwierdziłam stanowczym głosem.
- Wierzysz w to? Wierzysz w przeznaczenie? - zapytał, ale nie czekał na odpowiedź. - Kto powiedział, że moim przeznaczeniem jest być aniołem? Mam tego dość! Koniec z tym. Szef dowie się za kilka dni...
- Jak to?! - przerwałam mu. - Sam mówiłeś, że jest wszechwiedzący!
- Przecież to wymysł, ty w to uwierzyłaś? On sam niczego nie zrobi. On nami tylko dowodzi. Dopóki moi przełożeni mu nie doniosą, nie będzie nic wiedział. A gdy się dowie... ja już będę daleko. - uśmiechnął się do siebie. - I przydzielą ci innego anioła.
- Ale.. ale co ja zrobię? - zapytałam bezradnym głosem.
- No więc słuchaj. Będę pierwszym. Pierwszym, który uciekł. Nie wiem, co się może stać. Dlatego tu jestem. Chcę cię ostrzec. Przez te kilka dni uważaj na siebie. A potem... potem wszystko wróci do normy. Nawet nie zauważysz zmiany. Obiecuję. - zamyślił się.
Jakoś coraz bardziej mnie to śmieszyło. Miałam ochotę wybuchnąć dzikim śmiechem. To brzmiało jak fabuła jakiegoś niskobudżetowego dramatu. I ja w tym brałam udział!
- A więc... żegnaj. - powiedział, a jego oczy zwilgotniały.
Podszedł i objął mnie. Wesoły humor momentalnie odleciał, zamiast niego poczułam smutek. Gorzki żal. I jakąś pustkę.
- Nawet nie wiem jak masz na imię... - szepnęłam.
- Cyprian. - odszepnął.
- Ale... ja... mam teraz tyle pytań. Nie możesz iść!
- Muszę. - puścił mnie. Wstał. - Żegnaj. I... mimo wszystko... dziękuję ci... za te siedemnaście lat. - uśmiechnął się.
Przyłożył ręce do skroni i zmrużył oczy. Nie minęła sekunda, a zniknął.
Byłam bardzo smutna. Ogarnął mnie żal. Położyłam się w łóżku i na chwilkę zamknęłam oczy.
Gdy otworzyłam je ponownie... niczego nie pamiętałam! Po prostu się obudziłam. Za oknem było jasno. Spojrzałam na budzik. Dziesiąta. Czułam, że coś jest nie tak. Cały dzień zastanawiałam się, o co może chodzić? Bezskutecznie. Miałam tylko czarną plamę w pamięci. Czarną jak... znałam coś tak czarnego.. ale... co to było?
Myosotis
myosotis_87@o2.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||