Decorum est pro patria mori
Piotrek ze znudzeniem obserwował płatki śniegu spadające na pobliskie drzewa, dachy domów oraz ludzi spieszących każdy w swoją stronę, w sobie tylko znanym celu. Zapewne chcieli skończyć coś co zaczęli przed chwilą, wczoraj, miesiąc, rok temu... Wpadł w nostalgiczny nastrój. Pomyślał, że wszyscy ci ludzie, nie wyłączając jego, zmierzają ku końcowi czegoś, co zaczęło się z chwilą ich narodzin. Nieustannie, wytrwale i bez żadnych skrupułów wszyscy zbliżamy się do śmierci, pomyślał gorzko. Życie trzeba wykorzystać, wycisnąć z niego jak najwięcej póki się je ma. "Dupa tam" - wyszeptał.
A on miał życie zdrowe, prawie nowe, mało używane. I nie wiedział co z nim zrobić. Miał postępować tak jak do tej pory, według narzuconego przez najbliższe otoczenie schematu? Wyrosnąć na takiego szarego człowieka jak ci tam, za oknem? Tego na pewno nie chciał, a jednak wszystko wskazywało na to, że tak będzie. Zresztą niewiele mu już brakowało by dorównać tamtym ludziom. Miał 16 lat, wzrostem już z nich większość przewyższał: ojca, matkę, wszystkich w rodzinie, niektórych ludzi na ulicy.
Na tych rozmyślaniach uciekło bezpowrotnie 15 minut kontemplowanego przezeń życia. Wstał, bezwiednie ubrał buty trekkingowe, kurtkę, zarzucił plecak i ruszył w drogę do szkoły. "Publiczne Gimnazjum w ..." tutaj napis na czerwonej tabliczce przy głównym wejściu do budynku został zdarty nie wiadomo dlaczego i przez kogo. Piotrka wcale nie zdziwiło, że nie spotkał kumpli w drodze tutaj. W końcu było już 10 minut po dzwonku na lekcje, więc na korytarzach nie było nikogo. Nawet woźny gdzieś się zaszył. Z braku szczerej ochoty na udział w cholernie (przez duże CH) nudnej lekcji chemii, nie wszedł do pracowni. Usiadłszy na jednej z ławek, wyjął z plecaka wypożyczoną ze szkolnej biblioteki książkę. Nie zajmowały go zbytnio losy tępawych bohaterów horrorka, który przynajmniej miał nim być, a został jego parodią, która nawet nie śmieszyła, a przerażała emanującą z siebie głupotą, brakiem logiki i debilizmem. Piotrek z irytacją wrzucił książkę do kosza na śmieci. Uznał, że dla dobra ludzkości zapłaci te kilka złotych za zgubienie książki. "Przynajmniej ocalę kilku ludzi przed tym idiotyzmem", powiedział do siebie. Z rezygnacją wszedł do klasy. Trochę zaskoczony, zarówno małą liczbą uczniów jak i brakiem nauczyciela, witał się z dwunastoosobową grupą kolegów i koleżanek. Usiadł obok Marcina i Michała przy stanowisku do doświadczeń chemicznych przeznaczonym dla trzech jednostek ludzkich.
- Gdzie reszta? - zapytał ogarniając wzrokiem klasę.
- Jedni chorzy, innym nie chciało się przychodzić na chemię. Tobie też się nie chyba spieszyło, nie? - odpowiedział pytaniem Marcin.
- A Pstrągielówna wyszła zaraz na początku i ślad po niej zginął. - dorzucił uśmiechając się życzliwie Michał - Dopisaliśmy ci piątkę z fizyki, z odpowiedzi.
- Dzięki. A ładnie chociaż wyszła? Piątka, się znaczy, nie Pstrągielka. Żeby nie poznała, bo może być po ptokach.
- Nie pozna. - zapewnił Marcin - Ręką mistrza nie można spieprzyć - uniósł swoją prawicę pod światło i przyglądał się jej z podziwem, co wprawiło w świetny humor pozostałych.
- A żałuj, że tego nie słyszałeś: "wy róbcie sobie ćwiczonka, ja zaraz wrócę". Mówiła, jakby jej pęcherz pękał. -sparodiował młodą nauczycielkę Michał. Wywołał tym salwę śmiechu na najbliższych kilku stanowiskach.
- Zachowywałbyś się jak człowiek, a nie jak prymitywny chłop - zgorszona wyraziła swe poglądy Bożena.
- Milcz, obrońco praw i dobrego imienia krzywdzonych nauczycieli chemii! Milcz - krzyczał w nagłym przypływie weny twórczej skrytykowany Michał - albowiem spadnie na ciebie kara boska i ty także chemii nauczać będziesz!
Po pewnym czasie, kiedy ogólny nastrój rozbawienia powoli dogasał, Piotrek wyjął z plecaka zeszyt i zaczął na ostatniej stronie kreślić niedbale niezrozumiałe nawet dla siebie znaki, linie, kształty itp. Po kilkudziesięciu sekundach wytrwałej pracy ze zdumieniem odczytał zdanie, które nieświadomie nabazgrał: " I co robisz?". Napisał: "Nic". Teraz mógł odczytać ze swojego dzieła: " To przestań". Przyjaciele z niemniejszym niż jego zdziwieniem przyglądali się nie zjawiskom na kartce papieru, a wyrazom twarzy jakie przyjmował. On sam zaś chyba wyczuł ich badawcze spojrzenia gdyż podniósł wzrok znad zeszytu i popatrzył na nich marszcząc czoło w namyśle.
- Co ci jest? - zapytali zatroskani.
- Nic. Albo coś? Nie wiem... Zresztą sami musicie to zobaczyć. Tego się nie da tak normalnie wytłumaczyć.
- Co zobaczyć? Jak ci się głupio miny zmieniają? To jest, stary, widowisko godne najlepszego klowna. Takiego debila z siebie robić? - powiedział niemal z podziwem jeden z nich.
- Zamknij ryj i patrz! - rozkazał Piotrek pisząc na swojej "cudownej" kartce: "Kim jesteś?".
"To przestań" na ich oczach przybrało kształt nowych słów. Tym razem brzmiały one: "Kaulonnus, jestem tu tylko przejazdem. Zaraz wracam do swojego świata, nie mogę stracić za dużo z tego co się tam dzieje. Jestem tam bogiem. Nie jedynym zresztą. Tyle ciekawych rzeczy mnie ominęło przez pobyt w waszym świecie. A u was nuda..." Przyjaciele wymienili pytające spojrzenia.
- Dobre! Powiedz mu żeby nas zabrał ze sobą! - krzyknął rozentuzjazmowany Michał.
- Dobra, ale żeby później nie było na mnie - odpowiedział Piotrek, po czym przelał marzenie kumpla na papier.
* * *
Dwanaście osób leżało spokojnie na skąpanej w czerwonych promieniach słońca rozległej polanie w środku gęstego lasu. Spali. Nagle Piotrek poczuł bynajmniej nie świeżą woń rozkładającego się mięsa. Otworzył oczy. Na jasnoczerwonym niebie nie było widać żadnych chmur, gdzieniegdzie pojawiały się pierwsze gwiazdy. Powoli uświadamiał sobie, że leży na wolnym powietrzu, na trawie, jest ciepło, a śniegu nie ma, co wydało mu się dziwne, zważając na to, że jeszcze rano temperatura wynosiła prawie dziesięć stopni Celsjusza poniżej zera, a świat za oknem pokrywała trzydziestocentymetrowa pokrywa śniegu. Na początku myślał, że to nadal sen, a za chwilę zadzwoni budzik i będzie musiał wstać. Mimo że nie usłyszał budzika. Wstał. Rozejrzał się po polanie: w promieniu kilku metrów, w bezładzie rozrzucone były ciała współtowarzyszy katorgi zwanej przez niektórych nauką. Nie chcąc być banalnym, zamiast uszczypnąć się w celu sprawdzenia, czy to aby nie sen, uderzył się z całej siły w brzuch. Nieszczęśliwie trafił w przeponę, więc upadł na kolana łapiąc oddech. Przed nim, na ziemi, leżał zeszyt do chemii podpisany jego imieniem i nazwiskiem. Ze szczątkowych wspomnień zaczęła wyłaniać się sensowna całość. Pamiętał poranne kontemplacje, lekcję chemii, czat z jakimś bogiem od kału, prośbę przyjaciół... Tutaj kończyło się wszystko. Z namaszczeniem napisał kolejne zdanie używając długopisu dołączonego do zeszytu.
- I co teraz? - zapytał szeptem sam siebie - Gdzie jesteś Kaukuposie?
"Witaj w moim świecie, Pietropociu." - odczytał.
- Jaki Pietropociu?! Piotr! Nazywam się Piotrek!
"A ja Kaulonnus. I nie życzę sobie nazywania mnie Kałem, Kupą lub kombinacją obu tych słów."
- To nie muszę pisać żeby z tobą gadać?
" W moim świecie, nie. Wystarczy, że do mnie mówisz, ale ja nigdy nie przemówię do ciebie."
- Wypas, że tak powiem. To teraz mi coś wytłumacz. Po pierwsze: gdzie my jesteśmy, po drugie: jaką mamy datę, po trzecie: dlaczego tu jesteśmy i wreszcie po czwarte: co tak śmierdzi?!?!
"Będę odpowiadał na pytania według kolejności ich zadawania. Jesteście w Landarii. To świat rządzący się własnymi prawami, gdzie każdy dba o siebie, a wasz świat nie ingeruje w to co tu się dzieje. Oczywiście jest tu wielu ludzi z Polski, ale nie wnieśli oni nic z waszej rzeczywistości. Tylko parę nic nieznaczących szczegółów. Data jest taka jak u was, tylko ten świat wolniej się rozwija. Stąd też nazwa - Landaria od landary - czegoś powolnego. Trzeci pytanie jest wyjątkowo zabawne. Przecież sami chcieliście żebym was zabrał ze sobą jak będę wracał. No to jesteście. A tak śmierdzą te małe, żółte kwiatki. Radzę je wam zabrać ze sobą do obozu, bo mogą się wam przydać."
Piotrek poświęcił chwilkę na przeczytanie tego bądź co bądź długawego tekstu.
- Atoś się, stary, wysilił.
"Tylko nie stary, Pietropociu.'
- Tylko nie Pietropociu, grzybie.
Nagle wskazujący palec prawicy Piotra opadł i zaczął spokojnie dyndać u jego ręki. Właściciel ofiary z niemym zdumieniem na twarzy zaczął wyginać palec z dowolnych kierunkach. W innych okolicznościach zapewne zawiązałby na nim supełek, ale teraz był zbyt zaintrygowany nowym doświadczeniem.
- O w pizdu, co ty zrobiłeś z moim paluchem??? - z wysoko uniesionymi brwiami wyszeptał prawie niedosłyszalnie Piotrek.
"To za grzyba. Następnym razem ci go urwę. To była tylko przestroga, masz go z powrotem."
Niedoszły kaleka z westchnieniem ulgi poruszał wszystkimi zdrowymi palcami.
- Szkoda, że nie ma już tamtego tekstu z odpowiedziami na moje pytanie. Wspomniałeś, chyba coś o jakiejś drodze, obozie... Co to ma być?
"Ponieważ was tu sprowadziłem, będę miał od czasu do czasu dla was specjalne zadania, podpowiedzi i rady. Chyba, że mi się nie będzie chciało, co jest wielce prawdopodobne. Przypuszczam, że nie macie zamiaru spędzić tu następnych dziesięciu lat, więc proponuję zamieszkanie w obozie ludzi na północ stąd."
- Pewnie, że nie mam zamiaru tu zostać dłużej niż jeszcze pół godziny. To górna granica, dolnej nie ma. Odeślij nas wszystkich zaraz do naszego świata! - zażądał.
"To niemożliwe. Najbliższy termin powrotu to 17 luty 2014 roku. Macie tu kawał czasu. Są też dobre wieści. Kiedy wrócicie do siebie po dziesięciu latach będziecie dokładnie w tych samych miejscach, z których was zabrałem. Tam czas się dla was zatrzymał. Tam nadal jest ranek 17 lutego, a tutaj już wieczór." To przypomniało Piotrkowi, że musi w końcu obudzić resztę. Kiedy oderwał wzrok znad zeszytu i wstał, zobaczył, że za jego plecami stali wszyscy chłopcy z jego klasy. W osłupieniu przyglądali się jego osobie.
- Jak długo tu stoicie? - uśmiechnął się do nich blado.
- Wystarczająco długo, by dużo zrozumieć - odpowiedział Przemek, jeden z ich sześcioosobowej grupy zgranych ze sobą kumpli, którzy razem potrafili wiele. Gorzej jeśli zostawali od siebie odseparowani.
- Trzeba obudzić pozostałych... pozostałe - poprawił się Piotr zauważając, że tylko dziewczyny jeszcze spały.
Piotrek wspomagany przez świetnie już zorientowanych kumpli opowiedział wszystko od początku do końca. Przez całe pół godziny nieprzerwanego potoku słów ze strony chłopaków dziewczyny dzielnie się trzymały. Dopiero kiedy Tomek powiedział: "To już koniec.", zaczęły różnie na to reagować: jedna stała nieruchomo, nie odrywając wzroku od jakiegoś niewidocznego punktu nad horyzontem, jedna usiadła zrezygnowana na ziemi, schowała twarz w dłoniach i zaczęła cicho szlochać, trzy uklęknęły obok niej i zaczęły ja pocieszać, a ostatnia podeszła do Piotrka i zapytała patrząc mu uważnie w oczy, czy to prawda. Ten zaś, również patrząc rozmówczyni w oczy, odpowiedział smutnym głosem:
- Niestety, tak - na te słowa Agnieszka oparła swoja głowę na piersi Piotra, co przyszło jej bez trudu, gdyż nie musiała się schylać, bowiem nie należała do grona osób specjalnie wysokich, do którego można by zaliczyć Piotrka. Od razu jednak odskoczyła zrażona.
- Co tak śmierdzi? - powiedziała wskazując wzrokiem miejsce, gdzie wcześniej spoczywało jej czoło.
- To te cholerne kwiatki - burknął zły, że smród jakiegoś zielska przerwał tę romantyczną chwilę - Spałem na brzuchu akurat na tym szicie. - Agnieszka skinęła ze zrozumieniem głową.
Osobą, która padła na ziemię z płaczem była Paulina - bardzo nielubiany w klasie osobnik, często nazywany takży BigAssem. Nie ze względu na swoją przesadną tuszę, gdyż nie był to dla nich powód do dyskryminacji, a przez swój charakter, idiotyczne podejście do innych ludzi, oraz głupotę ogólnie. Dziewczyny także nie przepadały za BigAss'em, ale nie dawały tego po sobie poznać i przynajmniej starały się to przed nią ukryć.
Piotrek tymczasem starał się dokładnie przypomnieć sobie rozmowę z bóstwem. Śmierdzące kwiaty coś mu przypomniały, coś bardzo ważnego, co pod wpływem natłoku wrażeń i informacji umknęło jego uwadze.
- Zbierajcie te śmierdziele - wskazał na żółte roślinki - Kaulonnus powiedział, że mogą się nam przydać w drodze.
- W drodze dokąd? - zapytała jedna z dziewcząt. Piotrek skierował wzrok na przyjaciół, którzy zrozumieli, że nie wie dokąd mieli się udać. Michał odpowiedział spiesznie za niego:
- Do obozu ludzi, na północ stąd.
Nikt już o nic nie pytał. Rozpoczęli przygotowania. Jedni zbierali kwiaty, inni komisyjnie stwierdzali gdzie należy się udać, aby dojść do obozu. Sprawdzili więc według położenia gwiazd, księżyca i mchu na drzewach, w którą stronę biegnie kierunek północny. Jedynie Piotrek siedział samotnie na środku polany i toczył z Kaulonnusem zażarty bój o więcej wskazówek dotyczących ich pobytu tutaj. Dowiedział się, że oprócz ludzi są tu też różne rasy znane im tylko z książek fantasy. Poza standardem, czyli przyjaźnie nastawionymi elfami i krasnoludami, mogli spotkać orków i inne stworzenia, do spotkania z którymi wcale się nie kwapili. Ale były też dobre nowiny, m.in. że dobrze odgadli strony świata, śmierdzące kwiatki mają właściwości lecznicze, ale przed spożyciem trzeba je odpowiednio przyrządzić, że jeśli w ciągu tych dziesięciu lat jakie przyjdzie im spędzić w Landarii zostaną przez kogoś pozbawieni życia, sami je sobie odbiorą lub dziwnym trafem po prostu przestaną żyć, to i tak będą w nienaruszonym stanie zwróceni ojczyźnie, czyli Polsce. Po ewentualnej śmieci będą siedzieć z innymi zmarłymi w Ogrodzie Oczekiwań, gdzie jest po prostu NIEBYWALE nudno.
- Nie opłaca się umierać - zsumował Tomek.
Przemek, który od dłuższego czasu ze zmarszczonym czołem coś rozważał, rozchmurzył się i zapytał najuprzejmiej jak potrafił:
- Możemy dostać mapę tych okolic? Powiedzmy... obszar stąd do obozu ludzi?
"Bardzo śmieszne. A może mam was tam za rękę zaprowadzić?" - pojawiło się w zeszycie.
- A mógłbyś? - naiwnie, z ogromną nadzieją w głosie zapytała BigAss. Ta wypowiedź bynajmniej nie wywołała wybuchu śmiechu. Niektórzy potrząsali z niedowierzaniem głową, zastanawiając się nad rozmiarami ludzkiej głupoty, inni uśmiechnęli się z politowaniem. Kaulonnus puścił to najwyraźniej mimo uszu:
"Narysujcie sobie sami mapę". Dwie dziewczyny miały ochotę podjąć się tego zadania, więc Piotrek odstąpił im zeszyt oraz długopis. Niestety nie na wiele się zdały ich starania, gdyż już po pierwszych kilkunastu minutach marszu zdały sobie sprawę z tego, że droga i tak cały czas prowadzi prosto, a w leśnych ciemnościach ledwie widziały kto idzie przed nimi. W milczeniu posuwali się naprzód.
Po opuszczeniu polany cały czas szli wydeptaną przez niezidentyfikowane bliżej stworzenia ścieżką, wiodącą przez gęsty las. Na przedzie podążali Piotrek, Michał, Marcin, Przemek i Tomek, za nimi równie milczące co oni dziewczęta, a na końcu zamyślony, ostatni zawodnik w tym dwunastoosobowym zespole.
Kamil - bo tak miał on na imię - był niezwykle dziwną osobą. Zazwyczaj tryskający poczuciem humoru, sprawiający pozory jakby nigdy nie miał żadnych problemów, lubiący żarty, ważył się na każdy głupi pomysł, byle był wystarczająco zabawny i utwierdzający innych w przekonaniu, że nie jest normalnym człowiekiem. Uchodził za świra jeśli chodzi o dokonywanie rzeczy wymagających odwagi i naprawdę dużej dawki "pozytywnego pojebania", jak sam to nazywał. Z drugiej strony, w głębi duszy był bardzo ostrożny i dokładnie rozważał każdy krok. Nikt nigdy nie widział w nim tego co miał w sobie cenniejszego niż szaleństwo, mianowicie wrażliwości, rozwagi, dystansu do świata oraz umiejętności wspaniałej oceny sytuacji. Tym razem trzymał się z tyłu drużyny rozmyślając nad wszystkim co powiedział im Koulonnus. Cały czas coś mu się nie zgadzało, dręczyły go wątpliwości. Brakowało mu tylko wyraźnego znaku, aby całą swoją wiedzę poprzeć dowodem i przestrzec resztę przed bożkiem. Tymczasem trzymał się z tyłu nie chcąc zdradzić się swoim zamyśleniem przed przyjaciółmi.
Po około godzinie nieprzerwanego marszu, drzewa zaczęły się wyraźnie przerzedzać tworząc miejscami dobre miejsca na chwilowy odpoczynek, ale nie na całonocny obóz. Piotrek zatrzymał pochód w jednym z takich miejsc. Pomimo, że oficjalnie nie ustalali w swojej drużynie żadnych podziałów, nie wybierali w demokratycznym głosowaniu przywódcy, to Piotrek wyraźnie kierował grupą. Oczywiście miał podstawy aby tak postępować. Najpierw było nawiązanie kontaktu z Kaulonnusem. Już to, że to on ich wciągnął w ten świat powinno go zobowiązać do wyprowadzenia ich stamtąd, ale najbardziej chyba chodziło o to, że wszyscy w zespole byli jego bliskimi znajomymi. Poza Bożenką i Paulinką, które nawet jego, zazwyczaj zimnego i opanowanego doprowadzały na skraj wytrzymałości psychicznej. Minął czas na odpoczynek. Musieli pospieszać, jeśli chcieli zdążyć do obozu przed wschodem słońca.
Północ. Wszyscy, bez wyjątku, nawet BigAss rozumieli powagę sytuacji i bez zbędnego ociągania się i słów skargi podążali drogą, której nie otaczał już las, a wysokie trawy, które zresztą zmniejszały się wprost proporcjonalnie do długości przebytej drogi.
Pierwsza... Wpół do drugiej... Piotrek z zaniepokojeniem zauważył, że idą coraz wolniej, wyglądają jak prowadzeni na rzeź... Podzielił się tym spostrzeżeniem z Kamilem.
- A dokąd nas prowadzisz - odpowiedział spokojnie - jeśli nie na masakrę?
Piotrek spojrzał na twarz rozmówcy, spodziewając się tam zastać ten uśmiech, który zawsze na niej gościł po dobrym kawale. Nie zobaczył go, twarz Kamila nie drgnęła kiedy to mówił. To nie był żart, to nie było nawet pytanie. Obydwoje zdawali sobie sprawę z tego, że to była przepowiednia. Tylko jeszcze wtedy to do nich nie dotarło.
Trzecia. Trawa okalająca ścieżkę sięgała maksymalnie do pasa. Nagle w oddali, naprzeciw nich, nieco na zachód zamajaczyło słabe jeszcze światło. Podbudowani przyspieszyli. Po kilku minutach mogli już policzyć ilość ognisk palących się o rzut kamienia od miejsca ich postoju. Coś im podpowiadało, że należy zachować ostrożność. Po kolejnych kilku minutach przekonali się, że dobrze zrobili posuwając się ugięci i najciszej jak potrafili. Nie przerywając marszu doszli już bardzo blisko owego miejsca. Zobaczyli to, czego od początku drogi obawiali się najbardziej. Orkowie. Było ich czterech, po jednym przy każdym ognisku. Siedzieli opierając się o pale solidnego, drewnianego ogrodzenia, za którym spacerowały nieznane nikomu stworzenia. Wyglądały jak krzyżówka tygrysa z odyńcem. Z tym, że dużo większe. Brązowe lub szare futro, długie, wysmukłe cielsko, wielkie łapy i pysk - duży, wyglądający na tygrysi, gdyby nie kolor futra i olbrzymie, niewątpliwie ostre szable wyrastające z pyska. Chociaż przy mdłym świetle ogniska trudno było rozróżniać, to jednak częściowo ocenili, a częściowo odgadli zarówno kolory futra, jak i szabel, które nie były ani czarne, ani szare, a czerwone. Woleli nie wnikać od czego, jednak najniespodziewaniej odpowiedź sama przyszła.
Dwaj orkowie siedzący najbliżej siebie i ścieżki porozumieli się z sobą w swoim niezrozumiałym, bełkotliwym języku. Wstali i powoli, z ociąganiem zaczęli się zbliżać do grupy nastolatków. Ci zaś siedzieli bez ruchu czekając na koniec. Piotrek przeklął w duchu rzekę od pewnego czasu płynącą po prawej stronie drogi. Niedawno była dla nich błogosławieństwem pojąc spragnionych ludzi. Teraz odcięła drogę ucieczki przed powoli zbliżającą się śmiercią... Tym razem jednak nie było dane im umierać, jednakże Śmierć nie odeszła daleko... Orkowie zatrzymali się nad rowem, którego wcześniej nikt z podróżnych nie widział. Uklękli, schylili się i z trudem wyciągnęli ogromne, wciąż opływające krwią, zmasakrowane cielsko zapewne potężnego niegdyś zwierzęcia. W dwójkę zaciągnęli je do prymitywnej zagrody i wrzucili do środka. Około dwadzieścia stworzeń równocześnie skoczyło do ofiary. Zrobiło się nieprawdopodobnie głośno: jedne warczały, inne wyły, szczekały, rwały w strzępy opływające krwią mięso, biegały, tupały i wydawały z siebie dziesiątki nieartykułowanych dźwięków.
Początkowo każdy w grupie patrzył na to z obrzydzeniem wymalowanym na twarzy, które później przeszło w osłupienie, a po chwili pewnie zrodził by się paniczny strach, gdyby nie szybka interwencja Piotrka, który rozkazał biec ile sił w nogach na północ. Korzystając z zamieszania oddalili się od tamtego miejsca o dobre trzysta metrów, kiedy wreszcie znużeni padli na ziemię. Leżeli bez słowa kilka minut.
- Kto musi, niech odejdzie kawałek i tam rzygnie - polecił Piotrek nie odrywając wzroku od gwiazdy, którą sobie upodobał padając tutaj.
- Nie wiesz też czym mamy wymiotować?! Od... - Bożena zaczęła liczyć godziny odkąd przenieśli się do tego świata - Od ponad 17 godzin nic nie jadłam!
- Przykro mi - odpowiedział niewzruszony. Wcale nie wyglądał jakby mu było przykro. - Ja też nic nie jadłem od... wczorajszego obiadu. Nie chce mi się liczyć, ale zgaduję, że to już ponad 30 godzin. Nie jadam śniadań ani kolacji, musiałem stracić kilka kilo. I proszę, udało się - uśmiechnął się blado. Skłamał. Dobrze wiedział, że od jego ostatniego posiłku minęło już prawie 40 godzin. Dokładnie widział podłużny stół na szkolnej stołówce, talerz z jedzeniem, kumpli śmiejących się razem z nim z kolejnego, niewybrednego dowcipu. Wszyscy... on... Michał po lewej, na końcu stolika... na prawo Kamil... po przeciwnej stronie Marcin... obok niego Przemek, na drugim końcu Tomek. Wszyscy leżeli teraz nieopodal, wszyscy równie głodni, zmordowani i milczący, z oczami skierowanymi w niebo. Przyglądali się gwiazdom. Jedna spadła.
- Czas... - szepnął Kamil. Ruszyli dalej.
Dochodziła czwarta. Niedługo miało wzejść słońce, a oni nadal szli, ale nie tak jak wcześniej, znużeni, z pospuszczanymi głowami, półprzytomni. Teraz każdy pilnował się, rozglądał czujnie na boki, kiedy szli nieosłonięci wśród traw. Strach przed czającą się nieopodal śmiercią. Z ulgą powitali kolejny las, do którego weszli. Nawet nie myśleli o orkach, którzy mogli się tu czaić. Ku ich zdziwieniu ściana lasu szybko się skończyła, miała może pięćdziesiąt metrów, w ciemności nie mogli dobrze oszacować. Wyszli na polanę. Po prawej wciąż płynęła ta sama, która uchroniła ich od powolnej śmierci na stepowej drodze, która dała im nowe siły i wreszcie która odcięła im drogę przed orkami. Na północnym zachodzie majestatycznie wznosiły się potężne, kamienne mury, które poznali tylko po świecących się na nich pochodniach. Bezstresowo pobiegliby tam, gdyby nie dobrze oświetlony obóz orków, który rozciągał się naprzeciwko murów.
- Chwila oddechu i biegniemy cicho brzegiem rzeki, a jak będziemy na wysokości zamku to na chama do murów - zdecydował Piotrek. Inni kiwnęli tylko głowami, czego w ciemności rzucanej przez las, na skraju którego stali i tak nikt nie zauważył, a już na pewno nie Piotrek, który w myślach układał trasę biegu.
- Lepiej nie biec zaraz pod murami - powiedział Tomek - Mogą zaś wziąć nas za orków i rozwalą czymkolwiek, co będą mieli akurat pod ręką.
- No - poparł go Przemek - najlepiej pobiec pomiędzy obozem orków, a zamkiem. Tam - wskazał ręką - jest zaciemniony pas, na którym nie będzie nas widać.
- Nie będzie nas widać z murów, - poprawił go Marcin - za to orkowie będą nas mieli jak na dłoni. Jeszcze lepiej niż zaraz pod murami. Będziemy się pięknie odcinać na tle oświetlonych murów.
Podczas tej rozmowy dziewczyny siedziały kawałek dalej od czasu do czasu coś szeptając. Wśród chłopaków zapanowała cisza. "Sam nie wiem co gorsze. Wystawić się na wzrok ludzi i orków i czekać na śmierć z jednej lub drugiej strony, czy dać się zobaczyć tylko orkom, ale z takiej odległości, że mamy jak w ruskim banku, że nie przebiegniemy nawet połowy drogi?" Pokręcił z niedowierzaniem głową. "Naprawdę nie ma żadnego innego sposobu? Żadnej innej propozycji? Tylko dwa złe wyjścia?" Poczuł klepnięcie w ramię. Stał za nim Michał, rozpromieniony jak nigdy wcześniej od początku tej wyprawy.
- Załatwione - powiedział tonem przepełnionym zadowoleniem. - Dogadałem się z wartownikiem z tamtej wieży - wskazał na ciemniejszy kształt ponad murami. - Wiesz, że oni tu też mają zapalniczki?
Na podejrzliwe spojrzenie Piotrka, odpowiedział ze śmiechem:
- Nie, nie pojebało mnie. Zawsze przecież mam przy sobie zapalniczkę, nie? No to schowałem się tam, w krzakach, żeby mnie nie widzieli orkowie i zacząłem nadawać alfabetem morse'a...
- Ty znasz morse'a?! - przerwał mu Piotrek - I masz zapalniczkę?! Ty palisz?!
- Morse'a nauczyłem się kiedyś z nudów. Nigdy ci nie mówiłem o tym? Ani, że zawsze mam zapalniczkę w kieszeni? A poza tym, sam dobrze wiesz, że nie palę. No to zacząłem nadawać...
- To po co ci zapalniczka jak nie palisz?
- Kurwa, zamkniesz się wreszcie czy nie?!?! - syknął z gniewem w oczach Michał.
- No dobra... To zacząłeś nadawać i co? Odpowiedzieli ci zamku?
- Tak. Jak będziemy nad rzeką to mam mu zaświecić dwa razy krótkie, dwa długie i zatoczyć koło w powietrzu.
- Czemu tak skomplikowanie? Nie wystarczyłoby raz tak, raz tak i koniec?
- Dla pewności. Oni wtedy zgaszą pochodnie na dokładnie minutę. Tyle mamy czasu na przebiegnięcie całej tej ściany. Potem jesteśmy w domciu - zakończył optymistycznym akcentem.
- Minuta, tak? - zamyślił się Piotrek - myślisz, że to wystarczy? Ludzie są zmęczeni, a te mury wcale nie są takie krótkie... Dobra. To i tak jedyna szansa. Ludzie - powiedział tak, żeby usłyszeli wszyscy - zbieramy się.
Stanęli twarzami zwróconymi do murów. Piotrek i Michał po drodze wyjaśnili plan reszcie. Michał uciął wszystkie pochwały pod swoim adresem słowami:
- Autografy po programie.
- Trzymam cię za słowo. - powiedziała zalotnie Paulina. Pomimo pustki w żołądku, Michał poczuł, że jeszcze jedno jej słowo, a zwymiotuje. "Czy ona naprawdę jest aż tak głupia, że nie widzi jak wszyscy mają ją głęboko w dupie?!" Kumple popatrzeli ze współczuciem na obiekt westchnień BigAss'a.
Michał szczelnie zasłaniał płomień przed wrogimi oczyma z obozu orków. Wszystkie pochodnie zgasły równocześnie o 4:07.17. Ruszyli we wcześniej uzgodnionej kolejności: Michał, Przemek, Tomek, dalej dziewczyny i na końcu Piotr, Kamil i Marcin. Odliczali w myślach sekundy. Po około piętnastu dobiegli do muru, po trzydziestu wciąż nie było widać końca muru. Nie było zresztą w tym nic dziwnego, gdyż ledwie mogli zobaczyć osobę biegnącą przed sobą. 35...Często się potykali...40...pot lał się obficie z każdego, bez wyjątku... 45... prowadząca grupa odbiegła już poza zasięg wzroku dziewcząt, które naturalnie biegały wolniej... 50... zdenerwowanie rosło... jedna z dziewczyn potknęła się, próbowała złapać równowagę, w końcu upadła starając się zamortyzować jakkolwiek siłę spotkania z ziemią. Sekundy płynęły, chociaż dla nich one zapieprzały jak zawodowy kolarz. Ostatnia trójka szybko podniosła poszkodowaną. Niestety nie mogła dalej biec - prawdopodobnie zwichnęła nogę. Zaczęli ją nieść w najbardziej profesjonalny sposób jaki znali, czyli szybko zorganizowali z rąk krzesełko i na nim najszybciej jak potrafili pospieszali dalej. Kamil pilnował aby niewiasta przy tak wyboistej jeździe nie spadła w tył, a pozostałych dwóch tworzyło podstawę krzesła. Zapaliły się pochodnie. Pierwsza grupa znikała właśnie za zakrętem, druga także była daleko przed nimi. Piotrek przytomnie określił czas na dobiegnięcie do samego załamania muru na co najmniej 15 sekund, a Bóg wie ile jeszcze do bramy. Wyciskali z siebie tyle sił ile mogły im na to pozwolić warunki oraz obecna kondycja, która nawiasem mówiąc nie była ostatnimi czasy najlepsza. Już dobiegali do bramy kiedy z ciemności, całkiem niedaleki nich wyłoniła się rosła sylwetka, jak się domyślili, należąca do orka. Do bramy zostało ostatnie pięćdziesiąt, może trochę więcej metrów. Za pierwszą wybiegały kolejne postacie. Teraz już wszyscy poza nimi byli w zamku. Z murów posypało się kilka strzał, ale nie wszystkie trafiły, a z bramy wybiegło dziesięciu mężczyzn uzbrojonych w miecze i nabite gwoździami metalowe kule połączone łańcuchem z drążkiem służącym do trzymania. Orkowie byli wyraźnie szybsi, zaś wojownicy w swoich metalowych zbrojach niemal się guzdrali, chociaż tak naprawdę biegli najszybciej jak potrafili. Słyszeli już ciężki stąpania orków. Kamil odłączył się od pozostałych, chciał, aby liczba ofiar tego szaleńczego biegu nie przekroczyła jednej. Pierwszy ork miał tyko kilka szmat na sobie i był uzbrojony w niewielki, jak dla niego, toporek. Reszta zgrai była kilka metrów za nim.
- Daj mi chociaż mój nóż, Kaulonnusie! - krzyknął, chociaż wiedział, że z nożem, czy bez niego jego szanse są naprawdę małe. Właściwie to jedyną, i tak nikłą szansą była ucieczka. Przypomniał sobie, co mu powiedział Kaulonnus kiedy na chwilę miał okazję z nim pokonwersować: "Wyczerpałem limit wizyt w waszym świecie na dziesięć lat w przód". Nieoczekiwanie ręka Kamila machinalnie zacisnęła się na drewnianym uchwycie dwudziestopięciocentymetrowego noża z wygrawerowanym napisem "KAMIL" po jednej stronie, a "Punk not dead" po drugiej. Drugiego takiego ostrza nie było nigdzie. Ork natarł z rozpędu, nie opuszczając nawet topora, gdyż nieco zdziwił go pojawiający się z nikąd nóż. Niedokładny atak wykorzystał Kamil, wbijając z całej siły nóż w szyję przyjemniaczka, co przyszło mu łatwo zważając na to, że ork sam nabił się na niego. Nóż wszedł w ciało po samą rękojeść. Szybko wyszarpnął swoją jedyną broń z ciała dogorywającego przeciwnika, gdyż kolejni już byli na wyciągnięcie ramienia. Trzech biegło prosto na Kamila, który przytomnie odskoczył w bok zostawiając im wolną drogę, która wcale nie była tak wolna jak mu się wydawało. Trzech zdezorientowanych osiłków leżało już martwych, gdy Kamil w ostatnim zrywie pchnął kolejnego prosto w oko, zablokował jeden cios, uskoczył przed innym, znowu pchnął z całej siły. Kolejny ryk rozdarł powietrze. Rozpoczęła się regularna bitwa pomiędzy dwoma rywalizującymi ze sobą od zawsze rasami. W jednej grupie siedmiu ludzi gromiło pięciu orków, a w drugiej trzech innych zagłębiło swe miecze w ciałach wrogów próbujących otoczyć Kamila. Ten z kolei trzymał się zaskakująco dobrze, często parując lub unikając ciosów sześciu toporów naraz. Jeszcze jeden cios, jeszcze jeden martwy przeciwnik. Pozostało już tylko dwóch, dwóch zajęło się wojownikami z zamku. Zmęczenie odbierało mu wszystkie siły, gorączka walki minęła, oczy przesłaniała mgła. Poczuł rwący ból, najpierw w lewym ramieniu później w nodze, sam nie wiedział której. Nic już nie widział, nic nie czuł, ale wiedział, że mimo wszystko żyje. Słyszał krzyki, rozpoznawał głosy, ale nie słowa, tylko szum. Ciemność w oczach robiła się jaśniejsza, przechodziła w szarość. Wielkim wysiłkiem podniósł powieki. Zobaczył przyjaciół pochylających się nad nim, nie mógł rozpoznać szczegółów, nie widział jak płaczą. W dziwnie zaciśniętej ręce, nad którą nie miał już kontroli, ściskał nóż. Resztką sił wyszeptał:
- Piotrek... weź... mój... nóż. Uważaj..cie... na... - nie dokończył. Tych słów nie wypowiedział resztką sił, a życia. Piotrek bez trudu wyciągnął broń z zaciśniętej przed chwilą do granic możliwości ręki. Wszyscy wiedzieli dlaczego uchwyt zelżał, ale tylko Marcin odważył się wyrazić swoje myśli:
- Nie żyje... - łzy zaczęły obficiej spływać po jego twarzy. Nie minęło pięć sekund, kiedy cały dziedziniec wypełniony był przygnębiającym, zatrważającym szlochem lub nawet skowytem płaczącej młodzieży. Wojownicy zdjęli czapki lub hełmy, co kto miał, niewiasty mieszkające wewnątrz murów płakały razem z innymi, zaś jedyny w zamku mag przybył właśnie i komisyjnie stwierdził zgon Kamila.
- Tak, kurwa, być nie może! - krzyknął któryś z chłopaków, po czym każdy znalazł sobie broń i krzyknęli: "Zajebiemy was!!". Niestety opuszczono przed ich nosami kratę i zamknięto oba skrzydła bramy. "Wypuście nas, skurwysyny", nie mogli pohamować swoich języków. Rzucali się jak szaleni, miotali obelgi i groźby to w stronę orków to wartowników, którzy zamknęli bramę. W końcu dali za wygraną i rzuciwszy broń na ziemię, usiedli zdruzgotani, chowając twarze w dłoniach. W między czasie żołnierze wnieśli ciało Kamila do prowizorycznego kościółka. Tam miały się nim zająć tamtejsze kobiety. Zmywały krew ludzką i orkową, błoto, doprowadziły ciało do stanu w jakim można je było włożyć do czekającej już trumny. Pod ścianą stało kilka takich samych, przygotowanych zawczasu, czekających na nowych właścicieli...
Inne kobiety pomogły nowym mieszkańcom umyć się, dały im ciepły posiłek, jakiś wywar pozbawiony smaku i wskazały miejsce, gdzie mogli spędzić resztę nocy. Było to na pierwszym piętrze wielkiego budynku zbudowanego, tak jak wszystko inne tutaj, z kamienia. Podzielono ich według płci i rozlokowano w dwóch sąsiadujących ze sobą salach. Obie wyglądały tak samo: łóżka pod ścianami, obok każdego skrzynia pełniąca rolę szafki i stolika nocnego oraz żyrandol, na którym płonęło kilka świec. To stanowiło cały wystrój ich "mieszkań". Pomimo niedawnej śmierci przyjaciela, wszyscy zasnęli od razu po położeniu się do łóżek. Spali do południa.
- Pobudka, ludzie! - krzyknął Piotrek, który obudził się pierwszy. Na ten okrzyk młodzieńcy usiedli na posłaniach. Żaden z nich nie wyglądał na zadowolonego zarówno ze snu, jak i z całego świata.
- Która godzina? - mruknął Przemek.
- Masz zegarek na ręce. - przypomniał mu sennie Michał. W normalnych warunkach wywołałoby to wybuch śmiechu, ale nie tym razem. Przemek sprawdził porę dnia zerkając na zegarek.
- Spaliśmy około siedmiu godzin. - podsumował - Czemu tak wcześnie wstałeś?
- Miałem koszmary. Właściwie jeden koszmar - sprecyzował - o Wydarzeniach ostatnich godzin. Najpierw zobaczyłem Kamila, potem jak zostawał z tyłu, w lesie, przy zagrodzie. Wszystko widziałem jakby z innej perspektywy, z boku. Siedzieliśmy, a orkowie się do nas zbliżali, za nimi szła postać na czarno, z kosą...
- Śmierć... - szepnął Tomek.
- Tak, śmierć. Orkowie wyciągali trupa z rowu, a ona podeszła do niego i prztyknęła go w nos. Po tym, jak uciekaliśmy stamtąd. I postój, nie pamiętam, czy to pierwszy, zaraz po tym biegu, czy któryś inny. W każdym razie leżeliśmy na trawie i patrzyliśmy w niebo. Śmierć cały czas trzymała się kawałek za nami. Wtedy machnęła kosą w powietrzu i zaśmiała się tak jakoś, jak tylko zombie na horrorach robią. Wtedy spadła gwiazda, a Kamil szepnął: "Czas..."
- Pamiętam to...
- Wszyscy pamiętamy.
- Teraz to nabrało nowego znaczenia. To spadła jego gwiazda, a "czas" to nie było ponaglenie do drogi, a stwierdzenie bliskiego końca. On wiedział, że umrze, że nie pożyje już długo. To był czas jego końca... Potem ten szaleńczy bieg do bramy, jak Bożena zwichnęła nogę, nieśliśmy ją, jak odłączył się od nas, walczył, zabijał, umierał... Nie wiedziałem, że nie biegnie już za nami, zostałbym z nim, zginęlibyśmy razem... Nie rozumiem tylko jednego: skąd nagle wszyscy mają jakieś dziwne przedmioty. Najpierw Michał ze swoją zapalniczką, ale to mogę jeszcze zrozumieć, mogłeś ją trzymać w kieszeni. Ale ten nóż?! On ma prawie trzydzieści centów, no może dwadzieścia sześć, pięć... Jak on go ukrył, gdzie go trzymał cały czas???
- Zawsze zaskakiwał - stwierdził Przemek. - A tak poza tym, mnie śniło się to samo.
- Mi też - przyznał Marcin - Tylko co do tego umierania razem: on by ci nie dał zginąć. Nie wiem, co by zrobił, gdybyś został razem z nim, ale odesłał by cię w jakiś sposób. Poza tym, byłoby teraz czterech nieboszczyków. Ty, Kamil, ja i Bożena. Ty i ja, bo nie mieliśmy broni, Kamil, bo wiadomo - nie pomoglibyśmy mu gołymi rękami, a Bożena, bo sama nie mogła uciekać.
- Gdyby Kamil nie zasłonił was sobą, to scenariusz byłby podobny, albo nawet gorszy, bo nie wiadomo, czy oprócz was nie zginęłoby też kilku wojowników. W końcu Kamil zabił paru orków, ściągnął uwagę innych na siebie, dzięki czemu tamci mogli spokojnie ich wyciąć. Uratował niejedno życie. Kiedyś na WOS- ie pisaliśmy swoje pięć największych marzeń. Spojrzałem mu przez ramię, jedno brzmiało: "Umrzeć z honorem". Zrealizował jedno ze swoich marzeń... Szczęściarz... - westchnął Michał.
- Właściwie to nie mamy co rozpaczać - sami możemy się zabić i dołączymy do niego - widząc dezaprobatę przyjaciół, Tomek dorzucił: - chociaż wcale nie twierdzę, że to jest dobry pomysł.... Właściwie to ten pomysł jest całkiem do dupy.
- Właściwie to może byśmy podnieśli dupska, bo chce mi się lać, żreć i w ogóle, może ktoś nas oprowadzi po tym zameczku, objaśni co i jak, kto tu dowodzi, gdzie możemy się umyć, gdzie kasę zbić jakie tu są prawa i czy ta wojna z orkami toczy się o coś konkretnego, czy o dupę Maryni - wyrzucił z siebie nękające go od dłuższego czasu pytania Przemek. Pozostali kiwnęli tylko zgodnie głowami i wstali.
Drzwi do ich sypialni otwarły się na oścież. Stanął w nich młody, może dwudziestokilkuletni mężczyzna w skórzanym kaftanie zamiast zbroi i krótkim mieczu u boku. Uśmiechnął się do nich życzliwie.
- Mam was oprowadzić po osadzie - obwieścił. - Nazywam się Grzesiek - wyciągnął rękę do najbliżej stojącego młodzika.
- Tomek - usłyszał w odpowiedzi. Potem przywitał się tak samo z reszta chłopaków i rzekł:
- Najpierw objaśnię wam coś nie coś teoretycznie, a później przejdziemy się trochę. No to tak: umyć się możecie w dowolnej chwili na samym dole tego budynku, tylko starajcie się nie nachlapać za bardzo. O zużycie się nie martwcie - mamy stałe połączenie z rzeką, całkiem sprytnie poprowadzona rura. Niestety tylko do jednej pompy na środku dziedzińca, więc starajcie się przynieść z powrotem tyle wiader wody ile zużyjecie. Kibelek jest za drugimi drzwiami po lewej od wejścia...
- Przepraszam, a łaźnia gdzie? - nieśmiało wtrącił Piotr.
- A nie powiedziałem? - pokręcili przecząco głowami. - Aha, no to mój błąd, strasznie lubię gadać, zwłaszcza jeśli ktoś mnie słucha tak jak wy. Łaźnia jest po lewej od wejścia, pierwsze drzwi - rzekł szybko widząc ich ponaglające spojrzenia. - Co tam jeszcze w tej chatce? Jest jeszcze kupiec, naprzeciwko wychodka, tam ma swój magazyn i sklep. Można u niego kupić dużo ciekawych rzeczy, a ceny nie są aż tak wygórowane. Ma dużo rzeczy, ale i tak zamek ogólnie zaopatrują krasnoludy, oni sprzedają hurtem - oznajmił wesoło. Wszyscy uśmiechnęli się, tak ich rozbawił ten dryblas, niewiele starszy, było widać, że jest jajcarzem. - Tutaj są jeszcze tylko sypialnie wszystkich wojowników. Oficerowie mają oddzielny budynek, tutaj zaraz obok, jak wyjdziecie to po lewej stronie. Dalej w lewo jest brama, później pole do nauki władania mieczem. Za załamaniem muru pierwsza budowla to kuchnia ze spiżarnią, kościółek, strzelnica i na końcu, tamta wielka chałupa, to skarbiec, sala dowództwa, sypialnie: pana Sosabowskiego, jego doradców, czyli pana Adama Wojnowskiego i pana Franciszka Szafrańca oraz kilku innych znaczących ludzi.
- A niejaki pan Sosabowski tutaj trzyma władzę?
- Tak, to wspaniały człowiek, wielki strateg, dowódca, wojownik. Nie ma sobie równych w walce na ciężkie miecze, topory i cokolwiek innego czym można zabijać oburącz. A wracając do topografii zamku: za "pałacem" - tak nazywamy kwaterę dowództwa - jest zbrojownia i warsztat kowala. Tam możecie postarać się o jakąś broń, ale najpierw postarajcie się o pieniądze. Właściwie to chyba wam jeszcze nie wspomniałem o walucie. Mamy tu horrety i priapy. Jeden horret to sto priapów. My dostajemy pięćdziesiąt horretów miesięcznie żołdu i można za to wyżyć, więc nie jest źle. Za zbrojownią widać klasztor magów. Teraz zostało dwóch, ale kiedyś było nawet dziesięciu. Wymarli ze starości. Starszy jest ich uczniem, a już ma siwą brodę, młodszy jest prawie w moim wieku. Mam osiemnaście lat. Wiem, że wyglądam starzej, ale to przez ten tryb życia. Tak więc magowie, uczeń i mistrz studiują swoje zaklęcia, alchemię, czytają jakieś księgi, manuskrypty, przygotowują wywary lecznicze i jakieś inne napoje. Zajmują się ciężko rannymi, z którymi nie poradziłyby sobie kobiety znające się na leczeniu. Po prawej stronie mamy jeszcze dom kobiet, bo ten tutaj jest tylko dla mężczyzn. Tylko tą noc, w drodze wyjątku spały w sąsiedniej izbie wasze dziewczyny.
- One nie są nasze - wtrącił Piotrek - one są... eee... swoje, każda należy do siebie...
- Dobra, przecież wiem, że to nie niewolnice. Tutaj jest tak samo, wszystkie są wolne w sensie podejmowania decyzji o sobie. Chodziło mi tylko, o to, że przyszły z wami, a nie, że myją wam buty, czy coś. Dalej są warsztaty różnych rzemieślników. Właściwie to niektórzy szukają uczniów do pomocy, więc przy odrobinie szczęścia może załapiecie jakieś dobrze płatne zajęcie. Ja jestem uczniem łuczarza, to dobra praca, lubię ją. Już po wpół do pierwszej - stwierdził - za pół godziny macie spotkanie z panem Sosabowskim na jadalni oficerskiej. Przygotujcie się jakoś, żebyście nie zostawili po sobie negatywnych wrażeń. To na razie wszystko. Kiedy indziej oprowadzę was po zamku.
- Śmieszny gość. - stwierdził Marcin, kiedy drzwi zamknęły się za Grześkiem. - Chyba go polubiłem - Inni skinęli głowami dając do zrozumienia, że podzielają jego zdanie.
- Właściwie to skąd on wiedział, która godzina? - zapytał Michał.
- Myślę, że z tamtego zegara - wskazał za okno Przemek. - Ciekawe, czy sami go zrobili?
Po dwudziestu minutach byli gotowi: zmyli z siebie resztki wczorajszych trudów, które pozostały pomimo nocnej kąpieli przed snem, wyczyścili jako tako ubrania, rozczesali włosy. Zaczęli wyglądać jak na ludzi przystało. Mieli jeszcze tylko kilka minut do spotkania z tutejszym szeryfem, więc pobieżnie obejrzeli dziedziniec i znajdujące się tam budynki. Na minutę przed 12:30 weszli do kwatery dowództwa. Wartownik przy drzwiach wejściowych wskazał im drogę na jadalnię, więc trafili od razu. Po jednej stronie długiego stołu siedziały już dziewczęta. Usiedli naprzeciwko. Zegar na dziedzińcu wybił pół godziny do pierwszej. Nie przebrzmiały jeszcze uderzenia, kiedy na salę wszedł rosły mężczyzna bez żadnej zbroi czy broni. Tak samo jego dwóch doradców. Usiedli przy stole: Sosabowski na jednym jego końcu, zaś asystenci po jego prawej i lewej stronie.
- Witam was wszystkich w naszej warowni. Zostałem tu wybrany dowódcą, a nazywam się Stanisław Sosabowski. Inicjały SS - może się trochę źle kojarzyć, ale to już nie moja wina. To są panowie Adam Wojnowski - wskazał na mniejszego, żywiołowego oficera - oraz Franciszek Szafraniec. Moi adiutanci. Znam już wasze imiona, powiadomiono mnie też o bohaterskich czynach zmarłego niestety kolegi. A propos, o drugiej wybieram się na msze za jego duszę. Jak on dokonał takich czynów? Sam, bez żadnego pancerza, bez nadziei, bez niczego poza nożem, zabił pięciu orków! Podczas jednego starcia! I to w obronie życia kolegów Piotra i Marcina, i koleżanki Bożeny. A właśnie, jak tam nóżka, Bożenko?
- Dobrze, proszę pana. Już nie boli tak bardzo - odparła zmieszana Bożena.
- E, tam. Nie bądźcie tacy spięci, to nie trybunał żaden. Wysłałem do was po jednym człowieku, żeby wam opowiedział o życiu tutaj. Co, chłopcy, pewnie ubawił was Grzesiu, co? To szczwana sztuka, tylko trochę gadatliwy, ale dobry łuczarz i strzelec. Możecie się od niego wiele nauczyć, jeśli się polubicie. A do was - zwrócił się do dziewcząt - posłałem Martynę. To świetna dziewczyna. Właściwie to w waszym wieku, ale jak gotuje... - zachwycił się. - Potrafi też zrobić porządny opatrunek, jest mądra, wygadana i piękna jak sto diabłów - mrugnął porozumiewawczo do chłopaków, na co ci się uśmiechnęli pod nosami. - Tyle tytułem wprowadzenia. Pewnie moi wysłannicy wszystko wam wyjaśnili, dlatego nie ma sensu się tutaj nad czym rozwodzić. Wnieść obiad! - zawołał w stronę drzwi. - Nic szczególnego nie zjemy, ale lepszy rydz niż nic, nie? Bieda u nas przez tą wojnę, ale i tak dobrze ciągniemy. No, to smacznego - powiedział gdy wniesiono talerze.
- Dziękujemy i wzajemnie - odpowiedział w imieniu wszystkich Piotrek. Szybko opróżnili talerze, gdyż wczorajsza nocna kolacyjka nie nasyciła ich wystarczająco.
- Umm... Szybcy jesteście - rzekł Sosabowski. - Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce skończą się nam zapasy. Zresztą i tak ubywa ich w zastraszającym tempie - dodał smutno. Ale przejdźmy do rzeczy. Naturalnie, nikt was nie zmusza do pozostania tutaj, do walki w naszych szeregach lub do pomocy w opiece nad rannymi, w gotowaniu i tak dalej. Możecie w każdej chwili wyjść i zamieszkać u krasnoludów lub elfów. Oni pomagają nam, ale nie prowadzą otwartej wojny z orkami, więc można tam żyć w miarę bezpiecznie. Zaś kiedy skończymy wojnę, moglibyście wrócić i osiąść tutaj spokojnie. Chyba, że nie będzie do czego wracać... ale jeśli wszyscy jesteście tyle warci co wasz bohaterski kolega, to niech drżą orkowie. Więc jak?
- Nie mogę decydować za innych, ale ja zostaję i jestem gotów rozpocząć naukę we władaniu jakąkolwiek bronią. Nie interesuje mnie tchórzliwa ucieczka przed mordercami przyjaciela. Proszę tylko o jakąś pracę, abym mógł zarobić pieniądze na pancerz. Broń już mam - Piotrek wyciągnął zza paska nóż Kamila. Sosabowski wziął go od niego i zaczął mu się uważnie przyglądać. W międzyczasie pozostali chłopcy zdeklarowali swoją chęć do pracy, służby i walki. Dziewczęta wciąż cicho się naradzały.
- Bardzo szlachetne ostrze - rzekł gospodarz oddając sztylet właścicielowi - Prawie niezniszczalny metal, o ile się nie mylę, pęka tylko w starciu z innym takim nożem. Pękają oba w chwili zetknięcia się ze sobą, mówiąc ściślej. Uważaj na niego i dbaj, aby się nie zniszczył. Najlepiej zanieś go tutejszemu kowalowi, on zaostrzy obie krawędzie i wymieni rękojeść na wygodniejszą i poręczniejszą. Powiedz mu, że ja cię przysyłam, a zrobi to za darmo. Nie mniej jednak potrzebujesz także czegoś dłuższego, żeby na przykład tym nożem odparować cios, a mieczem wyprowadzić natychmiastowy kontratak. Oczywiście trzeba mieć doskonałą koordynację ruchów, ale wierzę, że wkrótce opanujesz sztukę walki obiema rękami. Tak... - wziął głęboki oddech - a więc reszta także chce pozostać. A wy, niewiasty?
- My tez zostaniemy. Chcemy pomóc wam jak tyko możemy w tej wojnie i w jakimś niewielkim stopniu przyczynić się do waszego końcowego zwycięstwa, w które głęboko wierzymy - bardziej wyrecytowała, niż powiedziała Agnieszka w imieniu wszystkich dziewcząt.
- Wspaniale. Teraz muszę was przeprosić, ale wzywają mnie obowiązki. Wkrótce znów się spotkamy. Prawdopodobnie...
Stanęli na dziedzińcu. Mieli stąd świetny widok na wszystkie budynki w obrębie murów, na których co kawałek czuwał strażnik uzbrojony w kusze lub łuk.
- Mamy pół godziny do mszy. Liczę, że stawicie się wszyscy. Nie wiem jak wy, ale ja idę do kowala, a później się trochę rozejrzę za jakimś zajęciem. - pozostali skinęli tylko głowami i powoli się rozeszli, każdy w swoją stronę.
Kowal, zajęty swoimi zwykłymi obowiązkami nie zauważył, kiedy kilka kroków od niego stanął Piotrek, dopóki ten nie chrząknął.
- O przepraszam, nie zauważyłem kiedy nadszedłeś. Jesteś tu nowy? To wy przybiegliście tej nocy? Twój kolega nie żyje, przykro mi.
- To był ktoś więcej niż kolega. To był przyjaciel, który uratował mi życie. Poświęcając własne... ale nie przyszedłem tu żeby o tym mówić. Przyniosłem panu ten...
- Jaki tam ze mnie pan. Mów mi Janek.
- Piotrek. - uścisnęli sobie ręce - Przyniosłem ci ten nóż. Sosabowski kazał mi powiedzieć, że to on mnie przysyła i że masz zaostrzyć obie krawędzie, i wymienić rękojeść.
- Dobra. To trochę potrwa. To twarda stal... Tylko raz wcześniej taką widziałem. Mój mistrz dostał kiedyś do wykucia z kawałka takiej stali sztylet. I zrobił to idealnie. Ja umiałem już wszystko to co on, ale brakowało mi wprawy, więc pozwolił mi go tylko doszlifować. Niedługo potem został zamordowany... jakiś psychol ze wsi go zabił kiedy siedział na ławeczce przed warsztatem, a ja wtedy ostrzyłem ten sztylet. Zabiłem nim gnoja. Tak... to wspaniała broń. Dbaj o nią.
- Ostatnio wszyscy mi to mówią. A ty sam nie szukasz ucznia?
- Nie jest ci pisane być kowalem. To widać na pierwszy rzut oka. Ale spróbuj gdzie indziej, może ci się poszczęści. Po nóż przyjdź jutro z samego rana. Do zobaczenia.
- Na razie.
Dziewczyny podzieliły się na pielęgniarki, krawcowe i kucharki. Przez najbliższe kilka tygodni każda przyuczała się do swego zawodu. Tak samo chłopcy, tylko zawody mieli odmienne. Oczywiście długo nie mogli się zdecydować, czym będą się zajmować, ale w końcu stanęło na tym, że wszyscy zarabiali prawie tyle samo, pracowali i uczyli się w takich samych godzinach i mieli ze sobą prawie cały czas kontakt wzrokowy. Poza Piotrkiem, który większość czasu spędzał na nauce posługiwania się bronią, zaś pieniądze zarabiał dorywczo, byle poza pieniędzmi miał z tego jakiś inny zysk. Był sparing-partnerem dla bardziej doświadczonych wojowników, przejmował od wartowników na murach część żołdu w zamian za zastąpienie ich podczas nocnych zmian lub wychodził ochotniczo na zwiad. Najbardziej lubił całą noc ćwiczyć ataki, bloki, uniki i różne kombinacje ciosów, ćwicząc także podzielną uwagę, gdyż musiał nieustannie zerkać czy aby orkowie nie zbliżyli się niebezpiecznie do zamku. Niedawno dostał od Michała jeden z pierwszych udanych mieczy, jakie udało mu się zrobić będąc czeladnikiem u kowala Janka. Michał również uczył się władać mieczem, więc czasem dochodziło między nimi do niebezpiecznie wyglądających starć, które tak naprawdę były tylko przyjacielskim sparingiem. Kiedy zaopatrzył już w miecze całą ich grupę, zaczął wymieniać im miecze na lepsze, a stare, nieco przekute, sprzedawał u Cypriana - miejscowego kupca urzędującego na parterze męskiego budynku sypialnego.
Marcin dostał pracę, o której marzył od czasu przybycia do zamku. Razem z Grześkiem pomagał łuczarzowi Tymoteuszowi. Co prawda nie zrobił do tej pory żadnego łuku, ale pilnie uczył się tej sztuki od swojego mistrza. Póki co z zacięciem strugał strzały, do czego również potrzeba było dokładności, nieustannego skupienia, cierpliwości i siły, by podłużny klocek drewna ociosać tak, by powstało coś na kształt strzały, wymagało siły. Później cierpliwe siedzenie i szlifowanie jej by miała idealnie walcowaty, smukły kształt i odpowiednie osadzenie metalowego grotu, które co jakiś czas dostarczał mu Michał. Na koniec przymocowanie lotek i strzała była poddawana próbie, czyli mając już kilka w zanadrzu, szedł z Grześkiem na strzelnicę i razem oceniali wykonanie. Dodatkowo Marcin uczył się od Grześka strzelania z łuku, który na razie pożyczał od Tymoteusza.
Miejscowy płatnerz, Korneliusz, przyjął na ucznia Przemka, który chętnie pomagał w wyprawianiu skór na kaftany, polerował metalowe elementy tarcz i zbroi, uczył się fachu. Po wielu tygodniach ciężkiej pracy obnosił się dumnie w swoim pierwszym bojowym, skórzanym kaftanie. Oczywiście nie była to cudowna zbroja, w której mógł rzucić się bez obaw w wir walki, ale jak każdy z nich, był dumny ze swojego pierwszego dzieła.
Tomek chciał zostać uczniem maga, ale niestety brodaty Izaak odmówił mu i powiedział, że najpierw musi się wykazać jakimś niebywałym wyczynem, a wtedy niech powróci. Na razie więc musiał pracować jako pomocnik w zbrojowni, gdzie oswajał się z najróżniejszymi rodzajami broni: od zwykłych mieczy, przez halabardy po bogato zdobione kusze i długie łuki, niektóre mierzące po dwa metry. Sprzedawał z rozkazu swojego szefa niektóre przedmioty u Cypriana. Trenował z innymi walkę na miecze i strzelanie z łuku.
Minęło pięć tygodni odkąd zaczęli regularne treningi i naukę. Było już po siódmej wieczorem gdy Piotrek usłyszał zbliżające się kroki. Stał wtedy na murze na nocnej zmianie zastępując jednego z wartowników.
- Witaj - powiedział zaskoczony na widok Tomka. - Co cię tu sprowadza?
- Mam do ciebie mały biznes. Taki malutki, ot jak...eee... jak jajko. Kogucie jajko. Chciałbym, żebyś ze mną wyprawił się w nocy zabić kilku orków. - Piotrkowi na te słowa przyspieszyło bicie serca, ale nie dał niczego po sobie poznać. Podczas pobytu tutaj nauczył się perfekcyjnie panować nad sobą i nie okazywać uczuć kiedy to nie jest konieczne. Dlatego odpowiedział tylko spokojnym głosem:
- Oszalałeś. Ledwie nauczyłeś się jako tako posługiwać mieczem, a już byś chciał orków wyrzynać. Do tego potrzeba doświadczenia, zimnej krwi, szybkich nóg, dobrego ostrza, grubego pancerza i jaj. Ekstremalnie wielkich jaj. I pozwolenia Sosabowskiego, ale to akurat wiem jak załatwić.
- Ale ja nie chcę zorganizować szturmu na ich obóz, tylko taką małą wycieczkę nocną. Podkraść się pod ich chaty, załatwić z łuku kilku i zwiać. Proste, łatwe i przyjemne. Potrzebuję tylko kogoś do towarzystwa.
- To nie wiem czy dobrze trafiłeś, bo ja strzelam z łuku raczej przeciętnie, a poza tym nie mam własnego. I, o ile się nie mylę, ty też. Więc nie wiem jaką straszliwą rzeźnię zamierzasz zrobić bez niezbędnego sprzętu. - powiedział Piotrek ironicznie.
- O sprzęt się nie martw. Pożyczyłem od szefuncia. - na nieufne spojrzenie przyjaciela dodał - Naprawdę pożyczyłem, szef mi pozwolił na jedną noc wziąć dwa łuki i kilka strzał. Wystarczy tyko uzgodnić wyjście z Sosabowskim i idziemy, nie?
- Jeśli tak, to nie widzę przeszkód. Ale stawiam dwa warunki: załatw, żeby tu stanął Grzesiek i w razie czego osłonił nas, a po drugie, załatw jeszcze jednego członka wyprawy, najlepiej Marcina. Ma już własny łuk i strzały. Spotkamy się o północy na środku dziedziniec, przy pompie. Wszyscy: ja, ty Marcin i Grzesiek, ok?
- W porząsiu. - Tomek wyraźnie uradowany pobiegł wypełnić warunki umowy. Nie martwił się już o zgodę Sosabowskiego, wierzył, że Piotrek to załatwi.
I rzeczywiście. Piotrek poszedł prosto do "pałacu". Zapukał grzecznie do drzwi komnaty dowódcy zamku. Wszedł.
- Dzień dobry panu.
- Witaj, witaj chłopcze. Co cię tu sprowadza? - zapytał nie wstając z krzesła. W uszach Piotrka to powitanie zabrzmiało znajomo. On tak samo powitał niedawno Tomka. A teraz pan Stanisław miał dostać przyspieszenia pulsu, tak jak przed chwilą Piotr.
- Proszę o pozwolenie na opuszczenie zamku. - Efekt tych słów był taki, jak można było przewidzieć.
- Nie zgadzam się. - odparł Sosabowski krótko.
- Dlaczego?
- Bo macie słuchać moich rozkazów, od tego tu jestem, żeby jak najmniej z was umarło młodo.
- A kto tu mówi o umieraniu? Chcę tylko wyjść na zewnątrz. Sam pan powiedział w pierwszym dniu naszego pobytu, że nikt nas tu nie trzyma i możemy wyjść, i zamieszkać z elfami i krasnoludami. Nie tak? Więc chcę wyjść.
- Ale wy zdecydowaliście wtedy, że zostaniecie. Tym samym przeszliście pod moją jurysdykcję. A teraz otrzymaliście rozkaz: żadnego opuszczania terenu zamku. I macie go wykonać - ostanie słowa wypowiedział z naciskiem.
- Dyktatura? Rządy totalitarne? Ja się na to nie piszę. Albo będę mógł odejść albo popełnię samobójstwo. - przy ostatnich słowach wyciągnął sztylet, aby utwierdzić gospodarza w przekonaniu, ze to nie są żarty. Twarz Sosabowskiego ściągnęła się w gniewnym namyśle.
- Dobrze. Odejdź więc, ale pamiętaj, że gdybyś zmienił zdanie zawsze możesz wrócić. W każdej chwili. Wyślę z tobą pachołka z listem do strażników przy bramie, żeby ci otwarli.
- Nie trzeba. Zejdę z północnej części murów na linie. Do widzenia. Aha, byłbym zapomniał: idzie ze mną Tomek i Marcin. - Piotrek bezszelestnie opuścił salkę. Sosabowski pokręcił tylko głową po czym schował ją w dłoniach.
Piotrek poszedł do budynku sypialnego. Nachylił się nad swoją skrzynią. Na dnie leżał zeszyt do korespondencji z Kaulonnusem, na nim sakiewka z dotychczas zarobionymi pieniędzmi, jakieś drobiazgi i kilka strzał. Wziął tylko to ostatnie. Spod łóżka wyciągnął swój miecz, najlepszy jaki udało się wykuć Michałowi. Na jego miejscu położył miecz wartownika, który dostał w chwili przejęcia służby na tę jedną noc, a po który wraz ze świtem miał się zgłosić stary właściciel. Po namyśle włożył tam też jego łuk. Poszedł z powrotem na mury. Z podenerwowaniem ćwiczył kombinacje ciosów i bloków, w razie gdyby doszło do zwarcia z przeciwnikiem. Inni członkowie wyprawy również czynili przygotowania.
Zegar na dziedzińcu monotonnie wybijał północ. Piotrek ostatni raz rzucił okiem na obóz, który niedługo miał zmniejszyć nieznacznie swoją liczebność, poczym zdecydowanym krokiem zszedł z murów. Grzesiek i Tomek już czekali, Marcin właśnie nadchodził z przeciwnej strony. Tomek w milczeniu, czekając aż przemówi Piotrek, wręczył mu łuk i trzy strzały. Teraz już wszyscy stali w pełnym rynsztunku bojowym. Przynajmniej na tyle pełnym, na ile mogli sobie pozwolić.
- Zastąpisz mnie na warcie. - zwrócił się do Grześka Piotr - Na moim stanowisku znajdziesz linę z węzłami co kawałek, przywiąż ją do czegoś, ale broń Boże nie do blanki. Nadmierny ruch wartowników wzbudziłby czujność u orków, wysłaliby kogoś na zwiad i odkryłby linę nawet gdybyś jej nie spuścił w dół, czego zresztą nie możesz zrobić póki nie damy ci wyraźnego znaku. Jeśli nie będziemy mieli wyjścia, pobiegniemy prosto w miejsce gdzie prawdopodobnie będziesz stał. W między czasie zrzucisz nam linę i będziesz nas w miarę możliwości osłaniał z łuku. Chwytasz?
- Pewnie. Nic prostszego.
- Idź już. Im krócej mury są nie obsadzone tym lepiej. Teraz my. U wartownika przy północnej ścianie zostawiłem drugą linę. To porządny facet. Schodzimy, idziemy brzegiem rzeki, jak najdalej od murów, dochodzimy do miejsca pomiędzy rzeką a obozem orków. Powoli, bezszelestnie podczołgujemy się w podliże pierwszych namiotów. Są tam jakieś krzaki, więc powinniśmy mieć się gdzie ukryć. Przy najbliższej dobrej okazji strzelamy po razie, góra dwa i wycofujemy się. Tutaj wszystko zależy od tego, czy orkowie podniosą alarm, czy będziemy mieli czas wyczołgać się spokojnie. Zobaczymy. Czas na nas.
O dwunastej pięć przygarbione sylwetki trzech ludzi przemykały się brzegiem rzeki. Po chwili kucali za krzakiem nad brzegiem rzeki nasłuchując. Ponieważ nic nie mąciło spokoju nocy, ostrożnie zaczęli podkradać się pod obóz nieprzyjaciół. Czołgając się od krzaczka do krzaczka, pod osłoną ciemności i w absolutnej ciszy nie mogli zostać zauważeni od strony, w którą zmierzali. Jedyną osobą, która mogła ich w tej chwili obserwować, był Grzesiek. Miał on nie tylko celny, ale i niebywale bystry wzrok. Bez problemu wyróżniał trzy sylwetki rozłożone na ziemi.
Dotarli do ostatniego, dużego krzaka, który wcześniej przesłaniał im widok. Przez jego gałęzie jak na dłoni mieli ognisko rozpalone pomiędzy trzema prymitywnymi namiotami. Naokoło ognia siedziało czterech orków, dwóch innych prawdopodobnie spało. Prawdopodobnie wszyscy byli pijani. Marcin wyjął z kołczanu strzały, które wcześniej mu dali. Każdy wziął po trzy, zostało jeszcze pięć. Starając się opanować drżenie rąk napięli cięciwy. Wymierzyli. Piotrek nieznacznie skinął głową. Świst przeciął powietrze. Dwóch martwych orków padło na ziemię z przebitymi szyjami, trzeci w osłupieniu popatrzył na strzałę tkwiącą w jego klatce piersiowej. Nim on i jego kompan przebudzili się z odrętwienia, ukryci strzelcy znów posłali w nich śmierć. Zabicie dwóch śpiących celów było już tylko formalnością, jednakże Piotrek wstrzymał przyjaciół zanim wypuścili strzały. Ci zrozumieli jego intencję i wstali. Tomek założył łuk na plecy i wyjął miecz, zaś Marcin nieustannie trzymał swój z napiętą cięciwą. Piotrek najciszej jak potrafił zbliżył się do stojącego nieco na uboczu namiotu, sztyletem rozciął cienkie płótno po przeciwnej stronie od wejścia i ostrożnie zaglądnął do środka. Tak jak się spodziewał, leżał tam tylko jeden ork. Z kieszonki na piersi wyjął jeden z cuchnących kwiatków, które zbierali na polanie w pierwszy dzień tej przygody. "Wąchaj!" - polecił w myślach orkowi Piotrek. "Sprawdzimy czy miał rację stary mag, że po wąchaniu tego gówna traci się przytomność." Dał dwa kwiatki towarzyszom i skinął w stronę ogniska. Nieomylnie zinterpretowali gest Piotrka, podeszli do śpiących orków i zaczęli naśladować poczynania przyjaciela, chociaż wcale nie wiedzieli czemu to ma służyć. "Może chce ich zaczadzić na śmierć" pomyślał Tomek. Piotrek wepchnął w końcu kwiat do nosa orka i dla próby uderzył go pięścią w twarz nie odrywając noża od jego szyi. Kiedy po następnych próbach obudzenia orka ten nie reagował, Piotrek zostawił go w spokoju i wyszedł przed namiot. Dwaj pozostali nadal narkotyzowali swoje ofiary. Wymownym gestem wpychania czegoś do nosa, Piotr dał im do zrozumienia co mają zrobić. Kopnął kilka razy każdego z nich po czym z zadowoleniem uśmiechnął się.
- Są nieprzytomni. - szepnął najciszej jak potrafił. Wszedł do namiotu po prawej. Bez skrupułów zamordował leżącego tam orka. To samo Tomek uczynił w ostatnim namiocie. Marcin z naprężoną cięciwą rozglądał się czujnie. Przyjaciele opuścili orkowe siedziby z co ciekawszymi rzeczami, które tam znaleźli, przeszukali jeszcze tylko ostatni namiot z nieprzytomnym orkiem, wszystkie znalezione rzeczy wrzucili do przepastnej torby i postanowili powoli opuścić niebezpieczne terytorium. Marcin schował wszystkie strzały do kołczanu, przewiesił sobie łuk przez plecy i wziął jednego z nieprzytomnych orków na plecy. To samo zrobili pozostali i już po chwili, najprędzej jak potrafili z tak wielkim obciążeniem, umykali z obozowiska. Grzesiek na murze odetchnął z ulgą i uśmiechnął się szeroko.
Wszyscy członkowie wyprawy dotarli do liny zwisającej z miejsca gdzie ją zostawili.
- Idź pierwszy. - powiedział zmęczony Piotrek do Marcina - Razem z wartownikiem wciągniecie orków.
- Dobra.
Już po chwili na murze leżały dwa cielska. Teraz dołączył do nich Tomek. Piotr przywiązał ostatniego przyjemniaczka, stanął na nim i dał znak, żeby tam, na górze zaczęli wciągać. Nareszcie wszyscy znaleźli się z powrotem w zamku. Ciężko dysząc uśmiechnęli się do siebie i uścisnęli sobie wzajemnie ręce.
- Wiecie, że za jednego zabitego orka dowództwo wypłaca dwadzieścia horretów?! A ile dadzą wam za trzech żywych?!
- Nie martw się. Za pomoc też ci coś wpadnie do sakiewki. - dobrodusznie obiecał Tomek.
Strażnik uśmiechnął się wesoło i pokręcił z niedowierzaniem głową patrząc na nieruchome kupy śmierdzącego mięcha. Ponieważ nie musieli się już zachowywać cicho, bez pardonu chwycili ofiary za ręce i wlekli za sobą najpierw po schodach z muru, a później przez cały dziedziniec. Tomek i Marcin usiedli przed wejściem do "pałacu" i pilnowali, ażeby nikt nie zabił lub nie ukradł ich ciężko zarobionych zdobyczy. Nie martwili się, że orkowie mogą się obudzić, gdyż wiedzieli już, że to kwiatki powodują utratę przytomności, a te wciąż tkwiły w nosach ich ofiar.
Piotrek szybkim krokiem zmierzał do drzwi komnaty Sosabowskiego. Przy nich niestety stał strażnik.
- Muszę pilnie rozmówić się z dowódcą. - rzucił Piotrek.
- Pan Sosabowski śpi. - oznajmił tamten dumny z siebie i dobrze wypełnionego obowiązku. Było widać, że od dawna czekał na okazję, żeby to komuś powiedzieć.
- No to co? - zapytał retorycznie Piotrek - najlepiej by było, gdybyś poszedł w jego ślady. Nie mam czasu, przesuń się, facet. - tego było dla strażnika za wiele. Położył rękę na rękojeści miecza. Piotrek westchnął zawiedziony, po czym skosił nogi zdezorientowanego biedaka i wszedł do środka ryglując drzwi, aby przypadkiem nie przerwano jego wizyty.
- Witam, witam pana szanownego. - powiedział do Sosabowskiego, który właśnie zapalił świecę - Wróciłem, jak pan widzi. Cały. Moi kumple też. I nie uwierzy pan, ale wyszło nas trzech, a wróciło sześciu. Tak, tak, ale niestety nie będzie z tamtych trzech pożytku w zamku. To orkowie, są teraz nieprzytomni, czekają przed wejściem do kwatery.
- Co za głupoty opowiadasz kawalerze? - zapytał Sosabowski - Jacy orkowie? W moim zamku? To niemożliwe. Mimo to dobrze, że wróciliście, martwiłem się, że straciliśmy trzech dobrych żołnierzy.
- Ja opowiadam głupoty?! Proszę iść za mną, sam pan zobaczy. A tak nawiasem mówiąc, pański strażnik nie bardzo mnie lubi, proszę go najpierw uspokoić, a później możemy iść. - Sosabowski uznał, że nie ma nic do stracenia, więc wyszedł, powiedział coś krótko do mężczyzny przed drzwiami, po czym skinął na Piotra.
- Nareszcie. - powiedział na powitanie Tomek - Ładne łupy, nie?
Rzeczywiście, trzy wielkie ciała rozłożone na ziemi jak ryby na wystawie sklepowej prezentowały się nadzwyczaj efektownie. Sosabowski w zdumieniu uniósł brwi tak wysoko, jak to tylko było możliwe. W osłupieniu kiwał głową na boki. Nie mieściło mu się w głowie, że orkowie są w jego zamku. Gdyby byli martwi, to jeszcze mógłby w to uwierzyć, ale ci byli niewątpliwie żywi. Poznał to po unoszeniu się ich klatek piersiowych w rytm chrapania.
- Leć po magów - zwrócił się do równie zdumionego strażnika. Ten natychmiast wykonał rozkaz.
Po chwili wokół zdobyczy zrobił się już spory tłok. Trzej bohaterowie zewsząd odbierali gratulacje, to od swoich przyjaciół, którzy zostali uprzedzeni przez Tomka o wyprawie, ale nie bardzo mu wierzyli, to od zwykłych żołnierzy, niewiast, a nawet od doradców pana Stanisława i wyższych oficerów. Na końcu do Piotrka podszedł Grzesiek.
- Cieszę się, że się nie przydałem - oznajmił z uśmiechem.
- Przydałeś się. - zapewnił go Piotrek - Gdyby nie perspektywa bliskiego wyjścia ewakuacyjnego, pewnie popełnilibyśmy niejeden błąd, a wtedy nie zdążylibyśmy uciec. A tak, bezstresowo, mając ciebie na murach, zrobiliśmy co trzeba było i po ptokach.
Sześciu żołnierzy wynosiło właśnie rozbrojonych i spętanych orków do klasztoru, gdzie mieli się nimi zaopiekować magowie, gdy ktoś w tłumie krzyknął:
- Trzeba ich nagrodzić!
Piotrek odgadł, że ten głos należał do wartownika, który pomagał im przy północnej ścianie. Sosabowski odchrząknął, chciał zrobić dobre wrażenie na ludności więc powiedział głośno i wyraźnie:
- Dzisiaj ci trzej młodzieńcy z własnej woli zorganizowali podejście pod obóz wroga i sami, tylko w trójkę, zabili sześciu orków, a trzech wzięli do niewoli, pozostając przy tym niezauważeni. Za sześciu zabitych, zgodnie z obowiązującymi prawami, wypłacam im sto dwadzieścia horretów, zaś za trzech żywych - drugie tyle.
Tłum zaczął wiwatować i bić brawo dla szczodrego gospodarza. Sosabowski zachęcony tym, dodał:
- Dodatkowo dostarczyli oni kilku orkowych wywarów, zapisanych manuskryptów oraz broń orków, za co oddzielnie dorzucam jeszcze 60 horrytów. Sumując, za dzisiejsze poświęcenie, odwagę i ryzyko dostajecie - tu zwrócił się już prosto do bohaterów tamtej nocy - okrągłe trzysta horrytów. Gratuluję i życzę dalszych sukcesów. Teraz jednak proponuję położyć się do snu, nigdy nie wiadomo jak rano zareagują orkowie.
Mimo wszystko szóstka przyjaciół, wliczając Grześka, wcale nie spała tej nocy. Za dużo musieli sobie powiedzieć, na przykład Piotrek dopiero teraz miał czas zadać nęcące go od pewnego czasu pytanie:
- Kto was tak nauczył strzelać?! Marcin - rozumiem, codziennie styka się z łukami, ćwiczy na strzelnicy kiedy może, ale ty? - popatrzył na Tomka - Kto cię tego nauczył? Obydwaj trafili orków prosto w szyje - dorzucił słowa wyjaśnienia dla niewtajemniczonych.
- Celowałem w klatę, - odpowiedział Tomek - ale trochę mi zeszło. Muszę więcej ćwiczyć. Za to ty trafiłeś swojego prosto w mostek. Nie, Marcin?
- No. Jak wy buszowaliście w namiotach, to ja zebrałem strzały, bo w końcu tylko ja tu wiem, ile pracy kosztuje ich zrobienie. Tylko twoją pierwszą zostawiłem - powiedział do Piotra - weszła prosto w kość i za chama nie dało się jej wyciągnąć. Pewnie i tak grot się stępił na tym twardzielu.
- Na pewno nie. - zaprzeczył Michał - Co jak co, ale groty robię lepsze niż Janek. Twarde jak... - niecierpliwie rozejrzał się po pokoju, poszperał w pamięci i kontynuował wyraźnie z siebie dumny - jak pół dupy zza krzaka.
- No nie wiem czy pół dupy zza krzaka jest dość twarde, żeby rozwalić orka. - powiedział pośród ogólnego śmiechu Grzesiek.
Ranek przebiegł bez zakłóceń. Chłopakom najwyraźniej nie zaszkodził brak snu, gdyż rano byli rześcy i pełni sił jak co dzień. Tomek zwrócił pożyczone na noc ze zbrojowni łuki i strzały, a sam, z braku zajęć w zbrojowni, poszedł do klasztoru magów. Mistrz Izaak właśnie wygrzewał stare kości na ławeczce przed wejściem. Na widok Tomka rzekł:
- Witaj młodzieńcze. Wspaniałą pracę wczoraj wykonaliście, wspaniałą. Mamy teraz kilka eliksirów do zbadania, manuskrypty do odszyfrowania, orków do przesłuchania... Nie zżymam się. Wręcz przeciwnie, bardzo mnie cieszą nowe wyzwania, nie popadniemy w monotonię. Nie mniej jednak przydał by się teraz ktoś do pomocy, a ty, o ile sięgam pamięcią, miałeś ochotę zostać członkiem zakonu. Nie widzę przeszkód, abyś został jednym z nas. Z nas dwóch zrobiło się nas trzech. - powiedział smutno - Mało nas. Bardzo mało. Ale na szczęście znalazłeś się ty. Będziesz się uczył magii pod moim okiem, a już wkrótce będziesz mógł przejąć niektóre z naszych obowiązków. Wy, młodzi macie swoje potrzeby, więc od razu pytam, ile chcesz zarabiać miesięcznie?
Tomek niezwykle szczęśliwy, z propozycji dołączenia do magów, zrobił salto w tył, którego nauczył go niegdyś Kamil. Oszołomiony nadmiarem dobrych wiadomości długo analizował całą, nie krótką zresztą, wypowiedź swojego nowego mistrza. W końcu dotarł do pytania o zapłatę:
- Tyle co do tej pory w zbrojowni.
- Umm, skromność. Cenna cecha. Oczywiście, raz w miesiącu rzucę ci parę horrytów, tyle ile zarabiałeś w zbrojowni. Teraz idź do byłego pracodawcy i powiedz mu, że kończysz pracę u niego. Do zobaczenia wkrótce. Resztę dnia masz wolną, ale jutro skoro świt melduj się u mnie. - Tomek skinął przyjaźnie ręką na pożegnanie starca.
Biegł przez dziedziniec głośno się śmiejąc i rozglądając za przyjaciółmi, gdyż czuł, że jeśli natychmiast się z kimś nie podzieli swoim szczęściem, to eksploduje. Najbliżej na linii biegu zauważył Martynę, więc nie zatrzymując się oplótł ją mocno rękami, podniósł i biegł dalej. Po chwili wyhamował, postawił dziewczynę z powrotem na ziemi i bez słowa pocałował. Oderwawszy się od jej ust, spojrzał w jej błękitne oczy i przepełniony nienaturalnie wielkim uczuciem zadowolenia, powiedział:
- Kocham cię! - na co Martyna odpowiedziała to samo. Znów połączyli się w długim pocałunku.
Świadkiem tej sceny był Piotr, który właśnie wracał od pana Stanisława. Podszedł jeszcze kilka kroków i zaczął klaskać z życzliwym uśmiechem na twarzy. Para popatrzyła na niego nieco zmieszana, ale on krzyknął tylko "bis!" i już wróciła atmosfera sprzed chwili. Tomek krzyczał wesoło zamiast mówić:
- Stary, to jest mój szczęśliwy dzień!! Najpierw polowanie na orków, potem nagroda od Sosabowskiego, przed chwilą przyjęli mnie do klasztoru, a teraz to! Trwaj chwilo, jakże jesteś piękna!
- To z "Fausta" Goethego, czy nie? - zauważyła Martyna.
- Znacie tu "Fausta"? - zapytał zaciekawiony Piotrek.
- Tak, mamy biblioteczkę w kościele. Niewiele tego, ale zawsze podstawowe dzieła są pod ręką.
- A propos, Tomek, tej nagrody od Sosabowskiego, właśnie byłem u niego. Mam kasę i ważną wiadomość od Stasia, ale wrócimy do tego wieczorem, w naszym pokoju. Zresztą ciebie to chyba już nie dotyczy.
Piotrek oddalił się od nich wolnym krokiem. Tomek rozpoczął rozmowę z ukochaną:
- Właściwie, skąd macie tu "Fausta"? Przecież to chyba nie ta epoka, nie to miejsce i w ogóle on żył w naszym świecie... - zamyślił się na krótką chwilę, po czym dodał cicho - w naszym byłym świecie.
- Wiem to tylko z opowiadań, ale podobno kiedyś, jakieś 50 lat temu przybyło tu kilku literatów z waszego... jak to ująłeś? Aha, waszego byłego świata. Przynieśli ze sobą te książki.
- Kilku ludzi zaopatrzyło bibliotekę parafialną?!
- Niezupełnie kilku. Było ich chyba z dwudziestu, tak przynajmniej twierdzą najstarsi ludzie tutaj.
- Byli z Polski, tak? A więc nie tylko my tu dotarliśmy?
- Pewnie, że nie. Całe to miasteczko, każdy człowiek tutaj jest potomkiem kogoś z Polski. Dlatego mówimy po polsku, jesteśmy katolikami i tak dalej.
- A magowie? Oni też są katolikami? - zapytał zaniepokojony Tomek. Nie chciał dokonywać wyboru wiary.
- Tak. Siłę magiczną czerpią z żywiołów, czyli z ziemi, powietrza, ognia i wody, a eliksiry robią z ziół i jakichś innych składników, których nigdy nie ujawniają. Nie musisz się martwić o wybór pomiędzy wiarą, a magią. To nie sekta.
Tomek po raz pierwszy od wielu tygodni poczuł się zupełnie wolny od wszelkich zmartwień i problemów. Jakby nigdy nic złego mu się nie przytrafiło. Do wieczora rozmawiali o najróżniejszych rzeczach, od omawiania pochodzenia, przez nocny atak na orków, aż po kontemplowanie swoich wad i zalet, z czego w sobie wzajemnie widzieli tylko te ostatnie.
Wieczorem, kiedy wszyscy już zgromadzili się w sypialni, Piotrek zaczął powoli, z namysłem wykładać przyjaciołom propozycję, którą wcześniej tego dnia złożył mu Sosabowski:
- Wielmożny pan Stanisław złożył mi dzisiaj pewną ofertę. Nie, źle... Wielmożny pan Stanisław zażądał dzisiaj ode mnie zrzeczenia się wolności. Taa... Nie tylko ode mnie zresztą, to samo tyczy się was, wyłączając Tomka i Grześka. Tak w ogóle, jesteś jego żołnierzem? - zapytał łucznika.
- Nie, jestem zwykłym mieszkańcem. Wie, że nie zaciągnie mnie do wojska. Nie lubię być pachołkiem, któremu trzeba mówić gdzie ma stanąć i co robić, do czego strzelać albo którą stroną się miecz trzyma. Żyję sobie spokojnie jako zwykły mieszkaniec, a jak orkowie atakują, to wchodzę na mury i strzelam. Proste, nie?
- Pewnie. Tak trzymaj, stary. Mam zamiar postąpić tak jak ty, przede wszystkim ochronić swoją wolność. Będę walczył z wrogiem, będę pomagał w zamku, będę umierał za ten zamek, ale będę to robił jako człowiek wolny. Na waszym miejscu zrobił bym to samo. - poradził innym Piotrek.
- Dlaczego to się nie tyczy Grześka, to już wiem, ale czemu Tomka? - zapytał rzeczowo Michał.
- Aaa, wy jeszcze nie wiecie? Dalej, pochwal się im. - zwrócił się Piotr do Tomka.
- Od jutra zaczynam nową pracę. Jestem magiem. - przyjaciele początkowo nieco zdziwieni, zaczęli gratulować Tomkowi przyjęcia do elitarnej, trzyosobowej grupy miejscowych magów. Kiedy atmosfera przycichła, Piotr oznajmił:
- A to jeszcze nie wszystko, jeśli chodzi o dzisiejsze osiągnięcia Tomka.
- No i musiałeś o tym wspominać? - zapytał zmieszany główny zainteresowany.
- No musiałem. Ale mogę to powiedzieć za ciebie, jeśli nie chcesz. Otóż Tomuś wyrwał dzisiaj panienkę! - powiedział rozbawiony do granic możliwości Piotr. Specjalnie użył tak brutalnie brzmiących słów, aby sprawdzić reakcję towarzysza.
- To nie jest panienka, wieśniaku!
- Dobra, luzik, szefuńciu. Sprawdzałem tylko jak zareagujesz. Nie zgadniecie kto jest obiektem westchnień Tomusia. Martyna! - pomruk podziwu przebiegł pokój.
- To był zdecydowanie twój dzień. - powiedział Przemek.
Na koniec Piotrek rozdzielił 300 horrytów, które rano dostał od Sosabowskiego. 20 zostawili dla wartownika, 40 dla Grześka, na co ten ostatni, ze skromności, nie chciał przystać, ale ostatecznie Marcin po prostu wrzucił monety do jego skrzyni. Trójka głównych bohaterów wzięła po 80 horrytów. Piotrek w nocy zdecydował, że nada imię sztyletowi, który niegdyś dostał od Kamila oraz, że bardziej przyłoży się do treningów strzelania z łuku. Po chwili namysłu uznał, iż najbardziej do jego szczególnego noża pasuje nazwa Punk. Zadowolony z siebie, spokojnie zasnął.
Rano poszedł na wschodni odcinek murów, gdzie miał sprawować służbę ów strażnik, który pomógł przy orkach pamiętnej nocy. Ucieszył się na widok niemałej sumy, ale mimo to zapytał:
- Co tak mało?
- I tak nieźle, jak za dwie minuty roboty, nieprawdaż? - zapytał z kłamaną uprzejmością Piotrek. Kiedy usłyszał "dzięki", odwrócił się na pięcie i poszedł doskonalić techniki walki.
Tomek pełen sił i zapału rozpoczął naukę w klasztorze. Ku jego niezadowoleniu, dowiedział się, że szatę ucznia dostanie dopiero po oficjalnym egzaminie, do którego ma się przygotowywać przez następne kilka tygodni. Czas umilał sobie treningami i spotkaniami z Martyną, z którą mógł rozmawiać w nieskończoność. Powoli, acz systematycznie brnął naprzód wśród sekretów magii i alchemii.
Wszyscy przyjaciele odnotowywali jakieś mniejsze lub większe sukcesy w swoich dziedzinach. Przemek sprzedawał za pół ceny swoje pancerze, gdyż "nie miał serca zdzierać z kumpli ciężko zarobione pieniądze", a Michał do wcale niezłych mieczy dorabiał różne udoskonalenia, polerował je, ostrzył i ozdabiał zupełnie za darmo. Marcin nareszcie, po długim czasie obserwacji, z drzewa wiśni zrobił swój pierwszy łuk, który przepełnił go niesamowitą dumą. Obiecał już, że zrobi innym takie same lub lepsze tylko po cenie surowca, który razem z mistrzem Tymoteuszem zamawiali u elfów.
Z inicjatywy szóstki przyjaciół ochrzczono bezimienne dotąd miasteczko. W plebiscycie zorganizowanym przez nich wśród mieszkańców zwyciężyła nazwa Patria, choć Delirium Tremens zostało tylko o kilka głosów z tyłu. Mieszkańcy ze zdumieniem zauważali, że życie w zamku zmieniło się od czasu przybycia młodzieńców. Przyjemniej im się żyło widząc codziennie rozsyłających wszędzie uśmiechy i żarty młodych ludzi, nadzieję na przetrwanie trudnych czasów wojny.
Wyjątkowo późno w tym roku nadeszła zima. Orkowie marzli w swoich namiotach, ale nie zanosiło się na szybkie zakończenie wojny. Obroty kupca Cypriana gwałtownie się zwiększyły, gdyż większość ludzi wykupywała ciepłe zimowe ubrania. Fundusze przyjaciół nie były w najlepszym stanie, ale za to żaden z nich nie odstawał pod względem rynsztunku od żołnierzy Sosabowskiego. Ten z kolei przestał starać się zasilić szeregi zawodowych obrońców zamku nowymi rekrutami, którymi mieliby zostać prawie wszyscy młodzi mężczyźni w zamku. Na szczęście poprzestał na kilku ochotnikach, reszta wyraziła stanowczy sprzeciw. Życie biegło naprzód, orkowie rzadko nacierali, nie czyniąc obrońcom żadnych szkód.
- Musimy tak zapieprzać z tymi łopatami? - zapytał retorycznie zdyszany Przemek.
- A chcesz być duzi i silny? - odpowiedział mu pytaniem Michał, starając się naśladować głos pięciolatka, który opycha się Cornflakes'ami i mówi, że dzięki temu będzie "duzi i silny". Michał szybkim zwodem ominął lecącą z dużą prędkością śnieżkę.
- Spokój panowie! Nie chcę wyglądać tak, jak przedwczoraj. - powiedział Marcin.
Od kilkunastu dni, codziennie przed wschodem słońca przemierzali z łopatami dziedziniec. Zawsze w nocy spadał śnieg, więc uznali, że mogą wstawać wcześniej i ćwiczyć mięśnie machając łopatami ze śniegiem. Dodatkowo, wdzięczni mieszkańcy wywalczyli dla nich u Sosabowskiego symboliczną zapłatę za pracę. Do tej pory tylko raz doszło pomiędzy nimi do walki na kule śniegowe, ale rezultaty czuli jeszcze przez cały dzień, kiedy musieli wrócić do swoich normalnych zajęć w przemoczonych ubraniach, gdyż nie mieli innych na zmianę.
Michał, na prośbę Tomka i Michała oraz pod ich czujnym okiem, zrobił pierwszą w tym świecie, w całości metalową deskę snowboardową. Bez wiązań co prawda, ale i tak dostarczyła im wiele radości. Od czasu do czasu miewali i inne szalone pomysły, dzięki którym nie wtopili się w monotonne życie Patrii. Jednym z ich najbardziej poronionych pomysłów było taplanie się w błocie, któremu towarzyszył również wyścig w ślizgu na brzuchu. Było to jednego z jesiennych poranków, kiedy na dziedzińcu zamkowym pętał się mało osób, a sam dziedziniec zmienił się po deszczu w błotnisty basen. Przyjaciele, niewiele myśląc, wskoczyli w samą bieliznę i pobiegli na "poranną rozgrzewkę". Nieustannie, przez okrągłą godzinę rzucali się, ślizgali, ochlapywali i pełzali w błocie. Świadkowie niecodziennego zjawiska pękali ze śmiechu lub rozwodzili się nad granicami głupoty ludzkiej, ale tylko w pozytywnym sensie tego zjawiska. O ile owo zjawisko, jakąkolwiek pozytywną stronę posiada. Tomek nadal spędzał wolny czas na pogaduszkach z Martyną.
Przyjaciele kolejny zimowy wieczór postanowili poświęcić rozważaniom o wszystkim, co akurat przychodziło im do głowy. Niestety, akurat tej nocy ich rozmowa zeszła na temat orków.
- Ile te mendy mają zamiar tu siedzieć? Już pół roku tu jesteśmy, a oni nadal koczują tak jak koczowali. A my tak samo. Jakby nie mogli ruszyć dupsk i podejść pod mury. - żalił się Michał.
- Oczekują tego samego od nas. - powiedział Przemek - Jutro mija pół roku odkąd zginął Kamil. Trzeba by było to jakoś uczcić.
Po tych słowach Piotrek uśmiechnął się ze złośliwością, w myślach widział już rzeź.
- Moim zdaniem najlepiej go uczcimy, robiąc wielką rzeź w obozie orków. - powiedział.
- Nie radziłbym, - odrzekł Tomek. - ci orkowie, co kiedyś ich złapaliśmy, powiedzieli, że ich szamani są potężniejsi od nas wszystkich razem wziętych, a ja im wierzę.
- To wy znacie ich język? Dobra, nie odpowiadaj, wrócimy do tego. W każdym razie, nie musimy zabijać żadnych szamanów. Moim zdaniem wystarczy taka akcja, jak tamtej nocy. Tylko na większą skalę. Wszyscy mamy teraz lepsze uzbrojenie, pancerze, więcej umiemy... Tomek spali ich żywcem, nie?
- Niezupełnie. Wiemy też, że mają wokół obozu pole antymagiczne, takie samo jak wokół naszego zamku. - widząc ich zdziwione miny, dodał - To wy nie wiecie, że tylko dlatego wciąż żyjemy, bo orkowi szamani nie mogą nic zrobić ludziom w zamku, ani samym murom? No to już wiecie. Ja też im nic nie zrobię.
- A ty możesz używać magii na terenie Patrii?
- Ja - tak, oni - nie.
Zapadła cisza. Wszyscy wlepili oczy w Piotrka, który spokojnie coś sobie układał, czego przejawem było kiwanie głową i patrzenie niewidzącym wzrokiem w jeden punkt. Minęła minuta, później druga... Atmosfera gęstniała z każdą sekundą. Piotrek nie zmienił ani pozycji, ani tym bardziej czynności. Grzesiek w końcu wybuchnął:
- Kurwa, odezwiesz się w końcu czy nie?!?!?! - wrzasnął w dzikiej furii. W głuchej ciszy ten okrzyk zabrzmiał jakby zamek się walił.
- Przepraszam, zamyśliłem się. - usprawiedliwił się Piotrek - Nawiasem mówiąc, nie znałem cię od tej strony, Grzechu.
- Poniosło mnie.
- Dobra, przynajmniej mam plan...
O dwudziestej trzeciej dwadzieścia wszystko było już przygotowane. Pięć cieni mknęło wśród drzew i krzewów nad brzegiem rzeki, jeden dodatkowy wartownik na południowej ścianie muru nerwowo powtarzał w myślach magiczne formuły, wbijał wzrok w ciemność próbując ujrzeć cokolwiek nad brzegiem rzeki. Na próżno.
Pięć minut później pięciu ludzi przycupnęło w krzakach, niecałe sto metrów od obozu orków. Pomiędzy nimi a pierwszymi namiotami powinno kręcić się trzech orków. Od czasu nocnego mordu i porwania orkowie zaostrzyli środki bezpieczeństwa. Nagle na jasnym tle obozu przesunęły się trzy postaci. Grupka wojowników z krzaków podążyła do miejsca gdzie zobaczyli wrogów. Cicho podążyli ich śladem. Teraz dokładnie widzieli przeciwników, gdyż odcinali się na jasnej powierzchni oświetlonych murów. Podeszli jeszcze kilka kroków i równocześnie napięli cięciwy. Z miłym dla ucha świstem pięć strzał pomogło tępawym istotom dostać się do czeluści piekła. Przemek przyniósł z powrotem wszystkie strzały, co jednoznacznie wskazywało na wysokie umiejętności strzeleckie przyjaciół. Kontynuowali marsz. Przy pierwszym ognisku, gdzie kiedyś śmierć poniosło czterech orków, nie było widać nikogo, więc grupa rozdzieliła się na dwie mniejsze. Michał i Przemek pod przywództwem Marcina, który już znał trochę te tereny z poprzedniej wyprawy, obeszli namioty od strony zamku, zaś Piotrek i Grzesiek od strony ściany lasu. Ich podejrzenia sprawdziły się. Szałasy miały wejścia po stronie ogniska, więc Grzesiek i Piotr widzieli wnętrze namiotu po stronie drugiej grupy i na odwrót. W obydwu siedzibach siedziało po jednym orku, którzy prawdopodobnie znudzeni nocnym czuwaniem, zdrzemnęli się. Po chwili mieli zapewnioną nieprzerwaną drzemkę na najbliższe kilka tysięcy lat.
Przyjaciele zachęceni łatwym początkiem ruszyli w głąb obozu. Śniegiem gasili ogniska, których nie miał kto rozpalić na nowo, tymczasem taką samą wciąż techniką brnęli naprzód mordując niczego niespodziewających się orków. Dotarli do końca cypla, który tworzyły szałasy wysunięte w stronę rzeki, teraz przed nimi rozpościerało się obozowisko w pełnej krasie. Namioty nie stały już po trzy w oddaleniu od siebie, a w jednej wielkiej "kupie". Spojrzeli po sobie niezdecydowani. Piotrek z namysłem, powoli skinął głową. Przewiesił łuk przez plecy i wyjął miecz, i sztylet zwany Punkiem. Tak samo postąpili pozostali, z tym, że Punka zastąpili tarczami, które dotąd nieśli na plecach. Stanęli jeden obok drugiego na skraju wrogiego obozu, niewidoczni jeszcze, ale dostojnym krokiem zbliżający się do granicy światła. Tak majestatycznie wynurzyli się z ciemności nocy, ale nie było dane zobaczyć tego orkom, gdyż wszyscy spali spokojnie w swoich namiotach. Cała piątka bohaterów wiedziała, że idą na śmierć, że nie mają najmniejszych szans w potyczce z setkami orków, ale nie ich najbardziej się obawiali. Skupili teraz uwagę na jak najlepszym wykonywaniu czynności, które teraz ich zajmowały, jednakże resztkami świadomości widzieli swoje dymiące szczątki i wychudzonych szamanów pochylających się nad nimi z zadowoleniem.
Na razie szło gładko. Opróżnili właśnie piętnasty namiot, kiedy z namiotu leżącego w pobliżu wyszedł zaspany ork. Biedaczek, ani mu się nie śniło, że wychodząc załatwić potrzebę fizjologiczną zostanie napadnięty i zabity przez pięciu ludzi. Jeszcze nie zdążył zamknąć ust po rozdzierającym okrzyku, kiedy jego głowa wyleciała wysoko w górę i tryskając krwią została przestrzelona przez Grześka, który uznał, że nie będzie męczył się z mieczem, jeśli ma pod ręką swój nieoceniony łuk. Wszyscy zdali sobie sprawę, że to nie był tylko okrzyk przerażonego orka, ale także wyrok na nich. Popatrzeli ze strachem w oczach na Piotrka, który przywrócił im spokój wzruszeniem ramionami. Wywołało to nawet u nich cień uśmiechu. Przemek zauważył:
- Szkoda, że nie ma z nami Tomka. Założę się, że dałby sobie jajca uciąć, żeby zginąć razem z nami.
Stanęli tymczasem w linii, twarzami do nieodrobaczonej części obozu i z łukami w rękach czekali na pojawiających się tu i ówdzie orków. W ten sposób zabili kolejnych piętnastu nieszczęśników. Zblazowani czekali na coś mocniejszego. Trzeba przyznać, że tym razem nie zawiedli się. Z naprzeciwka szedł duży oddział, na czele którego szedł, jak się domyślili, jeden z szamanów. Oddział zatrzymał się pięćdziesiąt metrów od grupki ludzi. Dwie armie, jeśli można tak nazwać pięciu młodzików i stu orków, nie zmieniało pozycji, więc Piotrek pokręcił tylko zrezygnowany głową i wypuścił strzałę. Za nią poleciały następne cztery. Szaman zdezorientowany popatrzył na swoją klatkę piersiową, która przypominała obecnie poduszkę na igły. Orkowie osłupiali patrzyli na swojego niedawnego przywódcę. Tymczasem padło kolejnych pięciu z nich. Pozostali nie drgnęli. Znów pięciu. Nareszcie dotarło do nich, że dalsza bezczynność może skończyć się dla nich tragicznie, więc puścili się biegiem na przeciwników. Ostatnie na razie pięć strzał i już z łukami na plecach stawili opór fali olbrzymich przeciwników. Stali teraz ramię w ramię w półokręgu, starając się, aby nie zostali otoczeni. Wytrwale i z determinacją wymachiwali mieczami, stopniowo ustępując przed naporem przeciwników, którzy teoretycznie powinni wdeptać ich w ziemię.
Tomek widząc rozpaczliwą, acz spokojną walkę towarzyszy, opuścił linę, którą miętosił w rękach na ziemię po zewnętrznej stronie muru i szybko, aby przynajmniej być w pobliżu, kiedy wszyscy zginą, zaczął schodzić po linie. Przelotnie wspomniał w myślach o Martynie. Ta chwila, w której przypomniał sobie o niej kosztowała go utratę cennego w tej chwili czasu. Zawahał się przez ułamek sekundy, ręka zamiast liny ścisnęła powietrze, druga już odruchowo zwolniła uścisk, co zaowocowało upadkiem z dużej wysokości na twardy grunt. Tomek nieprzytomny leżał u stóp zamku.
Do uszu walczących i przygotowanych na śmierć ludzi nie docierały żadne okrzyki dobiegające z obozu, więc tylko niezmiernie zdziwieni obserwowali nagle ustępujących orków. Podparli się na mieczach i dysząc ciężko śledzili wzrokiem zbliżające się postaci. Nie przypominali zwykłych orków, było ich dwóch, cherlawych, niskich, wysuszonych orkowych dziadków. Jeden uniósł topornie zdobioną laskę i nagle przyjaciele poczuli, że dopiero to oznaczało ostateczną porażkę. Niestety i tym razem się mylili. Orkowi wojownicy zanieśli skamieniałych, ale żywych wrogów do dość dużego, niemal starannie wykonanego domu z grubo ciosanych kamieni. Ustawili ich pod ścianą jak na wystawie sklepowej i wyszli. Uwięzionych, przez następne kilka minut nachodziły różne myśli, w których wyobrażali sobie palisadę z orkami nabitymi na każdym palu lub siebie leżących w trumnach pod wielkim kurhanem.
- No toście narozrabiali. - powiedział ku ich zdumieniu jeden z dziadków - 150 zabitych orków, z czego 50 w bezpośredniej walce. Znakomity wynik, nie powiem. Podziwiam was, ale to nie czas i miejsce na suche pogadanki. Mam was przesłuchać, bo tylko ja tutaj znam wasz język. - powiedział coś do stojącego obok drugiego dziadka, tego, który wcześniej zamienił ich w posągi. Znów machnięcie laską i przyjaciele odzyskali swobodę ruchów.
- Dzięki. - burknął Przemek.
- Nie ma za co. Pierwsze: dlaczego przyszliście do naszego obozu na pewną śmierć?
- Pomyślmy... Może po prostu mieliśmy ochotę zasztyletować paru zasrańców, a tutaj było najbliżej? Nie tak, chłopcy? - powiedział ironicznie Marcin. Michał zaczął gładzić podbródek, po czym powiedział:
- Taa... chyba masz rację. Nie zapominaj wszak, że jesteśmy tutaj w imieniu jeźdźców apokalipsy, więc był to niejako nasz obowiązek.
- Zabijecie nas, czy mamy sami sobie poradzić? - zapytał rzeczowo Piotrek.
- Myślę, że są na to za ciency. - ustosunkował się do sprawy Przemek.
- Dość! - krzyknął zdenerwowany szaman, bełkotał chwilę w swoim języku, drugi skinął głową i mogli kontynuować rozmowę - Powiedziałem mu coś, co właśnie uratowało wam dupska. Podziękujecie mi później. Nie jestem prawdziwym orkiem, jestem skrzyżowaniem orka z inną rasą, która już wyginęła. Całym sercem życzę wam jak najlepiej i mam zamiar was stąd wyciągnąć.
- I myślisz, że ci uwierzymy? - zapytał pełnym politowania głosem Przemek. - Przecież to żałosne.
- Mogę wam to łatwo udowodnić. Patrzcie. - po tych słowach wyjął zza paska nóż i wbił go drugiemu szamanowi między żebra. - Wystarczy?
- A skąd mamy wiedzieć, że to nie był podstawiony lamer, największa wioskowa ciota? Może chcecie w ten sposób zdobyć nasze zaufanie, a później... - Grzesiek zaciął się. Co mogło być później? Przecież tak czy inaczej zginą, więc nie ma różnicy, czy z rąk żądnych krwi olbrzymów, czy tego cherlawego maga. - Właściwie, to nie mamy nic do stracenia...
- Właśnie. A nasze cele są podobne. Wy chcecie pomordować wszystkich w tym obozie, a ja chcę tylko śmierci ostatniego szamana tutaj. Jest na końcu obozu, w swoim namiocie. Póki on żyje, moja moc jest cały czas taka sama, ale jeśli zginie, cała potęga wszystkich trzech przejdzie na mnie. Częściowo dzięki wam - to wy zabiliście jednego z nich, teraz przydaliście mi się w zlikwidowaniu drugiego, teraz możemy współ pracować. Ja pomogę wam oczyścić ten obóz, a wy mi w zniszczeniu ostatniego szamana. Wypasiony układ, nie?
- Nieźle mówisz po polsku. - zauważył Piotrek - Jak stwierdził wcześniej Grzesiek - nie mamy nic do stracenia, więc zgoda. Ale jaki masz plan?
- Wychodzimy, stajemy pod ścianą tego domku i zabijamy. Będziecie mogli spokojnie wyjść póki nie zaczają, że zdradziłem ich. Łatwe?
- Pewnie. Prowadź.
Na komendę Ishiasa - tak bowiem nazywał się szaman - orkowie odstąpili od nich na dwadzieścia metrów. Ishias koncentrował się, zbierał siły na coś, o czym nie mieli pojęcia przyjaciele. Było im obojętne, czy wykorzysta to przeciwko nim, czy orkom.
- Patrzcie teraz. - stęknął z wysiłku.
Nagle ogromna ściana ognia pochłonęła orków. Przez kolejne 10 sekund, które ciągnęło się w nieskończoność, płonące postaci darły gardła z bólu, padali na ziemie próbując ugasić płomienie, wpadali na siebie, zadeptywali. Przyjaciele oszołomieni patrzyli na to straszne widowisko, mrużyli oczy od blasku. Ishias opuścił swoją laskę, płomienie opadły, kilku orków dogorywało, okoliczne namioty wciąż się paliły.
- Sielanka... - podsumował Przemek.
- To byli wszyscy mieszkańcy tego zadupia?
- Zostało tylko dwóch; ja i Nascendi, czyli tamten szaman.
- I jak mamy ci pomóc w zabiciu tamtego? Twoje możliwości są raczej trochę większe niż nasze. - powiedział Michał.
- Nie mogę go zabić magią, ani mieczem, nożem, czy czymkolwiek innym. Jest zbyt potężny i póki tu jest, ma jakby władzę nad moim umysłem. Ale tylko do tego stopnia, że nie mogę go zabić, bo jestem jego podwładnym. I tu wchodzicie wy. Musicie wejść do jego namiotu i zabić go. Łatwe, nie?
Tym razem odpowiedziało mu milczenie. Po chwili Marcin powiedział:
- Przecież on nas zabije zanim podejdziemy. Właściwie to się dziwię, że jeszcze nas nie zabił. Chyba wie, że coś się dzieje w obozie i wystarczy żeby kiwnął palcem, a zostanie z nas niezgorsza kupka popiołu niż z tych tam. - wskazał martwych orków.
- Ale nie kiwa. Ani jednym palcem, ani całą dłonią, ani czymkolwiek.
- Dlaczego? - Zapytał Ishiasa Piotr.
- Bo musiał wybrać. Albo zabić nas wszystkich, albo kierować moim umysłem. Wybrał to drugie. Ale nie wziął pod uwagę, że to go pozbawia jakiejkolwiek siły i świadomości. Nie wziął was pod uwagę. Chodźmy. Za chwilę będziemy świętować ostateczne zwycięstwo.
Ich oczom ukazał się okazały namiot, mniej toporny od innych. Piotrek nawet pomyślał, że mógłby w nim zamieszkać, jeśli już nie miałby się gdzie podziać. Podnieśli szmatę zastępującą drzwi. Na łóżku, po przeciwnej stronie kwatery leżał Nascendi. Równie wysuszony i stary co poprzednicy.
- Nie mam serca zabić bezbronnego staruszka. - przyznał się Piotr.
- To nie jest biedny dziadziu! To najgorsza kreatura z nich wszystkich! Źródło ich zła i potęgi! I wcale nie jest bezbronny. Gdyby się jakimś cudem przebudził, nic by z was nie zostało. Ze mnie też.
- No to po ptokach - stwierdził Michał i pchnął Nascendiego mieczem.
Szaman zaczął pękać jak kryształowa waza, ze szczelin w jego ciele wylatywał kolorowy, świetlisty gaz, który przez następne kilkadziesiąt sekund kumulował się pod sufitem namiotu.
Tomek odzyskał przytomność. Chwilę patrzył na linę, mur, ziemię i wszystko sobie powoli uświadamiał. Rozmasowując obolałe i posiniaczone miejsca pobiegł w kierunku wyładowania magicznej mocy, którą jako mag czuł bardzo wyraźnie i która obudziła go ze stanu nieprzytomności.
Teraz kolorowe gazy wpływały do Ishiasa, który z zadowoleniem obserwował zmniejszającą się chmurę mocy. Wreszcie nic nie zostało. Wyszli na zewnątrz.
- No, to po robocie. - powiedział Ishias - Nie ukrywam, że bardzo mi pomogliście. Właściwie to nie dokonałbym tego bez was. Ale wszystko ma swój koniec: dzień, noc, tamta rzeka, ten obóz, szamani, teraz przyszła kolej na was. Tylko ja nie mam końca. Jestem, byłem i dzięki tej mocy, którą przed chwilą zaabsorbowałem, będę. Na wieki albo i na wieczność!
To powiedziawszy, odszedł kilka kroków. Zdezorientowani przyjaciele trawili jeszcze sens jego słów. "Teraz przyszła kolej na was" mielili w myślach. Tymczasem Ishias kontynuował:
- Kiedy już zabiję was, wysadzę cały ten zamek, później zniszczę elfy, a na końcu krasnoludów. Później zgromadzę wszystkich orków tego świata i będę tu niepodzielnie panował. Ach, ach, ach... To będą złote czasy dla wszystkich i dla wszystkiego. No, ale trzeba kończyć. Przygotujcie się na śmierć.
Osłupiali przyjaciele popatrzyli po sobie i na nieznaczny gest Piotra, wystrzelili z łuków. Strzały ześlizgnęły się po skórze maga. Wytrzeszczyli oczy jeszcze bardziej niż do tej pory.
- Tym mnie nie zabijecie. Są tylko dwie możliwości, które mogą mnie pozbawić życia. Pierwsza to mag potężniejszy ode mnie, a druga to specyficzny nóż podobny do tego. - wyciągnął sztylet, w którym Piotr rozpoznał ten, o którym niegdyś opowiadał mu kowal Janek - Niestety, i jedno, i drugie jest poza waszym zasięgiem. Przykro mi, ale musicie zginąć.
Zza pleców mówcy wystrzelił w jego kierunku snop iskier, który przerodził się w ognistą kulę. Tomek zużył na ten atak całą swoja magiczną moc. Ishiasowi nie wyrządziło to żadnej szkody.
- Idiota. - skrytykował młodego maga szaman - Czego tu chcesz? Przecież i tak nic mi nie zrobisz, a i im nie pomożesz, więc poczekaj tu sobie grzecznie. Jak ich zabiję, to zajmę się tobą.
W czasie tego monologu Piotr wyjął Punka i cicho, ale w miarę szybko podkradł się do Ishiasa. Zacisnął dłoń na rękojeści i zamierzył się na przeciwnika. Niestety ten błyskawicznym ruchem osłonił się swoim sztyletem. W chwili zetknięcia się, oba ostrza rozsypały się na miliony drobnych kryształków, które i tak wsiąknęły w ziemię. Przeciwnicy stali naprzeciw siebie niepewni co dalej. Piotrek zaczął mówić, a jego głos w miarę upływu sekund narastał w siłę i gniew:
- Zniszczyłeś mój sztylet. Kamila sztylet, wszystko co mi po nim pozostało, ty zniszczyłeś. Odciąłeś jedyną drogę ratunku dla nas, dla Patrii, dla świata... Ty kutasie! Śmieciu zasrany! I myślisz, że jak jesteś taki pakero, to ci wolno robić co ci się podoba?! To się, kurwa mylisz!!!!!! - krzyknął najgłośniej jak potrafił prosto w twarz Ishiasa.
Chcąc wyładować złość, że już wszystko stracone, wziął zamach i z całej siły, woli, świadomości i wszystkiego co miał w sobie przywalił szamanowi między oczy. Ku swojemu i ogółu zdziwieniu głowa Ishiasa rozprysła się na kilka części, które wysokim łukiem opadły na ziemię. Ciało niedoszłego władcy świata osunęło się bezwładnie na ziemię. Chmura mocy przepływała z resztek Ishiasa do Tomka. Przez minutę stali bez ruchu, nie mrugali nawet oczami. Jak zwykle w takich chwilach, Michał stwierdził:
- Kurwa...
- Ja pierdolę... - poparł go Przemek.
Powoli docierała do nich prawda, to, że już koniec walki, koniec orków, szamanów, tyranii, Ishiasa... Po chwili wszyscy już szaleńczo się śmiali i tarzali po ziemi. Potem gratulowali sobie wzajemnie, ściskali swoje ręce, do czego nie przyłączył się tylko Piotrek, gdyż siła uderzenia prawdopodobnie połamała mu wszystkie kości w dłoni.
* * *
Minęło dwa i pół roku od tamtej pamiętnej nocy. Bohaterowie cieszą się dobrym zdrowiem i nie mogą narzekać na brak czegokolwiek. W międzyczasie wybudowano miasto poza murami, gdzie wzdłuż jednej ulicy każdy z nich ma swój dom. A w nim zawsze czeka żona, czasem dziecko, czasem teściowa. Pozakładali własne interesy, każdy w zawodzie, który umiał najlepiej, czyli był kowal, Marcin & Grzesiek łuczarska spółka oraz płatnerz. Tomek zajmował się swoimi magicznymi sztukami i pomimo, że był najpotężniejszym magiem tej ziemi, nadal pobierał nauki u mistrza. Niespodziewanie Piotrek został kupcem i prowadził wraz z żoną interes, w którym sprzedawał wyroby swojej żony oraz własne trofea z różnych spotkań, jak na przykład skóry dzikich zwierząt, kły, pazury, broń orków, którą dostał w spadku po tamtych biedakach oraz wiele innych rzeczy. Czasami odczuwał jeszcze skutki tamtego uderzenia, które, jak się później okazało, zmiażdżyło mu wszystkie kości w dłoni i połamało rękę, ale dzięki magom i czułej opiece swojej obecnej żony przyszedł do zdrowia.
Z niepokojem spoglądali w przyszłość, na to co będzie w dziesiątą rocznicę ich przybycia. Szukali sposobu, aby Kaulonnus nie odsyłał ich z powrotem do szarego świata Polski. Nie potrafiliby tam żyć, co Kaulonnus łaskawie zrozumiał i obiecał pozostawić ich w spokoju po kres ich dni.
* * *
Tak kończy się historia przyjaźni ludzi, którzy są dla mnie wzorem do naśladowania.
SilverRoztruhan
kamli59@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||