Do... razy sztuka
Piotr, dwudziestoośmioletni mężczyzna, na pierwszy rzut oka niczym niewyróżniający się spośród innych mężczyzn w jego wieku. Jednak po bliższym przyjrzeniu się jego twarzy dało się zauważyć, chociaż lepiej byłoby powiedzieć, że nie dało się zauważyć w jego oczach tej iskry, która sprawia, że człowiek wciąż ma ochotę dalej brnąć przez życie. Tak też było w rzeczywistości, Piotr nie miał najmniejszej ochoty na życie. Nawet kilka razy próbował popełnić samobójstwo, jednak za każdym razem coś stawało mu na przeszkodzie. Normalnie człowiek stwierdziłby, że ma niesamowite szczęście, jednak nie on. On chciał umrzeć, i to jak najszybciej, bo miał już dość ludzi, świata i tego wszystkiego, co go spotkało.
Pierwszy raz targnął się na swoje życie, kiedy po 5 latach znajomości jego dziewczyna oświadczyła mu, że od niego odchodzi ponieważ jest w ciąży z innym facetem. Ta wiadomość uderzyła w Piotra niczym rozpędzona osiemnastokołowa ciężarówka. Tego samego dnia miał się jej oświadczyć. Następnego dnia postanowił, że wypłynie łódką na środek jeziora i obciążony skoczy do wody. Kiedy odpłynął od brzegu na odległość, która wydawała się mu wystarczająca, założył plecak pełen kamieni i rzucił się do wody. Niestety miał pecha, gdyż całe to zdarzenie obserwował wędkarz, którego nie zauważył, bo siedział w cieniu drzew. Ten od razu rzucił się na ratunek, jednak nic by to nie dało, gdyby nie to, że kiedy Piotr opadł na dno jakimś dziwnym trafem zsunął się z niego plecak, a jego bezwładne ciało wypłynęło na powierzchnię. Wędkarz przywrócił go do życia robiąc sztuczne oddychanie, a on jak tylko się ocknął odszedł chwiejnym krokiem nawet nie dziękując wybawcy.
Później próbował podciąć sobie żyły. Tym razem uratowany został przez swoją byłą, która wpadła do niego żeby oddać mu klucze do mieszkania i zabrać jeszcze kilka rzeczy, które zostawiła. Kiedy znalazła go na wpół przytomnego w wannie pełnej czerwono-mętnej wody mało nie zemdlała, ale zebrała się w sobie i wyciągnęła go z wanny. Gdy to zrobiła okazało się, że niedawno się pociął i nie trzeba wzywać karetki, wystarczyło, że opatrzyła jego poranione nadgarstki. Jak już upewniła się, że z nim wszystko w porządku wyszła zabierając ze sobą to po co przyszła. Wtedy widział ją po raz ostatni.
Raz nawet zaczepił grupkę podpitych pseudokibiców wyzywając ich drużynę od najgorszych. Ci katowali go bez żadnej litości. Pamiętał każde pękające żebro, łamany nos, a każdy cios mimo potwornego bólu sprawiał mu pewnego rodzaju przyjemność, gdyż wiedział, że każdy przybliża go do upragnionej śmierci. Kiedy tracił przytomność był pewien, że to już koniec, że już umiera. I byłoby tak, gdyby nie pewien facet, który wyszedł z psem na spacer i znalazł go pod krzakiem w parku i zadzwonił po pogotowie. Ocknął się w szpitalu. Jednak nie ma tego złego i poznał tam pewną miłą pielęgniarkę. Nawet pomyślał, że może zaprosi ją na kawę, bo całkiem miło się z nią rozmawiało. Przez krótki czas naprawdę zapragnął żyć, żyć dla niej, z nią. Jednak jego marzenia prysły jak bańka mydlana, gdy zobaczył ją jak czule wita się z jakimś przystojniakiem. Teraz znów zapragnął umrzeć.
Po wyjściu ze szpitala, dodatkowo "zmotywowany" brakiem szans u niej i setką we krwi, postanowił, że skończy ze sobą rzucając się pod rozpędzony samochód. Tak też zrobił. Poczekał aż się ściemni i poszedł do pobliskiej drogi szybkiego ruchu. Tam nie musiał już długo czekać na jakiegoś pirata drogowego. Wybrał sobie dużego, solidnego i przede wszystkim nowego mercedesa, bo skoro ma już ginąć to przynajmniej pod kołami jakiegoś porządnego samochodu, a nie gnijącego poloneza lub innego dwudziestoletniego trupa. Piotr wyskoczył na jezdnię w chwili, gdy samochód był zaledwie kilka metrów od niego, lecz i tym razem na swoje nieszczęście nie zginął, bo kierowca zdążył jeszcze odbić i uderzył go tylko bokiem. Z ciężkimi obrażeniami, ale jednak żywy znów trafił do tego samego szpitala.
Wbrew pozorom to, że nie zginął okazało się dla niego szczęściem, gdyż ponownie miał okazję do rozmowy z ową pielęgniarką i dowiedział się, że ten przystojniak to nie jest jej chłopak tylko brat. Podczas tego pobytu wiele ze sobą rozmawiali, a mimo to nie poznał jej imienia, powiedziała mu tylko, że woli jak do niej mówi siostro lub siostrzyczko. Wychodząc ze szpitala zapytał się czy wpadnie do niego wieczorem na kolację, zgodziła się. Piotr niemal w podskokach, niemal, gdyż uniemożliwiały mu to kule i noga w gipsie, dotarł do mieszkania zaliczając po drodze kilka sklepów. Po powrocie do mieszkania musiał się pośpieszyć ze sprzątaniem i przygotowywaniem kolacji, ponieważ miała przyjść o 18, a przez te zakupy miał nieco ponad pięć godzin, co z nogą w gipsie wcale nie jest dużo. Jednak dał sobie radę i o w pół do 18 wszystko było gotowe. Teraz pozostało mu tylko zaczekać na nią, co nie było wcale rzeczą prostą, bo każda minuta wlekła się jak godzina. Kiedy o 18:30 jeszcze jej nie było pomyślał, że może nie może trafić, ale kiedy godzinę później wciąż jej nie było stracił cierpliwość. Postanowi, że zje ostatni posiłek w postaci całego opakowania pigułek nasennych, poczym położył się na łóżku i zasnął. Ledwo zdążył zasnąć, a przynajmniej jemu się tak wydawało, obudziła go ona.
- Przepraszam, ale nie mogłam przyjść wcześniej.
- Nie masz za co, najważniejsze, że jesteś - odpowiedział Piotr najmilej jak tylko potrafił mimo swego nienajlepszego humoru.
Podczas odgrzewania kolacji odruchowo spojrzał na zegarek, ale okazało się, że stanął o 20:07 więc zdjął go i położył na szafce. Po kolacji długo rozmawiali przy winie, aż w końcu wylądowali w łóżku. Był to najlepszy seks w jego życiu, tym bardziej, że dawno już nie był z kobietą. Teraz ona z lekkim uśmiechem na twarzy leżała wtulona w niego. Tak, to było to, znów zapragnął żyć, znów był szczęśliwy. Lecz dwa pytania zakłócały jego sielankę. Po pierwsze jak ona ma na imię? A po drugie, dlaczego nie chce mu wyjawić swojego imienia? W końcu postanowił jeszcze raz spróbować i zapytał:
- Głupio mi tak wciąż zwracać się do ciebie siostro, więc może w końcu powiesz mi jak masz na imię?
- Wiedziałam, że będziesz o to pytał. Jesteś pewien, że chcesz usłyszeć moje imię?
- No pewnie. I nie wstydź się, nie będę się śmiał, przyrzekam. Jak masz na imię?
- ...Śmierć.
Uhn'Daar
uhn.daar@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||