:::: Janunit ::::

Profesjonalista



Jaszczyk Magazyny Handlowe to niewielka firma, której sprawia trudności konkurowanie z sieciami wielkich supermarketów, z którymi jednak musimy ostro rywalizować. Mamy w Warszawie dwa sklepy i kilka mniejszych w innych miastach. Atmosfera pracy w tej firmie jest rodzinna, a stawiane pracownikom wymagania wysokie. Od niedawna jestem w niej szefem zakupów, a w samej firmie pracuję od lat trzech, to jest od czasu kiedy ukończyłem studia na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Mój poprzednik wypalił się, podobnie jak obecny szef sprzedaży, a wtedy kierownictwo postanowiło się go pozbyć, stwarzając mi możliwość awansu. Dziś powierzono mi przeprowadzenie procesu rekrutacji na stanowisko kierownika działu sprzedaży. Widocznie moi zwierzchnicy doceniają mnie i moje zalety i darzą dużym zaufaniem. I zapewne dlatego umożliwiono mi dokonanie wyboru osoby z którą mam współpracować. Dokonanie takiego wyboru nie jest łatwe i wymaga dużej wewnętrznej odpowiedzialności, gdyż z tym kimś trzeba będzie współpracować i to być może przez wiele lat. Chociaż była to dla mnie pierwsza tak poważna rekrutacja, to nie bałem się wyzwania. Znam się na rzeczy i dlatego nie spodziewam się problemów, mogąc zapewnić obiektywizm i zdrowy rozsądek. Jestem dobrze zorganizowany, ale też umiem cieszyć się wykonywaną pracą, zawsze dbając o to, by mieć odrobinę czasu dla siebie i znajomych. Dlatego wyrzuciłem wytyczne szefa i zabrałem się do tego zadania z odpowiednim profesjonalizmem i... dystansem, chcąc dopasować nowego członka zarządu firmy także do "naszych" ludzkich potrzeb współpracowników. W firmie jestem oceniany jako osoba bardzo komunikatywna i rozsądna, to jest miłe. I zależy mi, by ta ocena się nie zmieniła.
Zacząłem od przejrzenia aplikacji złożonych nam przez współpracującą z nami agencję. Było ich rozsądnie rzecz biorąc za dużo. Powoli przeglądam dokumenty kolejnych osób. Patrzę na ich kwalifikacje, wiek, wcześniejsze miejsca pracy i okresy zatrudnienia, dokonuję wstępnej selekcji. Czytając kolejne CV zastanawiam się przez moment, co kandydat ma do zaoferowania. I odkładam aplikację na lewo. Po chwili po lewej stronie piętrzą się odrzucone aplikacje, a w głębi biurka piętrzy się znacznie wyższa sterta aplikacji, które zamierzam rozpatrzyć. Byłem w połowie tej pracy, gdy w moje ręce wpadła kolejna typowa aplikacja - Anny K. Osoba ta, prezentowała w swoich dokumentach właściwe predyspozycje i co zwróciło moją uwagę, ostatnio pracowała, choć zaledwie przez kilka miesięcy w firmie Blaszczyk Nieruchomości. W tej samej, w której odbyłem swoje pierwsze studenckie praktyki. A wcześniej pracowała w podobnej firmie do naszej. Jej teczkę zdecydowałem się położyć na teczki leżące w głębi biurka, ale wyciągnięta ręka zawisła w powietrzu i z jakimś nieokreślonym przeczuciem odłożyłem ją osobno, obok tamtych. Czułem już wtedy, iż z tą osobą spotkam się jako pierwszą na rozmowie o proponowanej przez nas pracy.
Zrobiłem sobie krótką przerwę i poprosiłem sekretarkę o mocną kawę, którą z odpowiednim uśmiechem dostałem po chwili. Pochwaliłem jej entuzjazm, bo należy doceniać ludzi. I czekając w samotności, aż kawa przestygnie, zacząłem wspominać swoje studia i pierwsze praktyki. Nie było łatwo, mojej matce było szkoda wydawać pieniądze na moje studia, więc pracowaliśmy z kumplem, który miał podobne problemy w podrzędnej firmie, przepisując z faktur olbrzymie ilości informacji do pamięci komputerów. I dostawaliśmy za to nudne i pracochłonne zajęcie, nędzne pieniądze. Na studiach powodziło mi się stosunkowo dobrze, nie będąc kujonem, poświęcałem swoje zaangażowanie i cały, niewielki czas wolny, by zapewnić sobie pewność, iż nie będę miał kłopotów z zaliczeniem. Jednak na drugim roku nauki przeliczyliśmy się z rozporządzanym czasem i pod koniec roku byliśmy zmuszeni złożyć podania o przełożenie obowiązkowych praktyk na kolejny, trzeci rok studiów. W trzecim roku studiów należało napisać pracę licencjacką, więc znów powróciły te same kłopoty z wolnym czasem, co rok wcześniej i dopiero pod koniec roku pod wpływem wiszącej groźby przedłużenia nauki, byliśmy zmuszeni odbębnić konieczny obowiązek. Trudno było dowiedzieć się o dobre miejsca praktyk, będąc na uboczu życia studenckiego, wiec zdaliśmy się na decyzję profesora. Wypadło na agencję nieruchomości, chociaż mało miało to wspólnego z zarządzaniem, to nie miało to dla nas znaczenia. Praktyki nie zaskoczyły nas pozytywnie. Szef agencji był niskim, grubym, łysiejącym facetem. Ubrany był nieco niechlujnie, być może z powodu upałów, którym nie mogła zaradzić klimatyzacja, a może miał kłopoty z ciśnieniem? Był jednak bardzo elokwentny i zdecydowanie niekonkretny. Obiecał, że poznamy od podszewki agencję i poznaliśmy ją szybko, wypożyczano nas sobie nawzajem do każdej nudnej i pracochłonnej roboty mówiąc nam, że dużo na tym zyskamy. Może powinniśmy wtedy zrezygnować, ale cisnął nas uciekający nieubłaganie czas. Liczyliśmy dni, poznawaliśmy pracujących tam ludzi i panujące obyczaje. Któregoś dnia powielając na stojącej w korytarzu kopiarce barwne foldery, zawierające opisy, zdjęcia i mapki jakiegoś terenu, poznaliśmy Stefana. Po kilku dniach zarezerwował nas dla siebie, umawiając się z nami na spotkanie następnego dnia w holu wielkiego biurowca w centrum miasta. Obiecywał pokazać nam, jak się dokonuje profesjonalnych transakcji nieruchomościami. Nasz nowy "opiekun" był oryginalnym człowiekiem. Stosunkowo wysoki, szczupły, lekko siwiejący na skroniach, zawsze był dobrze ubrany i zadowolony. W rozmowie był szalenie komunikatywny, dowcipny i, zapewne, był także bardzo inteligentny. Ale nie wykrzesał w nas nawet odrobiny entuzjazmu, nie pierwszy raz słyszeliśmy takie słowa i wiedzieliśmy jak to wygląda. Następnego dnia pięć minut przed umówionym czasem, staliśmy we dwóch, w mało eleganckich ubraniach przed rzędem wind. Spotkaliśmy się wcześniej, ale nie chcieliśmy niepotrzebnie czekać. W Polsce niepunktualność jest powszechnym zjawiskiem. Ani być tu dłużej, niż było to konieczne. Po chwili zjawił się w holu znany nam z widzenia student drugiego roku. Był zadowolony i przesadnie dobrze ubrany jak na czekające nas zajęcie. Punktualnie o umówionym czasie w drzwiach otwierającej się windy pojawił się pan Stefan.
Powitał nas pytaniem.
- Widzieliście się z koleżankami?
Na wyrażone przez nas zaprzeczenie zareagował udawanym zdziwieniem, nie przekonywującym zapewne nikogo. Gestem ręki zaś wskazał wnętrze windy i zabrał nas na trzydzieste siódme piętro.
Gdy weszliśmy do salonu przeznaczonego do sprzedaży apartamentu, trzy rozbawione dziewczyny spojrzały na nas mimochodem, nie przestając zabawiać się rozmową. Rozejrzałem się po tym olbrzymim pokoju, okazując mimowolnie zdziwienie. Okna były czyste, a podłogi błyszczały. A dziewczyny były ubrane zbyt szykownie, by można było przypuszczać, że to one wypucowały ten pokój, przygotowując go do sprzedaży.
Stefan zwracając się do nas, powiedział: siadajcie dzieciaki. Gdy już siedzieliśmy w luksusowych, skórzanych fotelach stwierdził: nie wiem co mam z wami zrobić. Klienci zrezygnowali z obejrzenia lokalu. Powinienem zajrzeć do biura i porozmawiać z szefem. Obejrzycie sobie w tym czasie apartament, i zastanówcie się jak go można wykorzystać. Cały sprzęt jest własnością syndyka, więc go zanadto nie zniszczcie.
To powiedziawszy wyszedł i zostawił nas samych.
Apartament był wielki, składał się z kilkunastu pomieszczeń, wszystkie były czyściutkie, a znajdujące się w nich meble były zadbane i dobrej jakości. Najefektowniej urządzony był salon w którym był barek, ale pusty. Był też wielki telewizor i magnetowid, ale nie było kaset, a kablówka była wyłączona. W pięknej wielkiej łazience nie było nawet papieru, ale w wiszącym dozowniku było pachnące mydło i była woda. Drugoroczniak twierdził, iż jest tu także sauna. Niektórzy mieli chęć z tego skorzystać, chociaż nie było widać ręczników. W kilku pomieszczeniach były wersalki wskazujące, iż mieszkało tu więcej osób. Wróciliśmy do salonu, mój kolega grzebał w programatorze telewizora i po chwili ustawił jakąś stację. Siedzieliśmy i oglądaliśmy jakiś bezwartościowy film. Drugoroczniak zniknął gdzieś z jedną z dziewczyn, z tą która była zachwycona łazienką. Po dwóch godzinach wrócił Stefan z klientami. Pokazał im całe mieszkanie z wyjątkiem zamkniętej łazienki. Przeprosił, żartując iż ktoś korzysta z jej uroków i potwierdził, iż jest zainstalowana sauna, opisując jej luksusowe wyposażenie. Klienci byli zadowoleni, znali Stefana i szybko zdecydowali się na podpisanie wstępnej umowy. Stefan tłumaczył nam zawiłości podpisywanej umowy. Opowiedział o firmie klientów. Potem klienci nas opuścili.
Stefan zapytał nas, jak można wykorzystać takie pomieszczenia. Pomysły były różne. Najlepszy rzucił drugoroczniak, który dyskretnie się pojawił ze swoją koleżanką w salonie. Zaproponował agencję towarzyską, wskazując na dużą liczbę klientów w pobliżu. Jednak "nasi" klienci zamierzali kupić ten lokal jedynie by zainwestować pieniądze i później go odsprzedać.
Stefan zmienił temat rozmowy, mówiąc: "Szef agencji kazał mi was czegoś nauczyć, może się spodziewa, iż ktoś z was będzie kiedyś u niego pracował." I zaczął mówić o swoich doświadczeniach i rynku nieruchomości. Mówił: "my, agenci nieruchomości żyjemy z prowizji. Wielu z moich kolegów chce świetnie zarabiać, ale w tym fachu jak w każdych usługach, naprawdę dobrze zarabiają tylko nieliczni, najlepsi fachowcy. W niedługim okresie czasu, na krótką metę, można zarobić niezłe pieniądze jedynie manipulując klientami. Wprowadzając niepokój u klientów, kłamiąc, zawyżając ceny nieruchomości." I opowiedział o stosowanych metodach podrasowywania mieszkań, lokali, parceli, stwarzaniu wrażenia atrakcyjności nieruchomości, czy wrażenia dużego zainteresowania ofertą, okazji, by zmusić klienta do szybkiej pochopnej, nieprzemyślanej decyzji. Opowiadał anegdotki i żarty, które podobno były prawdziwe. Wskazał nam, iż innym sposobem na zarabianie dużych pieniędzy jest dokonywanie dużych ilości transakcji, posiadanie wieloletniego doświadczenia i zaufania, ten sposób pracy daje duże zadowolenie - mówił - ale jest znacznie trudniejszy, wymaga większego własnego zaangażowania, wysiłku i początkowo jest mniej opłacalny finansowo. Ale tak znalazłem klienta na ten apartament - powiedział. Dopasowuje się ofertę do potrzeb naszych klientów. Opowiedział o potrzebach jakie mają ludzie i sposobach ich zaspokajania. Dawał przykłady, byśmy zrozumieli praktyczne znaczenie jego słów. Jeśli chcą taniego mieszkania - mówił - więc muszą się liczyć, że będzie ono mało eleganckie, w kiepskim miejscu. Z jednej strony trzeba szukać chętnych na nieruchomości przeznaczone do sprzedaży, a z drugiej strony musimy poszukiwać lokali, które chcieliby kupić nasi klienci. Wysyłać informatory, chodzić i poznawać okolicę i ludzi. Powiedział nam jak się szuka klientów do zakupu i sprzedaży nieruchomości. Ile można wynegocjować i jak to się robić. I na koniec wskazał nam ogólną poradę. Abyśmy byli optymistami, wierzyli w boga, ale dokładnie czytali ważne umowy i dobrze zamykali drzwi od mieszkania. Teraz gdy jesteście młodzi, mówił - szukajcie doświadczeń, eksperymentujcie poznając życie, potem wam się to przyda. Kierujcie się w życiu zdrowym rozsądkiem i wierzcie w dobre chęci ludzi, ale gdy mają oni cele uzupełniające się z waszymi. Skończył. Rozejrzałem się po twarzach siedzących, prawie nikt nie słuchał. Zapewne nie myśleli o handlu nieruchomościami. Trzy dziewczyny siedząc w odległym kąciku szeptały o czymś, chichocąc cicho. Mój kumpel przysypiał. A drugoroczniak wyglądał z nudów przez okno. Gdy wychodziliśmy, zatrzymał nas Stefan. Pamiętajcie - powiedział - nie dawajcie się wykorzystywać, gdy ludzie będą mogli was wykorzystać, nigdy nie będą was naprawdę szanowali. Bawcie się wszystkim co robicie i pamiętajcie, kierujcie się rozsądkiem, a nie strachem. Będziecie wtedy partnerami, a i tak spotka was w życiu wiele nieprzyjemności z którymi będziecie musieli się pogodzić.
I być może te słowa kierował do mnie? Tego dnia nauczyłem się więcej, niż przez całe pięć lat studiów. Próbuję teraz sobie przypomnieć, czy stawiano stopnie z praktyk, ale tego nie pamiętam, bo nie miało to już wtedy żadnego znaczenia. Reszta praktyk przebiegła bez "problemów", zlecane nam nudne zadania wykonywaliśmy powoli, ślamazarnie i bez widocznego zaangażowania, urywaliśmy się na godziny, idąc po gazetę, lub pod innym pretekstem, zabawialiśmy się rozmową z współpracownikami i klientami. Dużo się wtedy nauczyłem. A skargi na nasze zachowanie pozwoliły nam poznać bliżej i polubić szefa agencji. Jeszcze kilkakrotnie Stefan "wypożyczał" nas obydwu, i zawsze dawał nam do wykonania proste i mało pracochłonne zadania, po których wykonaniu byliśmy wolni. Na piątym roku praktyki odbywałem w całkiem innej, dużej firmie, gdyż wybrana przeze mnie specjalizacja ograniczała możliwość wyboru. Piłem tam duże ilości kawy i rozmawiałem z wieloma osobami, ale odchodząc byłem świadomy, iż niczego nowego się nie nauczyłem.
Siedziałem zamyślony i nie zauważyłem nawet, kiedy wystygła mi kawa. Ale miło mi było wspomnieć przeszłość, która w efekcie pozwoliła mi łatwo skończyć studia i znaleźć dobrą pracę. Tego jeszcze dnia przejrzałem pozostałe aplikacje. Odrzucone zapakowałem w dwa segregatory które odstawiłem na półkę z adnotacją. Odrzucone, pierwszy etap selekcji i opatrzyłem datą. Pozostający na biurku stos aplikacji zaniosłem sekretarce, nakazując by wypełniła dla tych osób formularze rekrutacyjne. Na moim biurku pozostała jedna teczka, ponownie zapoznałem się z jej zawartością, wypełniając jednocześnie formularz rekrutacyjny.
Następnego dnia wszystkie teczki z aplikacjami i z dopiętymi do nich formularzami, leżały na moim biurku. Nadszedł czas, by przeprowadzić indywidualne rozmowy z niektórymi wybranymi osobami. Zacząłem od leżącej na uboczu teczki. Zadzwoniłem, telefon odebrała, zdecydowanym halo! kobieta. Przedstawiłem cel rozmowy. Przerwała mi uprzejmie zapytaniem o pełnioną przeze mnie funkcję w zainteresowanej jej zatrudnieniem organizacji. Gdy usłyszała, iż jestem odpowiedzialny za przeprowadzenie rekrutacji i będę współpracował z zatrudnioną osobą, stała się szalenie miła i komunikatywna. Pod koniec rozmowy napomknąłem, iż mamy ładną pogodę. Zgodziła się z tym i umówiliśmy się na spotkanie następnego dnia. Dzwoniłem do kolejnych kandydatów. Osoby z którymi rozmawiałem były różne, niektóre były po prostu antypatyczne. Moja rozmówczyni w kolejnej rozmowie, na moje uprzejme stwierdzenie, iż ładna jest tego dnia pogoda burknęła jedynie, bym nie mówił o nieistotnych rzeczach. A gdy prowokująco zapytałem, o czym powinienem mówić, usłyszałem, że o czym innym, i że nie będzie mnie tego uczyła. Podziękowałem uprzejmie za rozmowę i po włożeniu do otwartej teczki kwestionariusza z dopiskiem "nieodpowiedni temperament" rzuciłem teczkę na podłogę. Tego dnia umówiłem się na rozmowę z kilkoma towarzyskimi osobami o odpowiednich kwalifikacjach. Pierwszą z nich była Anna. Weszła zdecydowanie, ale bez pośpiechu, podchodząc uśmiechnęła się i podała rękę, była elegancko ubrana, pachnąca, wysoka i... piękna. Chyba tak. Rozmawialiśmy o jej karierze, doświadczeniu. Pracowała kiedyś w podobnej firmie i znała się na rzeczy. Rozmowa była konkretna i przyjemna. Przeszedłem na mniej oficjalne tematy. Zapytałem o jej pracę w agencji nieruchomości. Opowiadała o niej rozsądnie, ale bez zaangażowania. Sprawa mnie ciekawiła, więc drążyłem temat. A jak się pani podobali współpracownicy, zapytałem i by ją zachęcić do szczerej rozmowy, powiedziałem o tym, że tam przed laty odbywałem praktyki studenckie. Dowiedziałem się, że szefa którego znałem już nie było, a jego miejsce zajął jego syn. Mówiła o różnych osobach, których nie znałem. Zapytałem się, czy pracował tam jeszcze Stefan.
Wtedy rzuciła krótko i zdecydowanie.
- Zwolnili go, nie nadawał się do niczego.
Zapytałem o powód zwolnienia i usłyszałem.
- Chlał, przychodził pijany do pracy. Dlaczego mieliby go zatrudniać. - Powiedziała szczerze i z nieukrywaną niechęcią w głosie, o moim idolu, wzorze...
Dalsza rozmowa nie była dla mnie już tak przyjemna. Zapytałem, czemu pracowała tam tylko cztery miesiące. I usłyszałem, że tamta praca nie dawała perspektyw. Może i tak? Patrzyłem na nią. Była zadowolona z siebie i pewna, iż dostała tą pracę. A ja wiedziałem ze jej nie zatrudnię. Nie podobało mi się jej zachowanie. A może było to coś innego. Rozwiała być może, moje wspomnienia o tamtym człowieku i firmie, która tak dużo wniosła do mojego życia. Pożegnałem ją chłodno, mówiąc, iż ma świetne kwalifikacje, ale jest wielu dobrych kandydatów. Następnego dnia zadzwonił szef marketingu, zachwalał Annę jako świetną osobę. Chwalił ją niemiłosiernie i trudno było mu odmówić, gdyż nie chciał przyjąć do wiadomości, iż dokonałem już wyboru innego kandydata. Mniej więcej po tygodniu zadzwonił telefon. Sekretarka mojego szefa zażyczyła sobie, by dostarczono jej teczki dwóch osób, tej którą zamierzałem zatrudnić i tamtej kobiety. Miałem je na biurku, w międzyczasie powiedziała mi otwarcie, iż złożono zażalenie na proces rekrutacji. Poszedłem zanieść teczki osobiście. Mój kolega z działu promocji był z tą kobietą u naczelnego dyrektora i przekonywali go do zmiany decyzji. Sprawa była poważna. Na mój widok wszyscy troje spojrzeli na mnie bez okazywania sympatii. Witając się z nimi, uśmiechnąłem się do nich przyjaźnie i przekazałem obie teczki zwierzchnikowi. Wyjął z pierwszej formularz oceny kandydata i wyszukał taki sam dokument w drugiej teczce. Porównywał je chwilę i z wyrzutem stwierdził:
v - Przecież ta pani pod każdym względem przejawia lepsze predyspozycje. Dlaczego wiec dokonał pan takiego wyboru?
Milczałem. Anna nie wytrzymała.
- Zapewne obawiał się pan konkurencji - stwierdziła złośliwie.
- To nie są stanowiska konkurujące ze sobą - uciąłem. I dodałem wyjaśniając niejasno - a analizując obie kandydatury wziąłem pod uwagę cały potencjał, a nie tylko zaznaczone w kwestionariuszu kryteria.
Zapadła głupia cisza. Przerwał ją naczelny, pytając na jakiej podstawie dokonałem tego wyboru. Poprosiłem go o rozmowę w cztery oczy, mówiąc:
- Oczywiście wyjaśnię to, ale... chciałbym przedstawić moje argumenty wyłącznie panu.
I przejmując inicjatywę zaproponowałem, by pozostałe osoby na moment wyszły. Anna się postawiła, chciała wiedzieć, ale ten jej opór spowodował, że szef przystał na moją propozycję. Naczelny nigdy nie był przesadnie kompetentny i od zawsze lubił władzę i autorytet. A ona tego nie zauważyła.
Gdy zostaliśmy sami powiedziałem krótko:

- Dokonałem tego wyboru subiektywnie. Już wcześniej zatrudniałem pracowników i były to dobre wybory. A czym kierowałem się przy tym wyborze? Wybrana kandydatka nie jest tak ładna jak ta pani, także nie jest tak pewna siebie i nie ma tak dobrych kwalifikacji, ale jestem przekonany że będzie dobrze pracowała i że nie będzie stwarzała w pracy problemów. A to jest ważne. Z pewnością nie chciałby pan, szefie, aby w przyszłości niezadowolony z jakiejś decyzji pracownik ciągał naszą instytucję po sądach, nie uznając decyzji zwierzchników.

Zamyślił się przez moment. Potem wstał, wziął teczki z biurka i wyszedł do holu. Na jego widok oboje zaczęli powoli wstawać. A szef stojąc nad nimi, spojrzał na nich z wyższością i powiedział autorytatywnie:
- Zapoznałem się ze zdaniami wszystkich zainteresowanych sprawą i uważam, iż proces rekrutacji przeprowadzono właściwie. Anna spurpurowiała.
- Nie jest pan profesjonalistą - rzuciła mu w twarz.
On spojrzał na nią i nic nie mówiąc, uśmiechnął się z politowaniem. Jakby stwierdzając, iż jego zachowanie to właśnie jest przejaw profesjonalizmu.
Anna odwróciła się energicznie i grożąc naczelnemu sądem, wyszła zdenerwowana. Wtedy widziałem Annę ostatni raz.
Szef spojrzał na nas. Wcisnął mi w rękę teczki. A do szefa promocji rzucił ozięble, by zabrał się do swojej pracy, gdyż może ją stracić. Na znak zakończenia rozmowy, odwrócił się i wszedł do swego gabinetu.
Nie śpiesząc się wyszliśmy. Andrzej był ciekaw jak przekonałem szefa, ale go zbyłem, twierdząc, iż po prostu przedstawiłem naczelnemu swój punkt widzenia. Na końcu korytarza uścisnęliśmy sobie ręce i każdy poszedł w swoją stronę.
Czasami, gdy jestem w melancholijnym nastroju, zastanawiam się, co mogło spowodować u tak wyjątkowego optymisty jak Stefan, znającego życie i cieszącego się wielkimi siłami witalnymi, taką zmianę w podejściu do życia. Ale czy warto szukać odpowiedzi na takie pytanie?
Zapewne nie.


Janunit

nitta12@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||