Legenda ludowa
Poboczem szosy prowadzącej przez całą wieś, ze spuszczoną głową i wzrokiem wlepionym pod własne nogi, szedł wysoki chłopak niosąc na ramieniu torbę podróżną. Za każdym razem, gdy przechodził obok furtki prowadzącej do kolejnego gospodarstwa, wyglądał zupełnie jakby próbował zniknąć kuląc się w sobie. Raz na jakiś czas rzucał lękliwe spojrzenia na boki, ale kiedy tylko zauważał jakiegoś człowieka, schodził z pobocza całkowicie i przebijał się przez trawy jedynie po to, by ominąć go jeszcze bardziej.
Szedł tak już dobrze ponad kwadrans, aż w końcu dotarł do domu, przy którym zatrzymał się wbrew swojemu wcześniejszemu zachowaniu. Podniósł głowę i wpatrywał się uparcie w piętrowy budynek o białych ścianach, rzucając oczami na kolejne jego okna. Chłopak zmagał się sam z sobą, próbując powziąć decyzję. Wreszcie, tak powoli, jakby starał się wymierzyć napięcie każdego z mięśni, zaczął iść w stronę świeżo pomalowanej, brązowej furtki. Kiedy wyciągał już rękę z kieszeni, zerknął mimochodem w lewo. Widząc starszego mężczyznę z pokaźnymi, mocno poprzeplatanymi siwizną wąsami natychmiast ją cofnął.
Tamten również go zauważył i przystanął zdumiony. Wpatrywali się w siebie kilka sekund, po czym chłopak złapał drugą ręką za swą torbę, być może bojąc się, że ta wyrwie mu się sama i pospiesznie oddalił się w kierunku, w którym zmierzał od początku.
Jeszcze dziesięć minut zajęło chłopakowi dotarcie do celu swej podróży - własnego domu. Nie był tutaj już od półtora roku, więc z ciekawością oglądał wyremontowany nareszcie dach w sumie dość starego już budynku. Z mieszanymi uczuciami wszedł na własne podwórko, wciąż się rozglądając. W pewnym momencie zauważył dalej na drodze małą córkę sąsiadów. W naturalnym odruchu uśmiechnął się i pomachał do niej. Dziewczynka zobaczywszy go natychmiast pobiegła do domu, znikając mu z oczu. Chłopak uśmiechnął się smutno, po czym skierował swe kroki na ganek. Tak jak zawsze, tak i teraz drzwi były zamknięte, więc zapukał na tyle głośno, by ktoś z domowników go usłyszał. Po chwili do jego uszu doszedł odgłos czyichś kroków. Drzwi otworzyła niska kobieta około czterdziestki. Widząc, kim jest gość, zaniemówiła, stojąc w progu. Chłopak uśmiechnął się tak samo jak przed momentem.
- Witaj mamo - powiedział cicho.
* * *
Całe popołudnie chłopak spędził bądź to na leżeniu, rzekomo odpoczywając po męczącej podróży, bądź na raczej nieskładnej i sporadycznej wymianie zdań z matką, bo rozmową nie można było tego nazwać. Oboje czekali na ojca, który miał wrócić z pracy.
Wreszcie, kiedy za oknem w ciemnościach prószył śnieg, do domu wszedł człowiek oczekiwany od paru godzin. Był jeszcze wyższy od swego syna i przy przechodzeniu przez próg musiał nieznacznie schylić głowę. Mimo iż taka sytuacja miała miejsce już od kilkunastu lat, mężczyzna nie kwapił się do jej zmieniania, za każdym razem tłumacząc się brakiem czasu bądź ochoty na dodatkową i w gruncie rzeczy niepotrzebną pracę. Kilkadziesiąt guzów na przestrzeni tych lat nic w tej kwestii nie zmieniało.
Mężczyzna po cichu, bez powitania, jak to miał w zwyczaju, zdjął kurtkę oraz buty i poszedł usiąść przy kuchennym stole. Nie zrobił tego jednak, widząc swoją żonę wskazującą mu wzrokiem drugi pokój. Zajrzał tam więc.
- Jasiek? Co ty tu robisz? - bardziej wykrzyknął niż zapytał, ujrzawszy swojego syna leżącego na łóżku.
Chłopak na dźwięk tych słów poderwał się niczym oparzony, ale zorientowawszy się w sytuacji uspokoił się i podszedł do ojca.
- Nędzne powitanie po tak długim czasie, tato - stwierdził.
* * *
Jedzenie kolacji nikomu nie szło sprawnie. Bardziej niż konsumpcją cała trójka zajęta była oczekiwaniem na początek rozmowy, która była nieunikniona.
Kanapki i herbata wiedziały, że muszą poczekać na swoją kolej tego wieczoru.
- Proszę, pytajcie, jeśli macie taki zamiar - rozpoczął chłopak. - Widzę, że moje rodzeństwo na kolację się nie stawiło - pozornie zmienił temat, nie doczekawszy się żadnej reakcji ze strony rodziców. - Gdzie się podziali?
- Kasia poszła do Ani, wiesz której - poinformowała matka, lecz potem zamilkła.
- A Marcin? Jest u Kryśki, tak? - Jasiek sam odpowiedział na swoje pytanie. - Byłem tam dzisiaj - dodał wiedząc, że sam będzie musiał ciągnąć rozmowę.
- Dzisiaj? U Kurków? Kiedy? - ojciec sypnął pytaniami.
- No dobrze, nie byłem, ale chciałem wejść - chłopak odpowiedział cicho. - Nie miałem odwagi.
- I całe twoje szczęście, że nie miałeś! - wykrzyknął ojciec. - Ty chciałeś wejść tam tak z kopyta, z drogi? Na głowę upadłeś? Mało masz kłopotów i bez tego?
- Co w ogóle tutaj robisz? - wtrąciła matka.
- Przyjechałem na święta, mamo.
- Do świąt jeszcze tydzień...
- Pomyślałem zatem, że mógłbym pomóc w przygotowaniach - Jasiek przerwał matce.
- Przecież pisaliśmy ci, żebyś nie przyjeżdżał.
- Tak, wiem. "Masz dwadzieścia lat, a to najwyższy czas, żebyś zaczął radzić sobie w życiu sam", tak napisaliście. Mamo, ja chcę mieć rodziców. Jeśli bym tu nie przyjechał, potwierdziłbym tylko to wszystko, co o mnie myślą. Nie będę się krył przed czymś, czego nie zrobiłem.
Nie dostał na te słowa odpowiedzi. Rozmowa się skończyła, a kres żywota kromek chleba z szynką nadchodził wielkimi krokami.
* * *
Nazajutrz rano Jasiek poszedł do pobliskiego miasta, bardziej chyba po to, by wyrwać się z niezdrowej atmosfery domowej, niż by spotkać się z dawnymi przyjaciółmi, jak powiedział. Nie szedł przez wieś, bojąc się konfrontacji z jej mieszkańcami, wybierając w zamian dłuższą drogę przez las. Szedł powoli, nigdzie mu się nie spieszyło. Dzisiejszy dzień był dla niego o wiele za długi, mimo iż nie minęła jeszcze nawet jego połowa. Wszystko, co planował na ten tydzień, odkładał na razie na kolejne dni. Przed przyjazdem do domu zdawało mu się, że wszystko pójdzie gładko, że wytłumaczy wszystko, może nawet ktoś go wysłucha i zrozumie, że będzie mógł w końcu porozmawiać z Kryśką. Niestety, kiedy tylko dotarł na miejsce, przypomniał sobie całą wrogość lub nienawiść, jaką pałali do niego niemal wszyscy mieszkańcy wsi. Krępowało to jego ruchy straszliwie i zaczynał myśleć o powrocie do Wrocławia, ale szybko porzucił te zamiary, nie chcąc zaprzepaścić być może ostatniej szansy w swoim życiu na zmazanie plamy ze swojego życiorysu. Wyrok sądu niestety nie równa się opinii publicznej.
Pamiętał to wszystko dobrze. Pewnej kwietniowej nocy znalazł się tam, gdzie nie powinien. Potem przyplątały się media. Najpierw miejscowa gazeta, potem któraś z ogólnopolskich, na koniec telewizja. Musiał uciekać z domu rodzinnego, by mieszkańcy wsi nie dokonali na nim linczu. Po korzystnej dla niego rozprawie sądowej sytuacja trochę się poprawiła - część ludzi mu uwierzyła, większość zostawiła go w szeroko pojętym spokoju. Nie miał czasu sprawdzać, czy byłby we własnym domu bezpieczny, gdyż państwo zapragnęło mieć go w szeregach swej armii na okres następnych dwunastu miesięcy.
Przypominając tak sobie te wydarzenia nie zauważył nawet, kiedy wyszedł z lasu. Po lewej stronie ujrzał wiadukt kolejowy, pod którym kiedyś przesiadywał całymi dniami razem z grupą przyjaciół, kumpli oraz bliższych i dalszych znajomych. Czasami potrafiło zebrać się tu ze dwadzieścia, trzydzieści osób. Po szkolnej nudzie zawsze piło się raźniej w towarzystwie. Niektórym zdarzyło się tutaj nawet nocować, kiedy nie powstrzymali się odpowiednio wcześnie. To była właściwie jedyna rozrywka, nie licząc telewizji w domu, z tego co pamiętał Jasiek. Niczego ciekawego w tych okolicach nie było, chyba że ktoś miał ochotę jeździć całkiem pokaźną liczbę kilometrów do najbliższej dyskoteki, która, jak na lokal prosto z otchłani polskiej cywilizacji przystało, nie prezentowała ani wysokiego poziomu, ani dobrej muzyki.
Co prawda zawsze znajdywało się parę desperatek i desperatów, którzy cenili sobie taki sposób spędzania wolnego czasu, jednak znakomita większość znajomych Jaśka, jak i on sam zresztą, wolała siedzieć w domu, u kumpli, albo pod wspomnianym już wiaduktem.
Chłopak zrezygnował z zagrzania miejsca na twardym, zmrożonym piachu, odstraszony przenikliwym wiatrem odejmującym parę stopni rzeczywistej temperaturze powietrza. Udał się szeroką, rzadko uczęszczaną przez samochody ulicą wiodącą nieco pod górkę do miasta. Na pierwszym rozwidleniu dróg wybrał dłuższą, prowadzącą między wysokimi brzozami obok stacji kolejowej. Idąc, bardzo dokładnie oglądał każde z mijanych drzew, nie potrafiąc zawiesić wzroku na żadnym z pozostałych elementów dość monotonnego krajobrazu zawierającego łąki i pojedyncze domy w oddali z prawej oraz tory, a dalej niewielki las z lewej. Wracał powoli ze wspomnień do bardziej aktualnych przemyśleń, kiedy przed sobą zauważył kumpla ze szkolnych czasów, Andrzeja, razem z jego dziewczyną, o której wcześniej wiedział tylko tyle, że istnieje. Z ciekawości przyjrzał się jej dokładniej. Miała na sobie dość dziwną kurtkę, która była za długa, by można było ją zakwalifikować do kategorii kurtek normalnych, a jednocześnie całkowicie nie nadawała się do miana płaszczu. Hanka, bo tak ponoć dziewczynie było na imię, najwidoczniej tej zimy postanowiła zrezygnować z nakrycia głowy, by móc zaprezentować swe oryginalne uczesanie, które razem z okularami tworzyło interesujące połączenie.
- Cześć stary! - zawołał Andrzej jeszcze z daleka. Z dalszą częścią powitania powstrzymał się do momentu, gdy spotkali się twarzą w twarz. - Kopę lat! W końcu odsłużyłeś swoje?
- Kiedyś musiałem skończyć - Jasiek odmruknął pod nosem, nie mając najmniejszej ochoty na to spotkanie. Andrzej zachichotał.
- No, chłopie, cienko wyglądasz - oznajmił. - Chyba coś za bardzo wymarzłeś. Wiesz co? U mnie nie ma teraz starych, więc nie będzie problemów, byś napił się u mnie czegoś na rozgrzanie.
- Nie, dzięki... - zaczął Jasiek, ale nie zdołał dokończyć.
- Zawsze możesz napić się herbaty - wtrąciła Hanka. Andrzej ponownie wpadł w śmiech, jeszcze bardziej obleśny niż poprzednim razem.
- Właśnie za to cię lubię - zwrócił się do dziewczyny. - No to jak, idziesz z nami? I tak szliśmy do mnie, więc nie ma żadnego kłopotu.
Jasiek próbował zaoponować, ale niespodziewanie dla samego siebie nie odmówił ponownie, argumentując przed samym sobą tę decyzję brakiem innych zajęć.
* * *
Na stole zgodnie stały trzy szklanki z gorącą herbatą. Andrzej nie potrafił uwierzyć, że jeden z najbardziej tęgich uczestników popijaw wolał rozgrzać się bardziej kulturalnie, niż robił to kiedyś. Kiedy w końcu zobaczył ową nieszczęsną herbatę, zaśmiał się głupio. Jaśkowi przyszło do głowy, że gdyby odjąć mu ten śmiech, zupełnie nie wyróżniałby się z całej paczki jego dawnych znajomych. Nie mógł natomiast powiedzieć tego o Hance, która przez cały czas obrzucała go badawczymi spojrzeniami. Taka sytuacja nie pasowała mu wcale, dlatego siedząc przy stole czuł skrępowanie tak wielkie, że nie był w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz zdarzyło mu się coś takiego.
Rozmowa się nie kleiła, przerzucając się raz po raz na inne tematy, ani razu jednak nie zahaczając o te najbardziej dla rozmówców niewygodne. Właściwie przez cały czas pytania zadawał Andrzej, przy niemym akompaniamencie swej dziewczyny, zaś Jasiek odpowiadał krótko i zdawkowo, czekając, kiedy wreszcie będzie mógł wypić wciąż parzącą język herbatę i ulotnić się z domu położonego kilkaset metrów od stacji kolejowej, w południowej części miasta.
W szklankach nie zostało już prawie nic, kiedy Andrzej wyszedł nagle, oznajmiając, iż wraca za parę minut. Hanka poczekała, aż jej chłopak wyjdzie z pokoju, oparła się łokciami o stół i wlepiła wzrok prosto w oczy Jaśka, który już w tym momencie wiedział, na jaki temat dziewczyna będzie próbowała podjąć rozmowę.
- Pierwszy raz widzę gwałciciela - powiedziała bez ceregieli.
- Na pierwszy raz będziesz musiała jeszcze poczekać - odparł Jasiek przytomnie, pół zdumiony, pół oburzony jej śmiałością. - Ja tego nie zrobiłem.
- Mów, co chcesz. Jesteś sam przeciw wszystkim - stwierdziła spokojnie, poprawiając jednocześnie okulary. Musiał przyznać jej rację. Przez chwilę nie wiedział, co ma powiedzieć.
- Nawet mnie nie znasz, czemu więc mi nie wierzysz? - zapytał wreszcie, nie znajdując lepszego sposobu na ciągnięcie konwersacji, którą chciał z nie do końca wiadomych dla siebie powodów podtrzymać.
- Nie chodzi o to, że ja ci nie wierzę. - Hanka zdjęła okulary i czyściła je chusteczką wyjętą z kieszeni. - Chodzi o to, że nikt inny ci nie wierzy. Poza tym, widzisz, nie mogę ciebie nie znać. Krąży o tobie tyle plotek, że w tym mieście nawet dzieci są w stanie streścić wszystkie lata twojego życia. - Jasiek nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku, dlatego dziewczyna kontynuowała. - Po co tu wróciłeś?
- Nie twoja sprawa - odburknął, wciąż urażony.
- Nie, nie - pokiwała głową. - Daj spokój. Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać, po prostu powiedz, dobrze?
- Chciałem wyjaśnić parę spraw z paroma ludźmi - odpowiedział po chwili milczenia.
- Weź zatem do serca moją radę, Janie Sulecki - powiedziała tonem zaskakująco protekcjonalnym. - Wyjedź stąd jak najszybciej, bo nic nie wskórasz, co najwyżej napsujesz tym ludziom jeszcze więcej krwi. A teraz - dodała moment później - pewnie będziesz chciał już wychodzić, tak?
Chłopak wstał gwałtownie i szybkim, zdecydowanym krokiem wyszedł z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Nie dokończyłeś swojej herbaty - powiedziała bardziej do siebie niż do niego; przecież nie mógł już jej usłyszeć.
* * *
Długo spacerował po mieście. Tym razem nie unikał już ludzi, jakby chcąc sprawdzić prawdziwość słów Hanki. Już kilkanaście minut po wyjściu bez pożegnania z domu Andrzeja Jasiek uspokoił się i stwierdził, że zareagował zbyt gwałtownie, choć zdecydowanie nie podobał mu się przebieg rozmowy. Dopiero później zorientował się, że dziewczyna bawiła się swoimi słowami, sprawdzając ich siłę oddziaływania. Kiedy tylko doszedł do tego wniosku, na moment zapragnął spotkać się z nią raz jeszcze i pogadać zupełnie na poważnie, ale równie szybko, jak wpadł na ten pomysł, wyperswadował go sobie sam.
Zauważył, że swoją osobą zwraca nieco uwagi, aczkolwiek niewielu rozpoznało w nim głównego negatywnego bohatera jednej z największych afer tego powiatu, który zyskała swój status tylko i wyłącznie dzięki wszędobylskim dziennikarzom, rozdmuchującym wszystkie szczegóły życia rzekomego gwałciciela, pokazując go jako wiecznego awanturnika, chuligana i człowieka niegodnego zaufania. Nie pokazali jego twarzy ani razu, ale i tak po paru dniach prawie wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi.
Miał sporego pecha. Ofiarą okazała się córka sołtysa wsi, w której mieszkał, mężczyzny o dużym posłuchu wśród ludzi i bardzo impulsywnego. Facet podburzył wszystkich sąsiadów Suleckich przeciw niemu, a pewnego dnia, po dłuższej sesji przy napojach wysokoprocentowych, paru pijaczynom odbiło. Próbowali dokonać samosądu, ale w tym stanie zrobili więcej hałasu niż szkód. Po tych wydarzeniach Jasiek wyjechał do rodziny, kilkadziesiąt kilometrów stąd. Kilka tygodni później odbyła się rozprawa sądowa, w wyniku której podejrzany został uniewinniony. Tak szybki wyrok w normalnych warunkach nie byłby możliwy, lecz ponownie do gry weszły media, domagając się natychmiastowego rozpatrzenia sprawy. Kolejna afera przeciw polskiemu wymiarowi sprawiedliwości była gotowa, ponieważ zeznania poszkodowanej okazały się niewystarczające. Telewizja szykowała kolejny reportaż, Jasiek tymczasem wyjeżdżał już na roczną służbę ku chwale ojczyzny.
Szedł powoli jedną z głównych ulic miasta, powoli zmierzając do domu swych rodziców, gdy na chodniku po drugiej stronie zauważył znajomą dziewczynę. Tą samą, którą według wielu zgwałcił. Tą samą, z którą chodził już od dwóch lat jego brat, Marcin. Jasiek rozejrzał się prędko, a upewniwszy się, że żaden samochód nie nadjeżdża, przebiegł na drugą stronę. Dziewczyna zobaczyła go zmierzającego w jej stronę i przystanęła na chwilę, po czym odwróciła się gwałtownie i zaczęła iść szybkim krokiem, próbując uciec od niego.
- Kryśka, zaczekaj! - wrzasnął chłopak. Dziewczyna zaczęła biec. Chciał ruszyć za nią, ale poczuł nagle na sobie przebijające go na wylot spojrzenia przypadkowych przechodniów. Opamiętał się i zaniechał pogoni, obawiając się reakcji ludzi. Kryśka tymczasem znikała za zakrętem. Tam dopiero obejrzała się za siebie, a widząc, że nie jest ścigana, zwolniła, choć na wszelki wypadek udała się prosto do domu.
* * *
Kiedy Jasiek wracał do domu, słońce chyliło się już ku zachodowi. Nie obrał drogi przez las, decydując się na spacer przez wieś. Tym razem śmiało patrzył każdemu napotkanemu człowiekowi w twarz. Ze zdziwieniem stwierdził, że we wsi powtórzyła się sytuacja z miasta. Nawet tutaj niektórzy go nie poznawali bądź nie zwracali na niego uwagi. Uspokoiło go to wielce, choć nie odważył się na odwiedzenie Kryśki w jej domu. Przystanął tylko przed furtką, tak samo jak wczoraj, tym razem jednak ograniczył się do dokładnego obejrzenia budynku, po czym odszedł nie niepokojony przez nikogo.
Dzisiaj w progu matka powitała go z zatroskanym wyrazem twarzy.
Delikatnymi gestami próbowała powstrzymać syna od wchodzenia do środka, lecz on, nie rozumiejąc jej intencji, stanowczo wkroczył do sieni. Zdjął kurtkę i buty, a słysząc włączony telewizor poszedł do pokoju gościnnego. Nie był zaskoczony widokiem swego rodzeństwa w komplecie, choć miał skrytą nadzieję, że żadna okoliczność nie zmusi go do spotkania z nimi. Z Kaśką dało się wytrzymać, bo zwyczajnie nie odzywała się w jego obecności nawet słowem; gorzej sprawa się miała z Marcinem.
- Cześć - rzucił Jasiek niezdecydowanie, zwracając tym samym uwagę obecnych w pokoju osób. Nie mógł spodziewać się, iż jego widok wywoła zdziwienie u obecnych, wolał natomiast, by dalsza wymiana zdań stała na znośnym poziomie kulturalnym; na wyzwiska nie miał ochoty.
- No, kogóż tu przywiało? - odparł Marcin z potężną dawką jadu w głosie. Jasiek nie miał zamiaru odpowiadać, przeczuwając tego skutek. Nie przeszkodziło to jednak jego bratu. - Co ty tu w ogóle robisz? - zapytał.
Jasiek zaczynał mieć powoli dosyć tego pytania.
- Jeszcze ci nie przeszło? - odparł.
- O to samo mogę zapytać ciebie. - Marcin nie dał się wyprowadzić z równowagi, a przynajmniej nie bardziej niż dotychczas. - Długo tu zostajesz?
- Co najmniej na święta - Jasiek odpowiedział zgodnie z prawdą.
- I po co? Myślisz, że tu ci będzie lepiej niż we Wrocławiu u tej twojej... jak jej tam?
- Natalia - uzupełniła Kasia, jak dotąd przyglądająca się rozmowie.
- No, ona przynajmniej oddaje się sama, nie? - zapytał Marcin z lekkim uśmiechem na ustach. Po chwili leżał na ziemi, powalony jednym ciosem wycelowanym w szczękę. Jasiek stał nad nim, dysząc lekko. Ojciec przyglądał się temu zajściu, nie zamierzając interweniować.
- Nie waż się kończyć - wycedził Jasiek przez zęby. Na usta Marcina powrócił bezczelny uśmiech.
- Dalej, wal, na co czekasz? W tym zawsze byłeś dobry - rzucił starszemu bratu prosto w twarz, podnosząc się powoli, jednocześnie odruchowo masując szczękę. Stanął na nogi, popatrzył jeszcze przez chwilę na milczącą siostrę, po czym ruszył do sieni. - Wychodzę - krzyknął na odchodnym. - Nie mam zamiaru spać w jednym domu z tym... - Machnął ręką, nie kończąc.
Kiedy Marcin wyszedł, Jasiek wciąż stał w tym samym miejscu, oddychając głęboko, próbując w ten sposób uspokoić się. Rzeczywiście, kiedyś był znany z tego, że pod wpływem promili potrafił wywołać niezłą rozróbę; niewielu równało się z nim, a chyba nikt go nie przewyższał w tej dziedzinie. To jednak było kiedyś. Wszystko się zmieniło. Wielu mówiło, że wojsko to katorga, gdzie jedyną atrakcją jest możliwość popływania na fali. Wtórowali im inni, kwalifikując owe obowiązkowe dwanaście miesięcy jako czas zmarnowany. Jasiek nie podzielał ich zdania. Co prawda nigdy nie twierdził, iż swój pobyt w jednostce uważał za dobry, zawsze jednak podkreślał wpływ, jaki wywarł na niego ten jeden rok. Bez całego tamtego cyrku z biegami i pompkami nie poznałby Natalii. Gdyby zaś jej nie poznał, musiałby tu wracać, gdzie bez wątpienia ponownie naraziłby się komuś już po pierwszej zarwanej nocy. Właściwie to kto wie, zapewne nawet noc nie byłaby do tego potrzebna.
Jasiek usiadł przy stole i wlepił wzrok w telewizor. Ani siostra, ani rodzice nie mieli ochoty na rozpoczęcie rozmowy i chłopak dziękował im w myślach za to. Po tym zajściu chciał mieć spokój. W tym momencie zdał sobie w pełni sprawę z oczywistego w gruncie rzeczy faktu - nie miał szans na przekonanie wszystkich do swej niewinności. Jego reputacja stanowiła największy problem, a jego wiarygodność już dawno legła w gruzach. Nie miała znaczenia zmiana jego postawy - było o jakieś dwa lata za późno. Mimo to nie chciał poddać się bez walki.
* * *
Cały piątek spędził, ku swemu niezadowoleniu, w domu. Miał zamiar wrócić do Wrocławia po świętach, więc czas powoli mu uciekał. Tymczasem jednak zatrzymywał go niesamowicie irytujący, a zarazem tragicznie banalny powód - zatrucie pokarmowe. Po całym poranku spędzonym niemal całkowicie na desce klozetowej, chłopak leżał na łóżku, wypompowany ze wszelkiej ochoty na jakiekolwiek działanie. Tego dnia znowu prószył śnieg, więc Jasiek miał przynajmniej jedną rozrywkę, godną co prawda raczej człowieka niespełna rozumu, zawsze jednak zabijającą czas skuteczniej niż nuda. Liczenie spadających równie sporadycznie co leniwie płatków śniegu wprowadziło go w letarg, który przerywały jedynie nieco rzadsze niż rankiem potrzeby fizjologiczne oraz jeden telefon tuż przed zmrokiem. Marcin zawiadomił rodziców, że zostaje u Kryśki do czasu, gdy wyniesie się pewna osoba, jak raczył to powiedzieć.
Jasiek mógłby wegetować tak zapewne do wieczora, lecz uwagę jego przykuła jego ośmioletnia siostra, Kasia. Zauważył, że nie odezwała się do niego od czasu jego powrotu ani słowem, choć kiedyś nigdy nie sprawiało jej to problemów. Ba, kiedyś wiele dałby za uciszenie jej raz na zawsze. Teraz jednak, choć dziwiło go to niezmiernie, brakowało mu jej piskliwego, często strasznie drażniącego uszy głosu. Gdyby jeszcze siedziała w kuchni, nie zwróciłby uwagi na jej milczenie, lecz ona od razu po przyjściu ze szkoły przyszła do pokoju, gdzie leżał jej brat i włączyła telewizor, nie zdając sobie sprawy, jak ostentacyjny charakter miał ten gest. Jasiek po pewnym czasie odniósł wrażenie, że niewiele obchodzi ją program, który akurat ogląda. Nagle zapragnął, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, porozmawiać z młodszą siostrą.
- Co tam u ciebie w szkole? - otworzył standardowym pytaniem, lecz Kasia nie odpowiedziała. Oderwała tylko wzrok od telewizora, ale nie uraczyła brata spojrzeniem.
Jasiek nie miał zamiaru dać za wygraną.
- Pewnie dobrze się uczysz. Pamiętam, że jak byłem w twoim wieku, to też dobrze mi szło. A tak w ogóle to podoba ci się w szkole? - Męczył się straszliwie, próbując składać słowa w zdania. Rozmawiał z własną siostrą tak, jakby rozmawiał z pierwszy raz w życiu widzianą kuzynką, szukając jakiegoś tematu, którego mógłby się chwycić i trzymać w dalszych słowach.
Kasia nie odpowiedziała. Spojrzała tylko na brata dziwnym wzrokiem.
- Co się stało? Czemu nie odpowiadasz? - zapytał, bardziej zaniepokojony niż zdenerwowany jej milczeniem.
- Marcin powiedział, żebym z tobą nie rozmawiała - odpowiedziała nieśmiało po chwili. Jasiek poczuł, jak jego lewa pięść zaciska się samoistnie.
- Nie słuchaj Marcina. Jedynymi osobami, których powinnaś słuchać, są rodzice - powiedział, próbując się uspokoić. Kasia spuściła głowę.
- Mama mówiła to samo co Marcin - wyszeptała tak, że Jasiek ledwo ją usłyszał. - Żebym z tobą nie rozmawiała - dodała, jakby czując, że jej brat nie może uwierzyć własnym uszom.
Jasiek już się nie odezwał. W pierwszej chwili chciał biec do matki i wypytać ją o wszystko, ale postanowił poczekać na ojca. Zegar wybił godzinę szesnastą.
* * *
Tamtego wieczoru odebrało mu mowę. Nie pytany nie odezwał się do nikogo, zastanawiając się, co właściwie jeszcze robił w zapadłej dziurze, którą kiedyś śmiał nazywać swoim domem. Próbował przez cały wieczór skierować swe myśli na jakikolwiek inny temat, ale za każdym razem gdzieś z ciemności jego umysłu wyłaniały się słowa Kasi, by przypomnieć o swojej obecności. Chciał je odrzucić, ale nie był w stanie nie dać im wiary. Wciąż jeszcze miał nadzieję. "Nie dzisiaj", powtarzał bez przerwy bezgłośnie, "może jutro, albo pojutrze."
Następny dzień wypadł w sobotę. W domu znalazły się nagle setki ponadprogramowych obowiązków, które należało wypełnić. Jasiek, nie mając ochoty na jakąkolwiek pracę, niczym wzorowy egoista, wyszedł z domu. Nie znał jeszcze celu tego spaceru, i to właśnie mu odpowiadało. Chciał mieć trochę spokoju i samotności, zupełnie jakby nie miał ich wystarczająco dużo. Po chwili przyszło mu na myśl, iż nie jest to najlepsze podejście do własnej sytuacji. Zanim jednak zdążył pomyśleć, co w tej sprawie powinien zrobić, dostrzegł przed sobą Hankę, dziewczynę Andrzeja. Mógłby w tym momencie przysiąc, że stała na drodze, czekając właśnie na niego. Znowu, tak samo jak poprzednim razem, postanowił skorzystać z jej towarzystwa, które według niego oferowała mu samą tylko obecnością kilkadziesiąt metrów przed nim. Dlaczego się zdecydował, nie był pewien. Być może kierowała nim ciekawość; chciał zobaczyć, jak potoczy się rozmowa, którą przedwczoraj przerwał na własne życzenie - nikt przecież nie kazał mu wychodzić.
Podszedł do dziewczyny, której włosy tego dnia nie układały się już w fantazyjne kształty, przylegając do pleców ordynarnie wyprostowane. Choć mróz stał się naprawdę odczuwalny, ona wciąż rezygnowała z nakrycia głowy.
- Cześć - powitała go zwyczajnie, czego się raczej nie spodziewał.
- Cześć - odwzajemnił powitanie. - Co tutaj robisz? - zapytał. W tym samym momencie zdał sobie sprawę, że nareszcie miał okazję zadać to pytanie, a nie na nie odpowiadać.
- Powiedziałabym, że czekam tu na ciebie, gdyby nie było to kłamstwem. Jestem na spacerze, tak samo jak i ty - odpowiedziała.
- Sama? Gdzie w takim razie jest Andrzej?
- Ach, a po cóż nam on? - Zamrugała kilkakrotnie, patrząc prosto w jego oczy, co dało groteskowy efekt. - Po prostu wyjechał gdzieś na sobotę i niedzielę. Nie pytaj gdzie, bo nie wiem i nie interesuje mnie to - uprzedziła.
Szli przez wieś wolnym krokiem, czasem rozmawiając o niczym, jak choćby o pogodzie, czasem nie mówiąc nic, a jedynie przyglądając się znanym na pamięć okolicom. Odprowadzani byli wzrokami ludzi przypadkowo przechodzących obok nich. Wielu oglądało się za nimi, na to jednak Jasiek nie zwracał uwagi, zajęty czymś zupełnie innym.
Dziękował Bogu, że posiadał dar podzielnej uwagi. Umysł wiódł go teraz przez obszary niedawnych wspomnień, wciąż jeszcze jasnych, wyrazistych i przejrzystych. Jednocześnie wyrażał zdziwienie, że Hanka wolała dojeżdżać każdego dnia do Warszawy na uczelnię, niż zamieszkać w akademiku, chwilę później dowiadując się, że kilku studentów z drugiego roku psychologii, w tym i ona, postanowiło na dwa tygodnie przed świętami zrobić sobie wolne. Kiedy słuchał jej słów, wracał myślami do jednostki, w której służył. Przywoływał obrazy monotonii tamtych dni, kiedy każda rozrywka była na wagę złota. Przypomniał sobie moment, gdy wszyscy kumple z wojska zwrócili się zgodnie przeciw niemu. Na to wspomnienie skrzywił się. Musiał zrobić to zauważalnie, gdyż Hanka zamilkła.
- Powiedz mi, jak to było - poprosiła po chwili ciszy, choć prośba brzmiała bardziej jak stwierdzenie. Jasiek błyskawicznie domyślił się, o co jej chodziło.
- Czemu chcesz to wiedzieć? Na pewno słyszałaś już to od kogoś - odparł nie bez cienia goryczy w głosie.
- Oczywiście, ale chciałabym usłyszeć twoją wersję. Tej nie słyszałam nigdy.
- Ale po co ci to?
- Powiedzmy - odpowiedziała po krótkim westchnieniu, - że psychologia to moje hobby. Coś jak skrzywienie zawodowe.
Jasiek rzucił jej pełne niezrozumienia dla takiego wyjaśnienia spojrzenie, mimo to zaczął opowieść.
- Był kwiecień... Wiesz, to głupie, ale nie pamiętam, jaki dokładnie to był dzień. Mieliśmy wtedy jakąś imprezę, nawet nie wiem jaką, bo i kogo to wtedy obchodziło. Z tej nieznanej dla mnie okazji zeszła się tam kupa ludu. Większości z nich nie znałem, bo nie byłem w stanie spamiętać wszystkich braci znajomych kuzynów moich kumpli. Jak na taką imprezę przystało, procentów mieliśmy tam bez liku i nie wahaliśmy się ich wykorzystać. Niektórzy spawali się też czymś innym, ale to mnie nie dotyczyło i nie obchodziło. Dość powiedzieć, że choć po paru godzinach stanie o własnych nogach bez podparcia graniczyło dla mnie z cudem, to i tak byłem jednym z tych trzeźwiejszych. O tej porze zabawa trwała w najlepsze, bo większość w mniejszym lub większym stopniu straciła świadomość. Ja natomiast wyszedłem zaczerpnąć świeżego powietrza, a przy okazji zwrócić resztki obiadu, rozumiesz. Przeszedłem się przy tej okazji kawałek dalej, choć nie pamiętam już dlaczego. W ogóle wielu rzeczy z tamtej nocy nie pamiętam, ale te kilkadziesiąt feralnych minut utrwaliło mi się w pamięci. Poszedłem tak daleko, że światła domów majaczyły jedynie gdzieś w oddali (domyślasz się zapewne, że dawno zdążyła już wtedy zapaść noc). Wiesz, tam, zaraz za polami, jest las, a tuż przed nim niezbyt szeroki pas krzaków. Dolazłem jakoś do tego miejsca i padłem na trawę. Film mi się urwał, nie jestem pewien na jak długo. Do przytomności przywróciły mnie jakieś dźwięki, szelest trawy i liści kilka, może kilkanaście metrów ode mnie. Trwało to dość długo, chyba kilkanaście minut, ale mną rzucało na tyle, że nie potrafiłem choćby usiąść. Potem to wszystko ucichło. Chciałem sprawdzić, co się stało, ale zanim zdołałem wstać, minął mniej więcej kwadrans. Kiedy w końcu udało mi się utrzymać na nogach, poszedłem na miejsce, skąd dobywały się tamte dźwięki. Znalazłem Kryśkę. Ona zobaczyła mnie, krzyknęła, pchnęła mnie, co wystarczyło, bym jeszcze raz zaliczył grunt i uciekła. Owszem, było ciemno, ale jakoś rozpoznaliśmy się wzajemnie. - Jasiek zamilkł.
- To wszystko? - zapytała Hanka z lekkim niedowierzaniem w głosie.
- Właściwie tak. Nie dałbym rady jej dogonić, a ona wróciła prosto do domu. Nazajutrz jej rodzice wiedzieli już o wszystkim.
- Dlaczego więc sąd cię uniewinnił?
- Można powiedzieć, że miałem szczęście w nieszczęściu. Gazety zainteresowały się tą sprawą na moją niekorzyść, choć z drugiej strony nie musiałem czekać długo na rozprawę. Poza tym oskarżyciel nie miał żadnych świadków ani dowodów, za to, co do tej pory uważam za dziwne, znalazło się wielu ludzi, którzy potwierdzili, że widzieli tamtego wieczoru Kryśkę w stanie wskazującym na wysokie spożycie - Jasiek uśmiechnął się do siebie - wychodzącą gdzieś w towarzystwie paru innych gości. Co fakt, to fakt, rzeczywiście, z tego co pamiętam, uchlała się wtedy nieprzeciętnie, a że w różnych porach wielu ludzi wychodziło z imprezy za potrzebą lub by się po prostu przymusowo przespać, to moja wina nie była dla wymiaru sprawiedliwości oczywista.
- Niestety, publika nie przychyliła się do twojej wersji - stwierdziła Hanka. Jasiek westchnął.
- Oczywiście. Widziałaś może kiedyś gazetę chroniącą gwałciciela? - zapytał retorycznie. - Ja nie miałem jeszcze takiej okazji. Zresztą, co ja ci będę opowiadał, skoro całą resztę znasz.
Hanka, słuchając, patrzyła w niebo. Jasiek skończył swą kwestię, a ona wciąż trzymała wzrok wbity gdzieś w chmury, ważąc wszystkie poprzednie słowa, jak również te, które miały jeszcze się pojawić.
- Zapytam więc raz jeszcze, co tu robisz? - odezwała się w końcu.
- Mówiłem ci ostatnim razem.
- Przykro mi widzieć - westchnęła - że nie potrafisz zrozumieć tak prostej rzeczy. Nie dasz rady, jedynie zmarnujesz swój czas.
- Nie zaszkodzi spróbować - odpowiedział z przekonaniem.
- Tego nie byłabym taka pewna - mruknęła pod nosem bardziej do siebie niż do niego. - No, robi się późno, a ja miałam jeszcze kogoś odwiedzić. Do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję - pożegnała się i odeszła. Jasiek pozwolił jej odejść. Włożył ręce w kieszenie i ruszył do miasta.
* * *
Do stacji kolejowej prowadziły dwie drogi; obie wiodły po bezludziu, jedna lasem, druga zaś wśród pól zaraz za miastem, dzięki czemu zabudowania widniały nieco przed linią horyzontu. Z centrum miasta do stacji szło się około dwudziestu minut, gdyż linia kolejowa z niewyjaśnionych przyczyn w tym rejonie nie przebiegała przez miejscowości, trzymając się od nich w odległości co najmniej dwóch, trzech kilometrów.
Wzdłuż szosy znajdowały się pola, tworząc w zimie rozległe, białe równiny, gdzieniegdzie tylko przecinane podwójnymi liniami drzew, zwiastującymi obecność kolejnej drogi. Wiatr na próżno szukał oparcia wśród pozbawionych liści koron drzew, przemykając pomiędzy gołymi gałęziami. Na niektórych z nich raz na jakiś czas odważała się spocząć zagubiona wrona, szybko jednak rezygnowała z tego karkołomnego przedsięwzięcia, odlatując w poszukiwaniu ciekawszych i bezpieczniejszych miejsc.
Zima tego roku była wzorowa, dokładnie taka, jakiej z dawna oczekiwano. Choć pogoda stała się nieco kapryśna, zmieniając co rusz swój nastrój, nikt nie miał prawa narzekać po wielu niemal bezśnieżnych latach. Słońce już wcześniej zdążyło zniknąć, by ustąpić miejsca ciężkim chmurom, z których wkrótce potem zaczął padać śnieg.
Między wysokim, potężnymi, a jednocześnie bliźniaczo podobnymi do siebie drzewami rosnącymi wzdłuż szosy, zaledwie kilka metrów od asfaltu, stał przystanek autobusowy. Niegdyś wysiadało tu sporo ludzi, jednak od czasu, gdy międzymiastowe autobusy zaczęły nareszcie wjeżdżać do miasta, przystanek stał się niemal bezużyteczny. Niemal, gdyż czasami, choć bardzo rzadko, zdarzał się jakiś człowiek wsiadający bądź wysiadający akurat tutaj. Teraz właśnie zdarzył się taki delikwent - młody chłopak w grubej kurtce, ze śmiesznie wyglądającą czapką z dużym pomponem. Rozglądał się wokół, jakby czekając na kogoś. Jasiek zatrzymał się, stojąc po drugiej stronie ulicy, by przyjrzeć się mu. Nie znał go, a przynajmniej nie poznawał. Chłopak, mający najwyżej piętnaście lat, widząc Jaśka zerwał się z ławki, na której dotychczas siedział. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej okulary. Dzięki nim był już w stanie zobaczyć twarz Suleckiego. Zorientowawszy się, że po drugiej stronie stoi nieznany mu człowiek, rozluźnił się i wrócił na swoje miejsce. W tym samym momencie zza pobliskiego zakrętu wyłonił się biały maluch, który już po chwili hamował przy przystanku z piskiem opon. Chłopak z pomponem nie ruszył się nawet, gdy z samochodu wyskoczyło dwóch facetów z wyjątkowo nieprzyjaznym nastawieniem do otoczenia. Tak jak przed chwilą nie wykonał żadnego ruchu dobrowolnie, tak po tej samej chwili nie był już w stanie choćby kiwnąć palcem. Jasiek patrzył na to wszystko ze spokojem. Zdawało się, że tamci dwaj w ogóle go nie zauważyli. Odjechali bez pisku opon chyba tylko ze względu na pokaźną warstwę błota zalegającą na asfalcie. Chłopak leżący w białym puchu tuż za pomalowaną na zielono ławką jęknął cicho. Jasiek ruszył w swoją stronę, nie zwracając na niego uwagi. Mógł w sumie mu pomóc, ale po co? Nie takie zresztą rzeczy już widywał.
Na stacji kolejowej sprawdził godziny odjazdu pociągów. Jeden w nocy, drugi wcześnie rano, trzeci wieczorem, czwarty w nocy - ot i typowy dla całego kraju rozkład. Gdzieś powinny dojeżdżać w środku dnia, zatem skądś musiały ruszać o godzinach jak najbardziej dla podróżnych niedogodnych. Zawsze jakieś tereny zyskiwały status peryferii i na to nie było rady.
* * *
Droga ze stacji do domu zeszła się Jaśkowi znacznie szybciej, niż przewidywał. Mimo krótkiego dnia zdołał wyrobić się przed zachodem słońca, a tak przynajmniej mu się wydawało, gdyż chmury pokrywały całe niebo. Śnieg padał partiami - potrafił sypnąć na tyle, by wydatnie skrócić widoczność, a zaraz potem niemal ustawał, choć nie przestawał padać całkowicie nawet na chwilę. Coraz większe krzaki i kamienie znikały pod białą pierzyną.
Jasiek, będąc blisko kresu dzisiejszego spaceru, przystanął, jak robił już to przedtem, przed znienawidzonym domem, którego wcześniej starał się unikać. Tym razem nie zastanawiał się nawet przez moment, zdając sobie sprawę, że mogłoby to dać rezultat w postaci kolejnej spalonej próby. Otworzył furtkę i stanowczym krokiem wszedł na teren gospodarstwa. Nie zdziwił się, gdy tuż przed schodami prowadzącymi do drzwi wejściowych ujrzał swojego brata.
- Co ty tu do cholery robisz? - Marcin był mocno zdziwiony.
- Zgadnij - odwarknął Jasiek wyprowadzony z równowagi uprzejmym pytaniem.
- Ty chyba nie chcesz tu wleźć?
- Zupełnie jakbym już tego nie zrobił - odparł Jasiek z agresją, po czym opamiętał się. - Przepuścisz mnie?
- Ja ciebie mogę przepuścić - rzucił Marcin z uśmiechem na ustach, - ale nie wiem, co zrobi ojciec Kryśki wraz ze swoimi kumplami. Ja niestety nie jestem w stanie za nich ręczyć. - Przy słowie "niestety" wyszczerzył zęby.
Istotnie, na podwórku, nieco za budynkiem stały trzy samochody, których właścicieli Jasiek znał przelotnie. Wiedział również dobrze, że nie miał ochoty na spotkanie z nimi, a przynajmniej nie ze wszystkimi naraz. Nie namyślając się długo, zawrócił. Wychodząc, zamknął za sobą furtkę, odprowadzany spojrzeniem Marcina. Z okna ową scenę obserwowała Kryśka, lecz żaden z nich tego nie zauważył. "Jeszcze tydzień" - przemknęło przez myśli synchronicznie całej trójce.
* * *
Weekendy przedświąteczne wypełniały grafiki zajęć sprzątaniem, gotowaniem i wszelkimi innymi przygotowaniami. Mimo to, jak przystało na religijnych ludzi, każdy szedł w niedzielę do kościoła. Jako że parafia swymi rozmiarami przewyższała niejedną w kraju, w starym, kilkuwiecznym już budynku miejsca siedzące należało zajmować dwadzieścia, trzydzieści minut przed mszą. W tłumie, który po jej rozpoczęciu zalegał w przybytku bożym, łatwo było stać się niewidocznym. Co więcej, pośród chóralnych śpiewów i czytań Pisma Świętego paradoksalnie dało się w spokoju przemyśleć parę nurtujących człowieka spraw.
Jasiek nie przyszedł do kościoła, by się modlić. Nie pamiętał, kiedy ostatnio przychodził tu w takim właśnie celu. W tłumie dało się łatwo zniknąć. Ciężko również było kogokolwiek znaleźć. Tłum to tłum - tu pozostaje się bezimiennym. Każdy, zajęty swoimi sprawami, nie zwraca na innych uwagi. Dokładnie o to chodziło - nikt miał nie zwracać na niego uwagi. Jasiek przyszedł tu z nadzieją na spotkanie z Kryśką.
Kiedy szedł do kościoła, zauważył, że irytuje go takie krycie się po kątach. Zauważył także, że niegdysiejsza odwaga opuściła go już dawno temu, więc skradanie się, przemykanie obok ludzi i podsłuchiwanie ich szeptów muszą być, z powodu braku innych opcji, przez niego akceptowane. Można też co prawda nie robić nic, ale doświadczenie życiowe niezmiennie udowadniało, że takie wyjście z sytuacji to w gruncie rzeczy żadne wyjście. Większość rzek kończy się bowiem wodospadem, wbrew temu, co zwykły pokazywać mapy.
Zauważył, że nareszcie, w wieku lat dwudziestu, zaczęły obchodzić go opinie reszty świata. Wielu wydarzeń ze swojego życia żałował dopiero teraz, grubo po czasie. Ceną za beztroskie zabawy w dzieciństwie jest brak umiejętności patrzenia w przyszłość i większość się o tym przekonuje, wcześniej czy później. Wyjątki obejmują jedynie niezdolnych do konstruktywnego myślenia i nieliczne jednostki żyjące w nadmiarze nowoczesnego synonimu słów "szczęście" i "władza".
Krył się zatem w tłumie, wypatrując Kryśki. Nigdy nie znał jej dobrze. Jeszcze półtora roku temu postrzegał ją jako gówniarę za wszelką cenę wciskającą nos (nie tylko nos zresztą) wszędzie, nawet tam, gdzie jej nie chciano. Właściwie nie była taka młoda - raptem w wieku jego brata. Podczas tamtej imprezy miała jeszcze szesnaście lat. Pamiętał ją dobrze - cała usmarowana różnymi sposobami na wspaniały makijaż. Ciężko było mu wtedy powiedzieć, czy makijaż ów był zrobiony dobrze, natomiast na pewno był zrobiony widocznie. Śmiała się najwięcej, piła sporo i starała się zwracać na siebie uwagę. Zawsze taka była. Dlatego właśnie nie chciał mieć z nią do czynienia. A że się nie udało...
Gazety nie pokazały jej takiej, jaką była. Mogła się zmienić po tamtej nocy, choć Jasiek w taki obrót wydarzeń nie wierzył. Dla dziennikarzy była cichą, spokojną dziewczyną o dobrej reputacji wśród kolegów, koleżanek, nauczycieli i sąsiadów. Kiedy był w wojsku, sporo się nad tym zastanawiał. Nie potrafił jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego szablonowe artykuły budziły największe emocje wśród czytelników, albo dlaczego społeczne sensacje, wbrew swemu teoretycznemu znaczeniu, stały się tak powszednie i przewidywalne w swych schematach.
Msza trwała swoją godzinę i skończyła się w pobliżu planowanej pory. Tłum powoli ruszył ku wyjściu. Jasiek już wcześniej przezornie ustawił się tuż przy ciężkich wrotach i wyszedł jako jeden z pierwszych. Ustawił się pod drzewem rosnącym tuż obok kościoła i obserwował wylewających się ludzi. Już po chwili dostrzegł Kryśkę, która, ku jego jednoczesnym zaskoczeniu i radości, była zupełnie sama. Poczekał, aż wyjdzie z tłumu i stanowczym krokiem podszedł do niej. Dostrzegła go, gdy był już od niej o krok. Tym razem nie uciekała.
- Nareszcie mogę z tobą porozmawiać - usłyszała od Jaśka.
- Chyba nie - odparła, spuszczając głowę. - Moi rodzice wyjdą z kościoła lada moment. Od kiedy przyjechałeś, nie opuszczają mnie nawet na minutę.
Jasiek odruchowo spojrzał w kierunku kościelnych wrót.
- Lepiej idź już, chyba że masz ochotę porozmawiać - tutaj wykonała niezrozumiały gest - z moim ojcem.
- Nie mam, ale poczekam - odpowiedział Jasiek, pokonując kolejny odruch, pchający go do odejścia szybkim krokiem.
- Wierz mi, to nie jest najlepszy pomysł. Przynajmniej nie teraz i tutaj - stwierdziła. Nagle podniosła głowę, spojrzała mu w oczy i odepchnęła go tak niespodziewanie, że niewiele brakowało, by stracił równowagę i upadł. - Idź! - niemal krzyknęła stanowczym głosem.
Jasiek posłuchał. Odszedł, złorzecząc sobie w myślach. Nie obejrzał się za siebie, choć miał taką chęć. Szedł tylko, wpatrując się w przejeżdżające obok niego samochody. Nie spieszył się, więc doszedłszy do najbliższej ławki usiadł na niej. Po chwili oprócz samochodów zaczęli mijać go ludzie wracający z mszy. Wielu patrzyło na niego przechodząc obok, niektórzy pokazywali go palcami. Plotki mają to do siebie, że roznoszą wiadomości z prędkością światła. Jasiek domyślał się znaczenia tych gestów i nie obdarzał nikogo swym spojrzeniem, przeznaczając je w całości dla chodnika pod swymi stopami. Zrezygnował z tego dopiero, gdy poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Podniósł głowę i nie uległ zdziwieniu, widząc Hankę.
- Masz może ochotę na filiżankę herbaty? - zapytała, nie zwracając uwagi na tych przechodniów, którzy zaczęli pokazywać palcami również i ją. Jasiek kiwnął tylko głową twierdząco i wstał z ławki leniwie.
* * *
Śnieg, znudzony padaniem przez cały poranek i południe, zdecydował się zawiesić swą działalność na jakiś czas. Korzystając z jego chwilowego braku zainteresowania gruntem, przez chmury nieśmiało przebijało się słońce, powoli, by nie nikogo nie rozjuszyć swą obecnością. Temperatura, chcąc nie chcąc, musiała podnieść się o parę stopni, jednak przez swe wrodzone lenistwo wzrost ten uczyniła jak najmniejszym.
Z dwóch filiżanek bardziej pasujących do kawy niż do herbaty unosił się miły aromat. Obok nich stały, wedle polskiego standardu, jakieś ciastka, które pełniły raczej funkcję ozdobną. Żaden gość z reguły nie sięgał po nie, woląc delektować się rozmową z gospodarzem. Raz tylko na jakiś czas któryś odważył się zjeść jedno czy dwa, żeby nie wyjść z kolei na ignoranta. Ot, mieszanka miejscowych tradycji.
- Nie wychodzi ci to na razie za dobrze - Hanka zmieniła temat po dłuższej rozmowie zataczającej kręgi wokół zgoła innych sfer.
- Co masz na myśli?
- Widzisz, z tego co pamiętam, kiedyś byłeś zupełnie inny. Te wasze balangi pod mostem...
- Tak jakby ciebie tam nigdy nie było - przerwał jej Jasiek.
- Bo i czasem cóż było innego robić? - Hanka odparła spokojnie. - Zawsze to ciebie pierwszego rwało do najbardziej interesujących wyczynów, szczególnie po paru głębszych. Co się z tobą stało? Gdzie ten dawny, sławny Jasiek Sulecki, co?
- Pewnie w końcu wydoroślałem - rzucił Jasiek ze śmiechem na ustach.
- Nikt nie dorośleje, jeśli z jakiegoś powodu nie jest do tego zmuszony. Co się więc z tobą stało?
- Skoro tak stawiasz sprawę... Wszystko zapewne stało się w wojsku. Kiedy przybyłem do jednostki, nie byłem zbyt szczęśliwy. Sama rozumiesz, kto normalny chciałby iść w trepy? Okazało się jednak, że przyszło mi służyć z paczką naprawdę równych gości. Poczułem się jak w domu i unitarka zeszła tak szybko, że nie zdążyłem się nawet w tym zorientować. Pamiętam, że przez pewien czas zastanawiałem się, czy nie zostać przypadkiem w wojsku na stałe. Niestety, wkrótce potem pewne wydarzenia skutecznie wyperswadowały mi te plany ze łba.
- Co mianowicie?
- Moje przekleństwo, że tak powiem. Mimo że służyłem niedaleko Wrocławia, jakimś cudem wieści o mnie dotarły i tam. Nagle wszyscy moi kumple zwrócili się przeciw mnie. "Już my cię nauczymy, pieprzony zboczeńcu", tyle tylko usłyszałem. Potem leżałem w szpitalu, a tam miałem nieco czasu, żeby sobie wszystko dokładnie przemyśleć. Wiesz, gazety nie pisały, że w wojsku pobili kogoś niemal na śmierć. Sama rozumiesz, domniemana przeszłość ofiary dziennikarzom trochę nie pasowała. Wiem, bo przychodził do mnie jeden dwukrotnie, nawet prowizoryczny wywiad przeprowadził, ale później widocznie dowiedział się co nieco i z reportażu zrezygnował. Do jednostki jeszcze zdążyłem wrócić. Jakoś te ostatnie dwa tygodnie przeżyłem i wyszedłem na wolność.
- A gdzie spędziłeś ostatnie parę miesięcy?
- We Wrocławiu, u Natalii.
- To twoja dziewczyna? - zapytała Hanka, chodź jej słowa brzmiały bardziej jak stwierdzenie.
- Dziewczyna? Nie, raczej nie. Prędzej przyjaciółka.
- Niech będzie - zaśmiała się. - Jak się poznaliście?
Teraz przyszła kolej Jaśka, który zakrztusił się herbatą, słysząc to pytanie.
- Przepraszam - rzucił, wycierając ubranie serwetką i śmiejąc się jednocześnie - ale nie pamiętam. Poważnie. Po prostu następnego dnia po zwolnieniu z jednostki obudziłem się u niej w mieszkaniu, na kanapie w pokoju gościnnym. Jej rodzice obudzili mnie, a kiedy zauważyli moje zdziwienie zastaną sytuacją, wyjaśnili mi, co się stało poprzedniego wieczoru.
- A co takiego się stało?
- Podobno byłem kompletnie pijany, kiedy przysiadłem się do nich i do ich córki w jakimś barze. Faktycznie, wcześniej piłem sporo i urwał mi się film. To, co ci teraz opowiadam, to ich relacja. Podobno opowiedziałem im całą historię mojego życia. Na koniec usnąłem przy stoliku. Zanieśli mnie więc najpierw do samochodu, a potem do swojego mieszkania.
- Trochę ciężko w to uwierzyć - stwierdziła Hanka.
- Owszem, ciężko. Cóż, w tym przypadku wiem tyle co ty.
- I co, utrzymywali cię potem?
- Pozwolili mi zostać nie stawiając żadnych warunków, ale czułem się zobowiązany w jakiś sposób się odwdzięczyć. Próbowałem podjąć pracę, ale sama chyba wiesz, jak olbrzymie miałem szanse. W rezultacie wyszło na to, że rzeczywiście mnie utrzymywali.
- Ale, z tego co słyszałam, masz zamiar wracać po świętach. Wrócisz do Wrocławia, na koszt innych?
- Lepiej tam - westchnął Jasiek - niż gdziekolwiek indziej.
* * *
Do domu wrócił jeszcze zanim zrobiło się całkowicie ciemno. Kiedy przekroczył próg, poczuł to samo, co czuł od przyjazdu tutaj - atmosferę napiętą, a jednocześnie irytującą dla kogoś, kto przez niemal całe życie traktował to miejsce jak swego rodzaju azyl, gdzie zawsze znajdywało się spokój i zrozumienie. Teraz tego brakowało, oferując w zamian przytłaczający zbiór ścian, mebli i osób, wydających się znajomymi, ale odcinającymi się w każdej chwili. Denerwujące były próby rozmów, toczące się wciąż tym samym schematem pytanie-odpowiedź, zawsze możliwe najkrócej, ucinane szybko przez którąś ze stron. Bolało, gdy społeczna organizacja zwana potocznie rodziną zamiast bliskości, okazywała sobie niechęć, wpierw jednostronnie, a po dwóch dniach już wzajemnie. To ich bolało, choć niekoniecznie zdawali sobie z tego sprawę. Jeszcze.
Śnieg po kilkugodzinnej przerwie padał znowu. Odśnieżanie każdego dnia szło coraz ciężej, i już na parę dni przed zapowiadanymi na święta potężnymi śnieżycami wielu gospodarzy tęgo klęło na pogodę tej zimy. Pogoda zdawała się jednak być niewrażliwa na wszelkie obelgi i swój plan nieustannie wykonywała.
Wieczór tradycyjnie rezerwowany był na telewizję. Kolejne przyzwyczajenie przeciętnego Polaka sączone wprost ze źródła nowoczesnej kultury. Nikt przecież nie chce uchodzić za niekulturalnego. Może oprócz tych, którzy tworzą tę kulturę, ale tego nikt nie zdołał jeszcze potwierdzić. Tak więc mijały wiadomości, sport, znienawidzona w ostatnich dniach pogoda, tak bezwzględnie i bezlitośnie podająca informacje zgodne nie tylko z przewidywaniami synoptyków, lecz również z prawdą. Żadnego mydlenia oczu, za którym wielu już zaczynało tęsknić.
Kasia zdążyła pójść spać, a że dom nie był bardzo duży, należało nieco przyciszyć odbiornik i rozmowy, których i tak właściwie nie było. Jasiek, siedzący przy stole naprzeciw rodziców mówił coś po to, by czymś zająć usta w obliczu zakończenia spożywania kolacji. Ojciec czasami odpowiadał, silił się nawet na trud zadania pytania, ale bardzo rzadko. Matka nie robiła nawet tyle, za to przez cały czas uśmiechała się. Robiła to tak uparcie, że Jasiek stracił pewność, czy aby na pewno to zachowanie jest tak nieszczere, jak myślał.
- A jak to tam jest u was w tym Wrocławiu? - zapytał ojciec, jak gdyby nie zauważając, jak często ten temat był już poruszany od przyjazdu jego syna.
- Świetnie, świetnie, wręcz nie mogę się doczekać, kiedy tam wrócę - wymknęło się Jaśkowi w chwili nieuwagi, jednak ta odpowiedź nie zrobiła żadnego wrażenia na jego rodzicach. Tak jak się spodziewał, słuchali tak biernie, jak się tylko dało. W tym przypadku określenie "nudne i bierne rozmowy rodzinne" nabierały jeszcze bardziej pokrętnego znaczenia.
- Wiesz synku, nie mamy pieniędzy na prezent dla ciebie - rozpoczęła matka i uczyniła krótką pauzę, licząc na odpowiedź. Nie doczekawszy się jej, kontynuowała. - Nie mieliśmy pojęcia, że przyjedziesz i nie szykowaliśmy się specjalnie. Chociaż z drugiej strony, skoro nie ma Marcina, to chyba nie będzie taki duży problem - uśmiechnęła się, robiąc wrażenie bagatelizowania sytuacji.
Jasiek popatrzył na nią i uniósł brwi pytająco.
- No wiesz, nie ma twojego brata, więc jedzenia nam starczy, nie trzeba będzie kupować niczego więcej ponad to, co już wcześniej z ojcem zaplanowaliśmy - próbowała wyjaśnić.
- Jezu, jeśli chcecie mi coś powiedzieć, po prostu powiedzcie! - wykrzyknął, mając dosyć jej bełkotu.
- Proszę, bądź ciszej, bo inaczej obudzisz Kasię - rzekła matka. Jasiek opamiętał się nieco.
- To wszystko? A nie chcecie przypadkiem, żebym wyjechał jak najprędzej? - zapytał niemal szeptem.
- Dobrze, jeśli tak stawiasz sprawę - odezwał się ojciec. - Tak, chcemy, żebyś wyjechał, a im prędzej, tym lepiej dla ciebie i dla nas.
- A to niby dlaczego?
- Tutaj jesteś całkowicie przegrany. Tutaj będziesz miał gówno, a nie życie. Moglibyśmy cię utrzymywać, bo pracy to byś sobie na pewno nie znalazł, ale nie będziemy żyć wiecznie. Twój brat już teraz nie chce mieć z tobą do czynienia, a... - zawahał się.
- A co? - zapytał Jasiek, podejrzewając, że chodzi o jego siostrę.
- ...a inni już pokazują cię palcami, chociaż przyjechałeś dopiero w środę - dokończył ojciec.
Jasiek mierzył rodziców wzrokiem, czekając, aż któreś z nich coś powie.
- Wy się zwyczajnie boicie - zaczął w końcu. - Boicie się, co ludzie zaczną o was mówić. - Ani ojciec, ani matka nie odpowiedzieli na zarzut. Zdenerwowany, gnał dalej, nie podnosząc jednak głosu. - Miejcie choć odrobinę wiary we mnie, skoro i tak woleliście uwierzyć jakiejś półprzytomnej z pijaństwa nastolatce zamiast własnemu synowi.
- Ależ my ci wierzymy - wtrąciła matka.
"Tak, a ja jestem z Tadżykistanu", przebiegło przez myśl Jaśkowi. Wstał gwałtownie od stołu, niemal przewracając krzesło, na którym siedział.
- To dobrze - wycedził przez zęby, powstrzymując się od wybuchu - bo już myślałem, że jest inaczej.
Odszedł do swojego pokoju, nie siląc się już na żadne słowa. Próbował się opanować i zapomnieć o tej rozmowie, ale nie potrafił, mimo wielu prób. Nie mógł darować sobie, że przegrał walkę na własnym podwórku zanim jeszcze ją zaczął. Denerwowało go, że dopiero teraz sobie to uzmysłowił. Zmarnował kilka cennych dni przez błędną ocenę sytuacji, czy raczej przez własną ślepotę. Zrozumiał, że zadowalał się wizją utkaną przez samego siebie, odrzucając wcześniej oczywiste fakty. Nikt nie chciał obiektywnie z nim porozmawiać. No, może oprócz Hanki, lecz u niej Jasiek wyczuwał bardziej jakąś dziwną, perwersyjną ciekawość, a nie chęć niesienia jakiejkolwiek pomocy. Gdyby tylko robił coś, by zmienić swoje położenie... ale on uciekał przed każdym niebezpieczeństwem, wycofywał się za każdym razem, gdy czuł się zagrożony. Rzeczywiście, Hanka miała rację, zmienił się nie do poznania. Zapewne jego niegdysiejsze wybryki nie były godne pochwały, ale obecne krycie się przed wszystkim i wszystkimi napawały go odrazą do samego siebie. Nagle zechciał wrócić do Wrocławia jak najszybciej, ale zdołał jeszcze zwalczyć w sobie tą chęć. "Chociaż do świąt", powiedział sobie.
* * *
Tego ranka śnieg zrezygnował z nawiedzania miasta i okolic nowymi falami, oferując na swoje zastępstwo porywisty wiatr. Ludzie mogli się temu sprzeciwiać, ale ich głosy ginęły wśród huku mas powietrza ocierających się o drzewa, domy, czy też wreszcie o siebie. Przyglądali się więc, w miarę możliwości chowając się przed hulającą przyrodą. Wychodzili tylko ci, którzy musieli, choć niektórzy wcale nie zdawali sobie sprawy z tego obowiązku.
Jasiek szedł drogą prowadzącą przez wieś, opierając się bocznemu wiatrowi, skutecznie utrudniającemu pochód. Pomyślał, że w obliczu charakteru dzisiejszego dnia, dla wielu wolnego od pracy lub szkoły, z domów wychodzili tylko straceńcy. Uśmiechnął się do siebie. Tak siebie jeszcze nigdy nie nazywał. Cokolwiek się nie działo, w każdej sytuacji miał nadzieję. Teraz zaś jej brakowało. Szedł tylko po to, by utwierdzić się w swoim przekonaniu. Nie, nie bez walki, nie można tak łatwo wszystkiego oddać. Z drugiej strony, po co się narażać, jeśli gdzie indziej jest nam lepiej? Chyba tylko po to, żeby się przekonać. Ot, próbka perwersyjnej ciekawości, nieodłącznej cechy każdego człowieka. Cele zawsze te same, tylko formy inne. Czy to powinno przerażać? Nie ma odpowiedzi prawidłowej dla ogółu, są za to odpowiedzi prawidłowe dla poszczególnych jednostek. Wszystko, jak zawsze, zależy od punktu widzenia. Jasiek raz jeszcze uśmiechnął się sam do siebie. Kiedyś takie bełkotliwe rozważania mu się nie zdarzały. Cóż, może rzeczywiście wydoroślał... W dzisiejszych czasach tego etapu nie da się ominąć. Można uciekać, ale nigdy uciec.
Stanął przed pierwszym przystankiem na trasie dzisiejszego spaceru, domu Krystyny Kurek. Otworzył furtkę i wszedł na teren gospodarstwa. Bez zastanowienia podszedł ścieżką, utworzoną dzięki wymieceniu śniegu, do drzwi wejściowych. Zadzwonił i, nie czekając na odpowiedź, cofnął się parę kroków, by móc spojrzeć na okna budynku. Wszystkie, bez wyjątku, miały zaciągnięte żaluzje. Jasiek nie zdążył zastanowić nad sensem takiego zachowania, gdyż drzwi się otworzyły. W progu stała matka Kryśki. Widząc osobę stojącą naprzeciw niej zaniemówiła.
- Czego? - zachrypiała niewyraźnie po chwili.
- Zastałem Kryśkę? - zapytał Jasiek.
- Czego ty od niej chcesz, ty... - wrzasnęła kobieta, ale Sulecki przerwał jej, zanim zdążyła skończyć.
- Chciałem z nią porozmawiać. - padło natychmiastowe wyjaśnienie.
- Ty już się z nią wystarczająco narozmawiałeś, ty zboczeńcu! Na całe życie!
Jasiek skrzywił się, chciał już coś powiedzieć, ale zdążył się rozmyślić.
- Mimo wszystko chciałbym się z nią zobaczyć. Przecież nic jej nie zrobię w tym domu - spróbował jeszcze raz.
- Zjeżdżaj stąd, gnoju! Józek! - baba wydarła się na cały głos. - Józek, leć po widły!
Chłopak, słysząc te słowa, cofnął się dwa kroki, uniósł ręce w przepraszającym geście, po czym, nie spiesząc się zbytnio, odszedł. Kobieta patrzyła się za nim chwilę, grożąc mu pięścią, lecz potem schowała się przed wiatrem we wnętrzu domu, zatrzaskując za sobą drzwi.
Wszystko poszło dokładnie tak, jak przewidywał Jasiek. Teraz miał zamiar przejść się na cmentarz, na którym nie był już od ponad dwóch lat. Należało chociaż dla przyzwoitości przypomnieć sobie o dawno zmarłych członkach rodziny. Teraz, kiedy droga wiodła przez otwarty teren, bez jakichkolwiek budynków, wiatr stał się jeszcze bardziej dokuczliwy. Chłopak założył czapkę, ale niewiele to pomogło. Świeży śnieg na poboczu drogi chrzęścił pod ciężarem ciężkich, zimowych butów. Słońce prawdopodobnie znajdowało się mniej więcej w zenicie, nie sposób jednak było to stwierdzić. Gruba warstwa chmur nie przejawiała chęci do samoistnego rozrzedzenia się.
Kawałek dalej, tuż przy drodze, a obok starego dębu, stał drewniany krzyż, smagany przez wichurę, która oczyściła go z zalegającego na nim śniegu. Jasiek przystanął przed nim. Przeżegnał się machinalnie, przywołując dawne wspomnienie. Zdjął czapkę i pozwolił rozwiać się wedle możliwości stosunkowo krótkim włosom. Ten ogromny dąb "zaliczył" kiedyś niejaki Piotrek zostawiając na korze drzewa ślad polonezem swoich rodziców. Chłopak, którego Jasiek znał raczej przelotnie, zginął na miejscu. Wtedy wszyscy się z tego śmiali - jak można wpaść na drzewo na drodze tak prostej i płaskiej, jak się tylko da? Tylko jego rodzice płakali po nim. Inni bądź udawali, bądź nie kryli się ze swymi szyderstwami. W końcu każdy przeszedł z tym do porządku dziennego. "Zdarza się", mówili w końcu. Tylko rodzice nie zapomnieli swojego jedynaka.
Jasiek nadal stał przed krzyżem. Zadziwiające, że to, co kiedyś ludzi nie wzruszało, potrafi po latach zmusić człowieka do myślenia. Bogatszy o życiowe doświadczenia jest w stanie, choć nie zawsze chce, spojrzeć na dawne sprawy z perspektywy. I to nie tylko z perspektywy zwanej przez niektórych perspektywą czasu, bo to każdy głupi umie zrobić. Nie problem jest też powiedzieć "co by było gdyby on...". Należy mieć wyobraźni na tyle, by móc odpowiedzieć na sakramentalne "co by było gdybym ja...", bo w naszych czasach wszak lista sakramentów społecznych istnieje, jedynie nikt jej nie spisał. A kto wierzyłby słowu niepisanemu? Właściwie, to kto w ogóle próbowałby przymierzać się do zaglądania w przeszłość przez jakikolwiek pryzmat? Nikt, chyba że jest zmuszony. Czasami sami się zmuszamy, szukając gdzieś za sobą, we wspomnieniach, punktu odniesienia do obecnych poczynań tego czy tamtego, a może nawet własnych. Innym razem ktoś zmusza nas, biernie lub czynnie, na jedno w sumie wychodzi. Piotrek natomiast leży na cmentarzu, mając przy drodze swój pomnik. Zdarza się, nawet jeśli pomnik zamiast granitu ma deski, zaś zamiast wspaniałego, wymyślnego, a jeszcze lepiej bohaterskiego, kształtu ma kształt krzyża.
Jaśka z zamyślenia wyrwał klakson. Chłopak spojrzał w prawo i dostrzegł czerwonego malucha, z którego wysiadł Marcin. Ubrany pomimo kilkustopniowego mrozu tylko w sweter podszedł do przydrożnego krzyża.
- Po co znowu byłeś u Kryśki? - zapytał.
- Zgadnij - odwarknął Jasiek zupełnie tak samo, jak podczas ich ostatniej rozmowy.
- Słuchaj, daruj sobie, sam przecież widzisz, jaki to ma sens - rzekł ku zaskoczeniu swego brata Marcin. - Siedź w domu, już pal to licho, ale nie utrudniaj sobie i innym życia, dobra? - Skończył, po czym, nie czekając na odpowiedź, odszedł. Wsiadł do malucha i odjechał w kierunku miasta.
* * *
Dokładnie tak jak myślał, w mieście na ulicach ciężko było uświadczyć kogokolwiek. Wszelki duch pochował się w bezpiecznych schronieniach. Jaśkowi akurat teraz to odpowiadało. Zostawiony sam na sam ze swymi myślami dotarł w końcu do miejskiego cmentarza, mijając jeszcze po drodze kościół, zdecydowanie górujący nad resztą zabudowań.
Na cmentarzu już na pierwszy rzut oka można było rozróżnić często odwiedzane groby od całej rzeszy pozostałych, na których warstwa śniegu potrafiła osiągać dobre parę centymetrów. Atmosfera panowała, jakże by inaczej, iście grobowa. Drzewa bez liści, rosnące pojedynczo na tym terenie, stanowiły jedyną odmianę pośród rzędu niemalże identycznych krzyży. Raz na jakiś czas spośród tego ponurego pospólstwa nieśmiało wybijał się jakiś granitowy anioł lub inny, potrzebny jedynie żywym ozdobnik. Na niektórych płytach pokrytych białym puchem stały ciemnoczerwone bądź brązowe, szklane pozostałości po odwiedzających - dawno zgasłe znicze. Rzadko kiedy ktoś tu przychodził, więc wiatr nie miał wiele zabawy przy zdmuchiwaniu wątłych płomieni z knotów jeszcze jednych oryginalnych pamiątek po ludziach.
Zbiorowisko żałosnych szczątków po kruchych powłokach cielesnych. Niewielu chyba w ten sposób myślało o tym miejscu. Cała reszta przychodzi tu, w jakimś zamgleniu logicznego rozumowania sądząc, że ich bliscy jeszcze się tu znajdują, słyszą ich i doceniają ich starania. Zdarzają się również rozmawiający z duchami. Nie ma znaczenia, czy duchy są widoczne naprawdę, czy są urojeniami chorego umysłu, czy też może nie ma ich w ogóle. W innych sytuacjach takich ludzi nazywa się wariatami, ale tutaj szaleństwo zdaje się osiągać znacznie wyższy pułap, a na cmentarzu okrzyknięci szaleńcami stają się pogrążonymi głęboko w smutku i tęsknocie. Takie miejsca zyskują sobie szczególne poważanie; grupki odwiedzających, przed bramami jeszcze śmiejące się i żartujące sobie z otaczającego ich świata, milkną w powszechnej ciszy. Tylko nocami lasy krzyży omija się z daleka, lecz nie z obawy przed wyimaginowanymi upiorami, ale przed zupełnie realnymi mętami pętającymi się z niewiadomych przyczyn o tej porze między grobami. Czasem słyszy się też o rytualnym zabójstwie kota, czy podobnych ekscesach, ale to już trochę inna bajka. Niestety tylko trochę. Głupota nie ogranicza się do poszczególnych miejsc, a na tę zarazę nie ma jeszcze lekarstwa i długo nie będzie.
Jasiek przed znajomymi grobami stał długo. Nie zorientował się, kiedy upłynęły trzy godziny, po prostu w końcu znudziło go bezczynne stanie w miejscu. Choć nie miał ochoty iść gdziekolwiek, należało się ruszyć, bez większego znaczenia gdzie, ważne by gdzieś. Wyszedł więc na ulicę, rozejrzał się leniwie i skierował swe kroki na rynek. Miał już serdecznie dosyć tej okolicy i kilkakrotnie już tego dnia przyłapał się na szukaniu pretekstu do jej opuszczenia. Tylko dzięki wewnętrznemu hamulcowi powstrzymującemu go od ucieczki siedział po chwili na drewnianej ławce z widokiem na przystanek autobusowy i wpatrywał się w nieruchome chmury zalegające na niebie.
Pomimo godzin popołudniowych na chodnikach wciąż brakowało przechodniów. Samochodów na ulicach również było jak na lekarstwo, dlatego Jasiek od razu zwrócił uwagę na czerwonego malucha nadjeżdżającego od strony drogi. Z pojazdu zatrzymanego na przystanku wyskoczył Marcin. Przebiegł natychmiast na drugą stronę, nie siląc się nawet na zamknięcie drzwi.
- Masz problem - oświadczył nie bez cienia emocji w głosie.
- A to niby czemu? - zapytał ospale Jasiek, niespecjalnie zainteresowany.
- Andrzej wrócił wczoraj wieczorem do miasta. Ktoś mu powiedział, że włóczyłeś się z jego dziewczyną i facet strasznie się wkurzył. Byłem właśnie w knajpie przy wylotowej na Łuków i widziałem, jak zmawiał się z kumplami na ciebie.
Jasiek spojrzał bratu prosto w oczy. Niestety, wymuszanie prawdy takimi spojrzeniami nigdy mu nie wychodziło.
- Po co? - zapytał, nieco ożywiony.
- Chcą cię dopaść gdzieś na wsi, jak będziesz wracał do domu i wybić ci z głowy łażenie za Hanką. Zdążyli się już porządnie spić, więc, jak mówiłem, masz problem.
- Trudno - rzekł Jasiek, wstając powoli z ławki.
- Nie wierzysz mi? Dobra, sam zobaczysz - zawołał Marcin do odchodzącego brata. Ten zatrzymał się na chwilę.
- Wierzę ci, wierzę - rzucił przez ramię i ruszył w swoją stronę.
Marcin stał jeszcze moment przy ławce. Pokręcił głową, przeszedł na drugą stronę jezdni i wsiadł do samochodu. Nie odjechał jednak; siedząc za kierownicą patrzył na idącego w stronę wsi brata. Tkwił tak w bezruchu jeszcze minutę, po czym wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Szybkimi ruchami kciuka wprowadził numer i, zmuszając malucha do ruszenia z miejsca, zaklął pod nosem.
* * *
Było już niemal całkowicie ciemno, gdy Jasiek szedł przez wieś. Od domu dzieliło go jeszcze kilkaset metrów, lecz wiedział, że dystans ten pokonuje się w mgnieniu oka. Kiedy szedł, starał się nie myśleć o niczym. Dzisiejszy dzień wpłynął na niego tak przygnębiająco, jak tylko się dało, a padający śnieg, który przypomniał sobie parę minut temu o swoich możliwościach, dokończył dzieła. Jedyne, co Jasiek miał teraz w głowie, to chęć powrotu do Wrocławia, do Natalii i jej rodziców. Nie obchodziło go już ani to miasto, ani jego mieszkańcy i ich osądy. Miał zamiar wsiąść do pociągu jeszcze tego wieczoru i zmierzał teraz do domu, by spakować te kilka rzeczy, które przywiózł ze sobą.
Zapewne doszedłby do domu pozostając w swoim otępieniu, lecz będąc już nie dalej jak dwieście metrów od swojego celu zauważył przed sobą parę słaniających się na nogach osób. Nie kojarząc jeszcze faktów nie zwrócił na nich uwagi i dalej szedł przed siebie. Dopiero gdy zbliżył się do nich na parę kroków, jeden z nich krzyknął do pozostałych "To on!". Z przydrożnych krzaków wyskoczyło jeszcze paru gości równie, jeśli nie bardziej zalanych od swoich kumpli, zagradzając Jaśkowi drogę ucieczki. Dopiero wtedy chłopak wyrwał się z zawieszenia umysłowego i otrzeźwiał natychmiast.
W sumie było ich sześciu. Normalnie nie daliby swojemu przeciwnikowi szans, lecz w obecnym stanie kwestia utrzymania równowagi zdawała się zajmować największą część ich uwagi. Akurat w tym miejscu latarnia nie świeciła, zostawiając kawałek ulicy pod sobą w półmroku. Jasiek nie rozpoznawał twarzy napotkanych ludzi, ale domyślał się ich tożsamości. Nagle jeden z nich wysunął się naprzód.
- No i co teraz powiesz, brachu? To mnie nie ma tylko dwa dni, a ciebie od razu rwie do mojej dziewczyny? No to poczekaj chwilę, a pokażę ci, co o tym myślę! - Zdania były rwane, poszczególne słowa niewyraźne, ale w tym bełkocie Jasiek bez problemu rozpoznał głos Andrzeja.
Nawet nie próbował się tłumaczyć, doskonale wiedząc, że to nic nie da. Pamiętał jeszcze z dawnych czasów balangi z udziałem Andrzeja i jego znajomych, a to jak najbardziej dawało podstawy do myślenia o ucieczce. Jednak Sulecki, zdając sobie sprawę ze stanu, w jakim znajdowała się cała szóstka, widział cień szansy. Nie czekając na pierwszy cios ze strony napastników sam rzucił się na, jak sądził, najmniejszego z nich. Powalił go na ziemię bez większych trudności i dla pewności poprawił ciosem w twarz. Wstał jak najszybciej, by móc obronić się przed atakami pozostałych. Promile skutecznie spowalniały ruchy Andrzeja i jego kompanii, dzięki czemu Jasiek radził sobie całkiem nieźle. Przed pierwszym ciosem uchylił się i skontrował w brzuch napastnika, który skulił się i upadł na ziemię. Drugi cios Sulecki sparował, jednak trzeciego, wyprowadzonego w tym samym czasie na jego szczękę nie zdążył nawet zauważyć. Wylądował na śniegu, ale nie pozwolił sobie na rozpamiętywanie swojego błędu. Podniósł się natychmiast i cofnął o dwa kroki, unikając w ten sposób kolejnego uderzenia. Póki co atakowało go tylko dwóch, ale następni już podchodzili i Jasiek potrzebował jakiegoś błyskawicznego rozwiązania. W tym samym momencie, cofając się jeszcze bardziej, potknął się o przydrożny kamień i poleciał do tyłu, swoim ciężarem łamiąc stare, spróchniałe sztachety płotu odgradzającego szosę od nieużywanego już przez nikogo skrawka ziemi. Chłopak, nie zważając na nagły ból kręgosłupa chwycił oburącz jedną z desek i klęcząc machnął nią, na razie ostrzegawczo. Napastnicy cofnęli się o krok. Sulecki, widząc swoją szansę, wstał natychmiast i rzucił się na najbliższego z nich. Pchnął go sztachetą i, nie oglądając się nawet, machnął nią w swoją prawą stronę. Tak jak się spodziewał, trafił dwóch przeciwników. W tym samym momencie dostał butem w prawy bok. Upadł, ale nie przejmował się tym, gdyż miał już otwartą drogę ucieczki. Przeturlał się pod płot, unikając następnych kopniaków i wystrzelił prosto przed siebie. Napastnicy byli zbyt pijani, by go powstrzymać.
Nie upłynęło pół minuty, gdy Jasiek dobiegł do domu. Nie miał czasu zastanawiać się, czy budynek wystarczy za schronienie. Już chciał szarpnąć za klamkę u drzwi wejściowych, kiedy te otworzyły się, a w progu stanęła ubrana w zimową kurtkę Kryśka. Rzuciła mu jego spakowaną już torbę podróżną.
- Chodź! - krzyknęła, wybiegając na zewnątrz. Jasiek, nie namyślając się długo, ruszył za nią. Kryśka wybiegła na drogę i skręciła w lewo, puszczając się biegiem. - Marcin stoi kawałek stąd! - rzuciła za siebie.
Chłopakowi przemknęło przez myśl, że dziewczyna czekała już na niego, ale ból kręgosłupa i prawego boku, pamiątki po bójce, zajmowały całą jego uwagę. Biegli obok siebie, przebijając się przez nawałnice śniegu. Najwyraźniej zapowiadane śnieżyce postanowiły nie czekać do świąt i zaatakowały już w poniedziałkowy wieczór.
Upłynęła następna minuta i oboje dotarli do czerwonego malucha, który rzeczywiście czekał na nich z otwartymi drzwiami. Jasiek z trudem wpakował się do tyłu, a zaraz po nim do auta dostała się Kryśka, siadając obok kierowcy. Marcin odwrócił głowę, patrząc z politowaniem na swego brata, którego nos ubarwił usta i brodę czerwienią.
* * *
Na stacji byli w ciągu dwudziestu minut. Przez ten czas ani kierowca, ani pasażerowie nie odezwali się choćby słowem. Dopiero gdy dotarli na miejsce i wysiedli z ciasnej klatki oznaczonej słynnym "126p", zebrało się im na rozmowę. Cała trójka stała przy samochodzie, podejmując próby bezpośredniego patrzenia sobie w oczy, nie zważając na zacinający śnieg.
- Do pociągu masz coś koło dwóch godzin. Matka zrobiła ci chyba jakieś kanapki, więc nie powinieneś być głodny - zaczął Marcin.
- Dzięki - mruknął Jasiek, spoglądając na własną torbę.
- Jasne... nie ma za co... - odparł Marcin jąkając się nieznacznie. - Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze zobaczymy - dodał pewniejszym głosem i, nie czekając na odpowiedź, wsiadł do auta.
Jasiek kiwnął głową, prawdopodobnie twierdząco, i ruszył do poczekalni po bilet, mijając wciąż stojącą na śniegu Kryśkę. Dziewczyna poczekała jeszcze chwilę, bijąc się z własnymi myślami, po czym pobiegła za nim. Chwyciła go za ramię, zmuszając do zatrzymania się.
- Przepraszam - powiedziała.
Chłopak powstrzymał się od złośliwego uśmieszku.
- Za co? - spytał. Dziewczyna wbiła w niego zdziwione spojrzenie. Nie trwało to jednak długo. Spuściła wzrok, kierując go na własne buty.
- Za... wszystko - wydusiła z siebie.
- Ach tak, nie ma za co - Jasiek rzekł niby od niechcenia, wywołując kolejną falę zdumienia u Kryśki. - Tylko że chyba trochę za późno - dodał.
- Zrozum mnie, co miałam zrobić? Powiedziałam, że widziałam ciebie, a rodzice wszystko sobie dopowiedzieli sami! - dziewczyna rzuciła się do wyjaśnień, upewniając się jednak najpierw, że kierowca czerwonego malucha jej nie usłyszy. - Miałam im dać do zrozumienia, że tamtej nocy byłam właściwie nieprzytomna?
- A musiałaś im w ogóle coś mówić? - zapytał wprost.
- Kiedy mnie pytali, to co miałam odpowiedzieć? - niemal krzyknęła w odpowiedzi.
Tym razem Jasiek od szyderczego uśmiechu już się nie powstrzymywał. Machnął ręką, odwrócił się i ruszył na stację, nie słuchając już krzyczącej za nim Kryśki. Odetchnął z ulgą; miał już to wszystko z głowy.
* * *
Zegar w dworcowej poczekalni wskazywał godzinę szóstą po południu. Do pociągu zostało kilkanaście minut. Jasiek wyrwał się ze stanu wegetacji i zbierał się powoli do wyjścia na peron. Przez poprzednie dwie godziny, leżąc na ławce przy oknie, jego umysł był całkowicie pusty. Takiego stanu długo oczekiwał i bez entuzjazmu przyjął obowiązek przywrócenia sobie zdolności szerszego myślenia. Powróciło uczucie bólu w prawym boku i chłopak powoli dochodził do wniosku, że tamten kopniak nie był wcale tak słaby, na jaki początkowo wyglądał. Postanowił dokładniej obejrzeć obolałe miejsce w pociągu, a tymczasem podniósł z ziemi swą torbę, założył ją na ramię i udał się do wyjścia.
Ciało zareagowało dreszczami na zmianę otoczenia z ciepłej poczekalni na zimny wiatr połączony z wciąż silnymi opadami śniegu. Niezadowolony na wszystko, z pogodą włącznie, chłopak zaklął szpetnie pod nosem, co, jak zauważył, dawno już mu się nie zdarzało. Gdyby gdzieś pod jego nogą znalazł się jakiś niewielki kamień, z pewnością zostałby kopnięty. Dobrze jednak, że niczego takiego w pobliżu nie było, gdyż wtedy dziewczyna stojąca przed schodami wiodącymi na peron mogłaby doznać całkiem poważnych obrażeń.
Jasiek nie od razu ją zauważył. Właściwie mało brakowało, by na nią wpadł, lecz w porę podniósł głowę. Przed nim stała Hanka.
- Teraz moja kolej na pożegnanie - powiedziała.
- Skąd wiedziałaś, że tu będę? - zapytał, schodząc po schodach.
- Byłam dzisiaj z Andrzejem w knajpie, więc wiedziałam, co zamierza zrobić.
- Dobrze, ale skąd wiedziałaś, że będę dzisiaj wyjeżdżał?
- Marcin też był w tej knajpie, zresztą później jeszcze do mnie dzwonił, by się dowiedzieć, czy Andrzej poszedł już na wieś. Po prostu się domyśliłam - zakończyła.
W milczeniu doszli do peronu, na którym, tak jak prawie w całym mieście, nie było żywej duszy. Usiedli tam na ostatniej dostępnej, bo jedynej znajdującej się w jednym kawałku ławce. Przesiedzieli parę minut w ciszy, dając sobie nawzajem trochę czasu na ułożenie pytań i odpowiedzi.
- Pytałam się już o to wcześniej - zaczęła Hanka - ale zapytam jeszcze raz: po co tu przyjechałeś?
- Powinienem odpowiedzieć tak samo, jak ostatnio, ale to nie miałoby chyba sensu. Nie mam tak naprawdę pojęcia.
- Ja natomiast nie wiem, czemu nie wpadłeś na to wcześniej.
- Wiesz - rozpoczął Jasiek po krótkim westchnięciu - myślałem, że dam radę coś wskórać. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że przegrałem walkę zanim jeszcze ją rozpocząłem. Strasznie to irytujące, kiedy musisz się miotać w bezsilnej złości, ponieważ tylko to ci zostaje. Miałem nadzieję, że jeśli nie pozostanę bierny i spróbuję, to jakimś cudem dam radę, a tu proszę...
- Vox populi, vox dei - wtrąciła dziewczyna. - Może gdybyś znał tę sentencję... - dodała, próbując zażartować.
- Daj spokój - uciął krótko. - A co z tobą? Co ty tu robisz?
- Jak to?
- Wydaje mi się, że byłoby cię stać na mieszkanie w Warszawie, ty jednak wolisz siedzieć tutaj. Mało tego, chodzisz z kimś takim jak Andrzej, co dla inteligentnej dziewczyny i szanującej się studentki dobrej uczelni powinno stanowić obelgę. Co więc ty powiesz mi o sobie? - zapytał, skracając zamierzoną tyradę.
- A dlaczego sam mnie nie określisz? - skontrowała, zdejmując okulary i wycierając je chusteczką wyuczonym ruchem, pomimo iż śnieg wciąż padał.
- To ty studiujesz psychologię, nie ja - stwierdził Jasiek. Hanka uśmiechnęła się.
- Widzisz, ja po prostu, w przeciwieństwie do ciebie, idę z wiatrem, a nie pod wiatr. Zdaję sobie sprawę, że to nie brzmi specjalnie uczuciowo, a tym bardziej kobieco, ale to czysta kalkulacja. Mamy się niedługo z Andrzejem pobrać. Jego rodzice to wpływowi ludzie w tej okolicy, a to bardzo ułatwia życie, sam chyba wiesz. - Przerwała na chwilę, przyglądając się reakcji chłopaka. Widząc jego kamienną twarz, kontynuowała. - W ten sposób ustawiam się jeśli nie na całe życie, to chociaż na jego część. Nie mam zamiaru gonić za nieosiągalnymi ideałami, jak niektórzy.
- A co z prawdziwą miłością? - zapytał Jasiek z nieznacznym uśmiechem na twarzy.
- Zastanowię się nad tym, kiedy w końcu jej doświadczę - padła odpowiedź.
Ponownie zamilkli. Hanka nadal wycierała swoje okulary, dzięki czemu czynność ta wydawała się bardziej mimowolną reakcją na jakieś bodźce niż wynikiem jakiejkolwiek świadomej myśli. Śnieg powoli przestał padać. Jasiek westchnął cicho.
- Najbardziej boli mnie to, że jestem stąd wyrzucany. Nie dano mi nawet szansy...
- Dajże wreszcie spokój - obruszyła się Hanka. - Po co w ogóle tu przyjeżdżałeś, skoro nawet rodzinę masz niezgorszą?
- Co masz na myśli?
- A jak ci się wydaje, kto nagadał Andrzejowi tych bzdur? Nie, nie wysilaj się, powiem ci. Twój brat. Najpierw uciął sobie pogawędkę przy piwku, a potem przestraszył się reakcji i pobiegł cię szukać. Wy wszyscy jesteście siebie warci. - Wstała gwałtownie, zrzucając chusteczkę z kolan na leżący na peronie śnieg. Odeszła, nie pożegnawszy się.
Jasiek również wstał, ale nie po to, by ją gonić. Nadjeżdżał jego pociąg. Chłopak miał już wszystkiego dosyć, a ostatnią tamę, jaką ustawił rozum na drodze ogarniającej wszystko obojętności, zburzyła ostatnia rozmowa. Z obolałym bokiem wpakował się do pustego z braku podróżnych wagonu, usiadł na pierwszym lepszym miejscu i usnął niemal natychmiast. Tak to właśnie bywa na tym pokręconym świecie, że w obliczu ludowych legend najlepiej jest się przespać, bo po co się nadwerężać, jeśli i tak nic się nie poradzi? Lepiej już dać odpocząć zmęczonemu organizmowi...
[16.I.2004 - 4.II.2004]
Scooter Fox
scooter_fox@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||