:::: Renfri ::::

Matka



W mieszkaniu było ciemno i cicho. Kolejny wieczór, kolejny taki sam wieczór. Za oknem zapadał zmrok, powietrze było lepkie, ciężkie. W najciemniejszym kącie pokoju siedział na czerwonym, brudnym fotelu jakiś człowiek. Siedział i czekał. Już od kilku godzin, już od kilku dni. Wziął urlop, nie wychodził z domu - czekał. Wczoraj zamówił sobie pizzę prze telefon - jeszcze dużo zostało. Nie chciał jeść, nie był głodny. Siedział i czekał. Było cicho, tak strasznie cicho - ta cisza przytłaczała Adriana, waliła mu się na głowę. I to nieznośne oczekiwanie. Wszystko go bolało - był zmęczony jak po pracy w kamieniołomie a już od kilku dobrych dni nie pracował, tylko siedział tu na tym brudnym fotelu i czekał. Wziął głęboki oddech. Przypomniał sobie, jak było kiedyś, pomyślał sobie, jak będzie. Jak będzie, kiedy zadzwoni telefon, kiedy się okaże, że... Że nie robił tego na darmo. Siedział i wspominał .

Przypomniał sobie, jak był małym chłopcem. Kiedy musieli sobie radzić sami... Nie, nie sami - sama. To Matka musiała sobie radzić sama - on nie mógł jej pomoc. Pracowała, nieraz ryzykowała wiele, bardzo wiele dla niego. Ojciec... Ojca nie pamiętał - ojciec się nimi nie interesował. Matka robiła wszystko, żeby było mu jak najlepiej. Kiedyś zachorował - i to bardzo. Na co? Teraz nawet nie wiedział. To było dawno, tak dawno. Miał wtedy... Chyba 5 lat. Matka zaniosła go do szpitala i potem długo jej nie widział. Przez ten cały czas pracowała, żeby mieć na lekarstwa dla niego.

Taak... - Westchnął. Matka wiedziała o nim wszystko. Rozumiała go najlepiej. Nikt go tak nigdy nie rozumiał, jak Matka. Zrozumiała nawet to... Nawet wtedy... Wtedy, gdy powiedział jej, że jest... Że jest gejem. Ona to zrozumiała i nie miała mu tego za złe. Przypomniał sobie, kiedy jej to powiedział... Wyraz jej twarzy... Żeby się nie martwił, ze to nic złego, chociaż może niektórzy ludzie tego nie rozumieją - tak powiedziała.

Była jedna taka osoba. Nikt inny go nie rozumiał. A teraz... Teraz ryzykował. Dla niej, dla ludzi, którzy o tym nie wiedzieli, którzy go nienawidzili. Którzy patrzyli na niego ze wstrętem, kiedy niewiadomo skąd dowiedzieli się, że... Teraz ryzykował dla nich, a oni pewnie gdyby to wiedzieli powiedzieliby, ze nie ma uczuć, ze jego własna matka nic dla niego nie znaczy.

Jakieś słowa uderzyły go nagle, nie wiadomo skąd. "Miłuj bliźniego swego...". Kościół. Tak, to oni mówili, ze nie ma uczuć, ze jest... A nie powinno go być. Nie chodził do kościoła, nie mógł tego słuchać, nie mógł patrzeć na to wszystko. Na roześmiane, radosne rodziny, na małżeństwa, którym błogosławił kapłan, ale mówiono, ze sam Bóg. Dlaczego? Dlaczego jemu Bóg nie błogosławił? Stworzył go takiego, jakim był, a teraz kościół tego Boga odmawiał mu wszystkiego, nazywając nienormalnym... Ale jednak wierzył w Niego. Modlił się do codziennie. Modlił się o Matkę, o zdrowie dla niej, dla jedynej bliskiej mu osoby. Miał nadzieję...

A teraz... Teraz musiał czekać. Matka... Jakiś czas temu zachorowała. Nie znal się na tym, nie wiedział dokładnie, na co. Coś tam mu mówili, ale niewiele rozumiał. Jakaś rzadka choroba... Matka zachorowała, jak on kiedyś - role się odwróciły. Z tym, że on teraz czekał na telefon. W szpitalu zaproponowali... Lekarz powiedział, ze można nic z tym nie robić, ale wtedy Matka będzie czuła się coraz gorzej, a po jakimś czasie, raczej dłuższym, umrze. Albo spróbować zastosować nowy lek. Nowy, taki, którego jeszcze nie używano, bo trzeba było sprawdzić działanie na ludziach, a do tego nikt się nie kwapił. Lek mógł wyleczyć Matkę, lub ja zabić. Jeśli by wyleczył, można by pomoc wielu ludziom. Adrian wahał się długo. Wiedział, że jeśli coś źle pójdzie, straci Matkę, straci jedyna osobę, jaka mu została. Ale jeżeli pójdzie dobrze... A lekarze mówili - 50:50. W końcu zdecydował się. Zgodził się, zresztą matka też tak chciała. I gdyby coś się stało, coś dobrego lub złego, mieli dzwonić. Czekał na ten telefon. Już od kilku dni.

Znowu cisza... Znowu wspomnienia. Te same wspomnienia. Adrian błędnym wzrokiem w ciemności wypatrzył telefon... Obok niego leżało pól pizzy i brudny nóż. Uświadomił sobie, że od wczoraj nic nie jadł. Ciężko, powoli wstał z fotela i poszedł w kierunku stolika. Cisza... Cisza... I w ciszy... Nagle zadzwonił telefon. Adrian popatrzył przerażonymi oczyma... Drżącą ręką podniósł słuchawkę.
- Halo... - zapytał cicho...

I nic więcej nie powiedział. Opadł powoli na fotel... Zasłonił twarz rękami, spod których zaczęły wypływać łzy. Było cicho, ale nie tak cicho, jak wcześniej. Ta cisza była pełna cierpienia i bólu.

Tak płakał homoseksualista po stracie ukochanej kobiety.

Płakał cala noc, nie ruszając się z fotela. Myślał o Matce, o tym, co dla niego zrobiła. Nie winił się za to. Tak musiało się stać. Nie, nie winił się - wręcz przeciwnie - uważał, ze zrobił dobrze i cieszył się z tego. Wtedy, gdy... Gdy zdecydował się podjąć ryzyko myślał, ze to komuś pomoże. Pomogło - pomogło Matce, nie musiała już cierpieć. Pomogło temu, kto chciałby testować to lekarstwo - teraz nie będzie musiał, teraz nie umrze.
Wiedział, ze zrobił dobrze, ze powinien tak zrobić. Nie płakał dlatego, że to zrobił. Płakał, bo wiedział, że... Że już jej nie zobaczy, że już z nią nie porozmawia. Że teraz nie został mu już nikt. Nie został mu nikt, kto mógłby, albo chociaż chciał go zrozumieć. Nie chciał, nie chciał żyć bez niej. Nie chciał zostawać sam. Wiedział, że tego by nie zniósł.

O świcie Adrian już nie płakał. Dłonie miał złożone do modlitwy, modlitwy za Matkę. Dół niebieskiej koszulki i jasne dżinsy dookoła rąk były cale brudne od krwi cieknącej ciurkiem z podciętych żył. Na podłodze leżał nóż, ten od pizzy. Siedział nieruchomo na fotelu ze wzrokiem skierowanym gdzieś za okno... Do nieba?

Do nieba... Adrian odszedł tam, gdzie była Ona... Tam, gdzie była Matka.


Renfri

renfri1@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||