:::: Akson ::::

Olimpiriaquos



Mroczną ciszę podziemnego korytarza przerwał tupot nóg.
Na kamienie naścienne padł blask jasno płonących pochodni; krwawy blask.
Ciężkie oddechy towarzyszyły biegnącym postaciom już od dawna.
- Zostawcie mnie, proszę, jeśli mnie weźmiecie ze sobą, zginiemy wszyscy, jeśli mnie zostawicie, będziecie mieli szansę na ucieczkę.
- Epona, wiesz, że nie możemy tego zrobić, tyle razem przeszliśmy...
- Wiem, byliśmy brani za bogów, demony i nie wiadomo co jeszcze, zwiedziliśmy niejeden wymiar i świat - tu kobieta zawahała się - jestem ranna, wiesz dobrze, że śmiertelnie i nawet Govannon nie jest w stanie mnie wyleczyć. Wspomniany poruszył się jakby chciał zaoponować, lecz zrezygnował, zaś kobieta ciągnęła dalej:
- To rana głęboko w sercu i nie usunie jej żaden czar, bracie Esusie, poza tym musisz dopełnić przeznaczenia i rozbić puchar życia. Wtedy i ja i wy, i wszyscy nasi rodacy powstaniemy z martwych i na własnej ziemi będziemy się...
Nagle rozległ się cichy świst i z piersi Epony wyrwał się ząbkowany grot strzały, która weszła plecami.
- ...razem...
Druga strzała weszła powyżej żołądka
- ...radować.
Po tych słowach skonała.
Pozostali członkowie ich grupy również już nie żyli. Govannon szybko zdjął amulety z ciał martwych towarzyszy i obaj mężczyźni puścili się biegiem w głąb plątaniny korytarzy.




Po godzinie Esus nie mógł już biec dalej.
- Przeklęci Norrakowie, gdyby nie mili łuków...
- To by nas nie gonili - przerwał mu Govannon - tacy głupi to oni nie są...
Obaj krzyknęli z przerażenia.
Przed nimi była lita ściana, tunel kończył się ślepym zaułkiem.
Esus zdjął tarczę zawieszoną na plecach, oparł ją na ziemi, po czym wyjął miecz i z grobowym spokojem zaczął ostrzyć i tak ostry już miecz.
- Nie tu należy szukać sposobu - wyszeptał Govannon - ale tak krótko tu byliśmy...
- Nie sprawdziliśmy wszystkiego - ryknął jego przyjaciel - a jeśli to akurat tutaj?!
- Może w którymś z następnych światów żyje mag, który nam pomoże, choćby dobrą radą, jak ten druid u tych Celtos, wśród których wzięto nas za bóstwa, ten jak mu tam, Myrddin chyba. Pamiętasz, co nam mówił? "Jeśli się żyje dostatecznie długo, można wrócić wszędzie - a wy przecież jako elfy żyjecie wiecznie"
- Ja bym wolał zostać - Esus zamyślił się na chwilę - ale Epona chciała bym wypełnił przeznaczenie, a martwy tego nie dokonam.
- No, to zaczynajmy.
Usłyszeli nawoływania wroga więc wtulili się w ścianę.
- Szukają nas - wyszeptał Esus - zaczynajmy.
Ułożyli amulety poległych przyjaciół w kręgu wyrysowanym na piasku, sami zajmując też swoje miejsce w kręgu. Gdy usłyszeli bliższe już głosy nadchodzącego wroga zaczęli głośno recytować zaklęcie:
- "My związani Przysięgą i Prawem Jedynego, Władcy Sześciu Żywiołów:
Ognia, Wody, Powietrza, Ziemi, Czasu i Życia, Które są ze sobą nierozerwalnie związane, wzywamy Strażnika Bramy Światów, aby swym kluczem otwarł dla nas Wyklętych szukających Pucharu Życia Który wypełniony jest Światłem Istnienia, Wrota Czasu, Przestrzeni i Wymiaru. Zaklinamy my-Wiecznie Żywi i Umarli na Wieki."
Kamienie w magicznych wisiorach zaczęły się lekko jarzyć, by po chwili zalać zaułek różnokolorowym światłem: Czerwonym, niebieskim, białym, zielonym, srebrnym. W to wszystko wmieszana była nić mroku.
Norrakowie z wyciem wpadli do zaułku, by na chwilę ucichnąć na zobaczony widok.
Sekundę później ich wrzaski wstrząsnęły niskim w tym miejscu stropem, ich oczy zaczęło wypalać coraz mocniejsze światło, które lało się z klejnotów.
Gdy rozległy się ostatnie słowa zaklęcia wszystkie pasma światła, które wypływały z klejnotów, skręciły się w jeden potężny wir, który znikł wraz z potężnym hukiem.
Po chwili wódz Norraków podniósł się z ziemi i ostrożnie podszedł do miejsca w którym przed chwilą stali Esus i Govannon i popatrzył na ziemię.
Widniało na niej sześć znaków, które układały się w jeden wyraz:
Martyr

***

- Czyżbyśmy znowu byli pod ziemią? - Spytał Govannon - ciemno tu jak cholera!
- Ciesz się raczej, bo pomyśl, co by było, gdyby tu nie było tunelu !?
- Cisza tam! Jeszcze jedno słowo i pożegnacie się z życiem już teraz!
Usłyszeli głośny trzask zardzewiałego zamka i w małym korytarzyku ujrzeli blask pochodni.
- Szybko kładźcie się na ziemi, albo was zatłucze na śmierć ten berberyjski pies!
Szept koło nich ucichł gdy tylko oznajmił im te słowa, zaś oni szybko się do nich dostosowali, przy okazji przykrywając się jakimiś starymi łachmanami leżącymi obok.
Strażnik wszedł do wnętrza celi wymachując pochodnią w jednej ręce zaś korbaczem w drugiej.
- Oszczędzajcie siły na jutro, wy wszy, żebyście miały siłę uciekać przed lwami.
Po czym zaczął się gromko śmiać.
- Macie tu bochenek chleba, zjedzcie go sobie żebyście nie zdechli już dzisiaj...
Rzucił im mały bochen chleba który upadłszy na ziemię stuknął jak kamyk.

- Smacznego - ryknął jeszcze ze śmiechem po czym wyszedł.
Natychmiast do bochenka podskoczyło kilku obdartusów, którzy zawlekli go do kąta w którym ktoś jęczał.
Govannon z Esusem wstali, zrzucili z siebie łachmany i zbliżyli się do osoby która swoim szeptem ich ostrzegła.
- Kim jesteście? - zapytał młody chłopak, nim zdążyli mu podziękować za ratunek - Skąd się tu wzięliście? - Najpierw dziękujemy za ratunek. - tu obydwa elfy pokłoniły się chłopcu - Jestem Govannon, a to Esus. Teraz chcielibyśmy się dowiedzieć, gdzie jesteśmy, a także poznać naszego wybawcę oraz dlaczego ten śmierdzący gbur powiedział, że jutro umrzemy ?
- Jestem Kloviuan, a wy znajdujecie się w obozie niewolników, w jednej z dzielnic Rzymu, a jeszcze dokładniej pod Koloseum, budowli przedstawiającej siłę Imperium Rzymskiego.
- Jesteście niewolnikami ?
- Nie wszyscy, niektórzy zostali złapani prosto z ulicy biedoty, aby zabawić tłumy. Ale odpowiadając na wasze pytanie - Właśnie odbywa się sto pięćdziesiąt dni Igrzysk Olimpijskich - walki gladiatorów, wyścigi rydwanów i właśnie rozrywanie niewolników i skazańców na strzępy przez dzikie zwierzęta: lwy, tygrysy, pumy i wilki. Jutro przyjdzie kolej na nas...
- I nikt temu nie oponuje ? - zdziwił się już nie po raz pierwszy Govannon.
- Po pierwsze ludzie kochają patrzeć jak dzikie zwierzęta rozpruwają na strzępy innych ludzi, lubią patrzeć na posokę lejącą się hektolitrami, są zwierzętami - niczym innym... Po drugie kto będzie chciał ująć się za biednymi niewolnikami i skazańcami, którzy i tak pewnie by zginęli - prędzej czy później... Nie ma sprawiedliwości w Imperium Rzymskim, w miejscu, w którym właśnie powinno być jej najwięcej...
Oczy młodzieńca błyszczały w panującym półmroku, a w trakcie mówienia jego postawa zmieniła się, nie był już złamanym chudzielcem, Elfy zobaczyły, że jest wysoki, prawie tak wysoki jak oni.
W pewnej chwili, gdy Kloviuan przestał mówić, zobaczyli, że otacza ich tłum ludzi, którzy cichym szeptem i kiwaniem głową przytakiwali wszystkiemu, co mówił ich pobratymiec.
- A wy jak się tu znaleźliście ? - Zapytał ich po swej płomiennej przemowie Kloviuan - Jak się tu dostaliście ?
- To trochę skomplikowane mój Kloviuanie...
- Mówcie mi Klovi.
- ...a więc drogi Klovi - zaczął Esus - sprawa jest bardzo skomplikowana, jednak widzę, że ty nie jesteś zwykłym niewolnikiem, więc może porozmawialibyśmy na osobności ?
- Zaczekajcie chwilę... - rzucił do nich po czym podszedł do kąta, w który został zaniesiony suchy bochen chleba - Nic ci nie trzeba ? - zaczął cicho szeptać, więc elfy podeszły aby sprawdzić do kogo mówi. Zobaczyli młodą kobietę z wychudzonym dzieckiem na ręku.
- To nie wystarczy Klovi - odezwał się ktoś z boku - w przeciągu doby, jeśli nie zeżre ich jakieś zwierzę lub nie zabije jakiś narwany strażnik, umrą z głodu...
- Zaczekajcie - powiedział Esus i wraz z Govannonem zaczęli grzebać w swych podręcznych torbach - Macie to wszystko, co mamy, dajcie najpierw jej i jej dziecku - po czym wyjęli z toreb niemały zapas suszonego mięsa, jakieś owoce i chleb. - To wszystko co mamy, przykro nam - po policzku Govannona spłynęła łza.
- Teraz możemy iść w ustronne miejsce - powiedział Kloviuan, gdy dopilnował pożywienia się kobiety z dzieckiem.
Gdy odeszli, Esus zaczął opowiadać ich historię.
- Nasz naród był wielki i silny, żyliśmy po wieki, więc nie musieliśmy obawiać się uwiądu starczego, byliśmy odporni na choroby, jedyną śmierć jaką mogliśmy ponieść, było podniesienie ręki naszego bliźniego na nasze święte prawo życia. Jednak byliśmy narodem pokojowym i żaden z nas nie myślał nawet o takiej rzeczy. Przy tym mieliśmy własną rozległą krainę, w której żyliśmy w zgodzie z naturą oraz magią, tak, że nie musieliśmy używać techniki, która szkodziła by naszej żywicielce przyrodzie. Żyliśmy także w zgodzie z Jedynym - stwórcą naszej i innych krain. Esus ucichł, a jego opowiadanie kontynuował Govannon:
- Wszystko szło wspaniale, zaś naszym jedynym problemem było to, że deszcz spadł kilka dni za wcześnie lub za późno i trzeba go będzie zmienić magią... Jednak to się zmieniło, pewnego dnia, nie wiadomo skąd przybył demon, nie! Przybył DEMON! Nie zauważyliśmy go, a on umiał się kamuflować, i to bardzo skutecznie...
- Jakim był demonem, skoro nie można go było zauważyć, skoro niczego nie niszczył? - wtrącił Kloviuan.
- Ach! Gdybyż to taki był demon... nie musielibyśmy teraz rozmawiać...
Po policzku elfa spłynęła łza. Jedna łza.
- Gdyby ten potwór niszczył wszystko bez zastanowienia, szybko byśmy go zniszczyli, nie odrywając się nawet od codziennych spraw... ale to był Wyższy Demon, którego imię brzmi Nienawiść, zaś przybył wraz z siostrą Zawiścią. Nasi pobratymcy zaczęli łamać przysięgę, którą złożyli jeszcze nasi pradziadowie po wielkiej wojnie, a którzy odeszli potem do innego świata za karę. Jedyny wiedział że skusił nas jeden z najpotężniejszych sług mroku, jednak w swej mądrości wiedział też, że mieliśmy moc i zdolności, jako Jego najpotężniejsze dzieci, by odeprzeć atak sił zła. Jedyny jest wszechmocny i wszechstronny, jednak nie chciał nam pomagać - wystawił więc nas na próbę: podzielił po sześć osób nasz wielotysięczny naród i puścił w plątaninę nieskończonej ilości światów. Mamy poszukiwać tego co pozwoli nam odzyskać nasz raj, nasze święte ziemie. Do otworzenia wrót do tego świata potrzebny jest puchar życia, który należy rozbić, aby uzyskać okruch poświęcenia... ale nikt nie wie co to jest ani gdzie... W świecie w którym byliśmy poprzednio zginęła trójka naszych przyjaciół... jeszcze wcześniej zginął nasz przywódca... zostaliśmy tylko my dwaj, i tutaj zapewne skończymy.
- Jeśli macie zginąć, zginiecie w najlepszym wedle mojego upodobania towarzystwie - wtrącił Kloviuan - nie jesteśmy zwykłymi niewolnikami!
- Właśnie! - ryknęli stojący obok nich ludzie.
- Jestem Kloviuan Arrghassen Lokussin Ghard, Wiking który opłynął nasz świat, wraz z gromadą swoich marynarzy!
Ryki aprobaty zaczęły się podnosić, lecz ucichły po wrzasku strażnika:
- Te, książątko wikingskie, już jutro nic ci nie przyjdzie z tytułu, który posiadasz, jak cię Kasjusz, nasz najlepszy "kotek" weźmie w obroty... - głuchy śmiech rozbrzmiał zza krat oddzielających celę od korytarza - ...a zgadnij, do czego sobie zostawimy twoje kobitki...
Widać było ból na twarzy wikinga, lecz ten nie odezwał się ani słowem do strażnika, szepnął tylko do siebie:
- A starszyzna mówiła, żebym nie wyruszał albo przynajmniej nie brał ze sobą kobiet...
Gorycz wspomnień odbił mu na ustach straszny ślad.

***

Nad Koloseum unosił się krzyk podnieconego tłumu, kobiet i mężczyzn - różnych kolorów ubrań, skóry, różnych języków i klas społecznych - prócz niewolników. Z nieba na ziemię lał się żar promieni słonecznych, spod stóp chodzących w kółko przekupniów sprzedających wodę i owoce unosiły się tumany kurzu, w obłokach którego amfiteatr wyglądał niczym pustynia podczas burzy piaskowej.
W więzieniu panował nieznośny skwar, którego wcale nie łagodził cień który dawały grube mury, między którymi panowała tym bardziej dręcząca duchota.
Świszczące oddechy niewolników, kroki strażników podzwaniających mieczami oraz ciche bzyczenie wszędobylskich much zlewało się w upiorną muzykę, która zdawała się żyć własnym życiem, czcić zbliżające się widowisko, i cieszyć na rozlew krwi, który już niebawem nastąpi.
Govannon myślał nad tym co powiedział mu Kloviuan podczas ich nocnej rozmowy:
- " Nasze kobiety prędzej paznokciami porozrywają sobie żyły na szyi i nadgarstkach, jednak wolałbym, aby zachowały życie... ech, to nie jest możliwe, chociaż... jeśli na arenę wyjdą zwierzęta to przynajmniej moi ludzie będą wiedzieli, co robić.
- Jak to czyżby wikingowie mogli zmieniać postać w zwierzęcą, że nie boją się tygrysów i lwów?
- O tych zwierzętach nie słyszałem... ale w naszej krainie żyje mnóstwo niedźwiedzi, a mówi się u nas, że wiking, który nie umie zmiażdżyć czaszki niedźwiedziowi uderzeniem pięści, nie jest godzien mieszkać w jednej wspólnocie.
- A co jeśli wyjdą wojownicy?
- Gladiatorzy? Powiem ci coś przyjacielu, człowiek, to według naszego rozumu też zwierzę, tyle że chciwe i łapczywe na wszystko co się błyszczy, niczym sroka...
- Dlatego jest z nim o wiele trudniej walczyć, że w obronie swoich dóbr, w zdobywaniu bogactwa jest bardziej zaciekły niż niedźwiedzica broniąca swych młodych. Poza tym jeśli wyjdą wojownicy, to będą mieli z pewnością broń, na którą my będziemy musieli odpowiedzieć gołymi rękami..."
Rozmyślania elfa przerwał jego towarzysz który przysunąwszy się spytał:
- Nad czym rozmyślasz przyjacielu? Niedługo spotkamy się ze wszystkimi, których straciliśmy w trakcie tej wędrówki...
- Nie wypełniliśmy naszej powinności, nie spełniliśmy ostatniego życzenia czterech umierających elfów, a to jest naszym grzechem...
- Nie zrobiliśmy tego z własnej winy, wiesz o tym dobrze.
W tej chwili rozległ się głośny krzyk:
- ' Wzywamy tych, których skalana krew...' - przy tych słowach obydwa elfy i wszyscy wikingowie skrzywili się i zgrzytnęli zębami ze złości - '...których skalana krew uświęci to przesławne miejsce, a dzięki którym bogowie będą dla nas łaskawsi'
Esus szepnął do Govannona " Bracie szykuj miecz, musimy im nadpsuć krwi, zanim sami splamimy własną piasek tego przybytku." Po czym zarzucili na siebie szmaty, miecze także chowając pod nie.
Strażnicy zaczęli ustawiać się przy otwartym już wejściu do ich małej celi i ryczeć aby wychodzili, jako argumenty podając wystawione w ich piersi kusze i łuki.
Po chwili wszyscy niewolnicy stłoczyli się przed wielką kratą, krzycząc w niebogłosy - tylko drużyna Kloviuana spokojnie ustawiła się w równą kolumnę, zaś jej członkowie zaczęli równo mówić słowa swej prastarej modlitwy:
"Pozwól bym zobaczył ojca swego,
Pozwól bym zobaczył matkę swoją,
Siostry i braci moich.
Pozwól bym zobaczył niedźwiedziego ducha mojego ludu,
Powracającego ku początkowi.
Pozwól by mówili do mnie
I wzięli mojego ducha między siebie,
Do korytarzy Valhalli,
Gdzie dzielni mogą żyć wiecznie!"
Wrota przed nimi otwarły się i wikingowie ruszyli zwartą kolumną prosto na środek amfiteatru. Pozostali niewolnicy zaczęli biegać po obrzeżu teatru i próbowali wspiąć się na jego ściany.
Esus i Govannon stali między ludźmi z północy i rozmawiali cicho z poważnymi wojownikami.
- To zły dzień na śmierć!
Rzucił jeden z wojowników, zaś drugi dodał:
- Chciałbym jeszcze poczuć morski wiatr we włosach...
- Strach was obleciał! - ryknął rozjuszony Kapitan ich oddziału wychodząc przed wszystkich - czego chcecie? Może chcielibyście stąd uciec? Trochę za późno na zmianę decyzji - a pytałem przed wejściem na statek...
Niespodziewanie dla niego samego dwudziestu mężczyzn i sześć kobiet ryknęło na cały głos, przekrzykując nawet wielotysięczny tłum:
- My oddani wielkiemu Odynowi, oraz gromowładnemu Thorowi składamy przysięgę na krew naszą i naszych przodków, że strachu nie czujemy, a jedynie pogardę dla śmierci i naszego wroga.
- Taak! - z radością powiedział Kloviuan, widząc ich mroczne twarze - Tak! Pogarda dla śmierci, tego uczyli nas nasi bogowie!
Esus wiedział już, że nawet rozwścieczony byk nie był w stanie pokonać żadnego z tych mężnych wojowników. Coś go jednak niepokoiło - mianowicie, wiedział że jest blisko odkrycia tego czego szuka, że jest blisko tego, co jego lud dawno temu zgubił, bardzo dawno. Nagle usłyszał słowa, po których zrozumiał sens swoich poszukiwań.
- Ale bez względu z czym będziemy walczyli, bez względu na to co wyjdzie zza tych wrót, kobiety mają zginąć na samym końcu - poświęcenie, oto czego uczy nas boski Odyn, a co powinno być najświętszym prawem i nakazem wojownika...
Nagle umilkł, tak samo jak wiele tysięcy ryczących do tej pory tłumów, słysząc skrzypienie wrót po drugiej stronie areny.
Niewolnicy biegali jak szaleni.
- Ustawić się w kręgu, kobiety do środka, najsilniejsi na obrzeża.
Komendy Kloviuana zlewały się ze skrzypieniem ciężkich wrót.
- Esus! Govannon! Macie miecze, więc muszę prosić was...
- Nie ma sprawy przyjacielu - odparł Esus ustawiając się w pierwszym szeregu - i dziękuję Ci.
- Mnie? Za co? - zdziwił się człowiek.
- Za otworzenie oczu...
W tej chwili zza wrót zaczęli wychodzić Gladiatorzy - wojownicy którzy nie znali litości.
Jakiś przesłodzony głos zaczął powoli mówić:
- Dzisiaj powracamy do wielkiej starożytnej historii naszego imperium. Dzięki naszemu świetnemu Cesarzowi...
Nagle jak wicher zerwał się na widowni krzyk setek tysięcy gardeł:
- Cesarz! Cesarz! Cesarz! Cesarz!...
- ...obejrzymy dzisiaj obraz rzezi galijskiej wioski dokonanej przez wielkiego Cesarza podczas zdobywania tamtejszych ziem dla naszego imperium.
Zobaczyli, że z wnętrza, zza bramy wychodzą całe legiony żołnierzy rzymskich, uzbrojonych we włócznie, miecze topory, łuki i kusze...
- Dostanę tylko topór do rąk! - syknął potężnie zbudowany wiking - To już ja im pokażę napadać bezbronnych u ujścia rzeki...
Nagle elfy, jak na zawołanie równo wyszły z szeregu i wymachując mieczami, zrzucili z siebie brudne szmaty, wystawiając na ostre słońce swe błyszczące zbroje. Tak żołnierze wroga jak i wojownicy wikińscy przymrużyli oczy od mocnego blasku wypolerowanych blach.
Wykorzystując chwilowe zamieszanie w szeregach wroga dwa elfy rzuciły się jak opętane na stokroć silniejszego wroga i rozpoczęły istną rzeź - krew lała się strumieniami, piasek z jasnożółtego zaczął zmieniać kolor na krwistordzawy, spływająca po mieczach jucha pryskała na około i nawet żołnierze, którzy nie zobaczyli nawet szalonej pary mieli na twarzach i zbrojach czerwone plamy.
Gdy na ziemi zaczęło walać się coraz więcej trupów, do bitwy włączyli się wikingowie, na początku nieco onieśmieleni poczynaniami elfów.
Gdy pierwszy z nich poderwał broń z ziemi dało się słyszeć okrzyki strachu na trybunach. Po chwili waleczne legiony rzymskie zaczęły topnieć pod naporem dwudziestu dwóch mężczyzn i pięciu kobiet.
Po kilku kolejnych minutach z ponad stu Gladiatorów nie został ani jeden.
Tłum wył zawiedziony i żądał śmierci wikingów.
Po chwili dał się słyszeć trzask otwieranej po raz kolejny bramy i wyszło zza niej wielu, o wielu więcej Pretorian niż wcześniej było gladiatorów. Przesłodzony głos znów zaczął mówić uciszając tłum:
- Oczywiście w wiosce się broniono, dlatego Cesarz wysłał swoich pretorian z łukami i kuszami, aby skończyli sprawę raz na zawsze.
Dał się słyszeć cichy szum i Esus zobaczył dwustu ludzi mierzących do nich z łuków.
Podszedł do Kloviuana uścisnął jego prawicę i rzekł:
- Cóż przyjacielu, czas się rozstać, ale bym nie wyszedł na tchórza co powiesz na ostatnią szarżę?
- Z tobą zawsze...
Ludzie patrzeli na szykujących broń wikingów i nawet oni musieli przyznać, że są odważni.
Z szeregów gwardii cesarskiej zaczęły wyrywać się salwy gryzących dotkliwie strzał, które trafiały biegnących wikingów.
Padali jeden po drugim, niczym ryby bez wody.
Esus widział jak jego rodaka trafia sześć strzał a ten dobiega i ścina dwóch wrogów, po czym pada martwy, choć jego samego dziwnym trafem wszystkie strzały omijały.
W pewnej chwili potknął się o czyjeś ciało i upadł tuż obok żony martwego już Kloviuana - ta stała nienaruszona ani jedną strzałą i wpatrywała się w śpiące na jej rękach niemowlę. Słodzony głos powiedział:
- Los ostatniego gala jest przesądzony...

Żołnierze napięli łuki i w tym samym momencie Esus zasłonił własnym ciałem kruchą kobietę.
Dziecko obudziło się i zaczęło płakać.
Esus skonał w pozycji klęczącej z jednym słowem na ustach: "JEDYNY".
Nad Koloseum zapadła martwa cisza.
Pretorianie napięli łuki, celując w bezbronną kobietę gdy...
Ciało Esusa naszpikowane strzałami zaczęło wznosić się w powietrze promieniując przy tym coraz jaśniejszym światłem, słońce zgasło, zaś ciało wznoszące się ku niebu było jedynym, coraz jaśniejszym punktem w całym Rzymie. Nagle, będąc na wysokości szczytu amfiteatru, eksplodowało mocą, rozrywając najbliższą ścianę i zabijając wielu ludzi. Wybuchł pożar, wśród którego nikt nie zwrócił uwagi na uciekającą kobietę z dzieckiem, unoszące się w powietrze ciało Govannona, oraz pojawienie się słońca...



Tak kończy się historia poszukiwania Pucharu Życia.
Choć...

***

- Panie, jesteśmy - twoi umęczeni słudzy.
- Tak, odkupiliście swoje winy dlatego oddaję wam w posiadanie na nowo waszą krainę...
- O Jedyny ! My, umęczeni, zgodnie rezygnujemy z przyznanej nam krainy, na rzecz naszej dalszej wędrówki.
- Z jakiego powodu moje dzieci ?
- Zrozumieliśmy, że pomoc bliźnim, zwłaszcza tak słabym jak ludzie, jest naszym celem...
- Cóż więc mogę wam dać ?
- Prosimy tylko o jedno, nieśmiertelność ducha i ciała, aby choroba, ani ostrze wroga nie przeszkodziło nam w niesieniu pomocy.
- Udzielam więc wam błogosławieństwa moje dzieci i wiedzcie, że zawsze jestem z wami...Nieście pomoc i dobrą nadzieję na to, że kiedy wszystkie światy się wypalą, a w mieszkaniu dusz zabraknie miejsc, stworzę jeden szczęśliwy świat, gdzie nikomu niczego nie braknie.
- Tak Panie...
- Nieście też ostrzeżenie ! Za złe czyny będę karał... Zaś największych zbrodniarzy osadzę razem z siłami nieczystymi w jednym miejscu, a siły te będą dręczyły te dusze w nieskończoność. Idźcie...

Koniec.





Dedykacja tym którzy wiedzą to samo co ja, bo opuścili już ten ziemski padół i obserwują moją walkę o zrozumienie samego siebie.
Dla was mamo i tato.


Akson

akson31@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||