:::: Neonate ::::

Na krawędzi
#7



"But I'm not attached to your world
Nothing heals and nothing grows"
(Marilyn Manson - "Great Big White World")






- Damien... Mogę wejść?
- Abigail!
Abigail weszła do gabinetu Damiena, cicho zamknęła za sobą drzwi. Obaj z Williamem Morleyem obserwowali ją przez chwilę z wyrazem ogromnego zdziwienia na twarzach.
- Nie patrzcie tak - uśmiechnęła się lekko - Thomas otworzył drzwi. Nie przenikam przez ściany.
Odwzajemnili uśmiech.
- Jak się czujesz? - spytał po chwili Damien.
- Jak się czuję? Nie czuję się.
Damien i William Morley wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia.
- Zostawię was samych - rzekł prawnik - Chyba chcecie porozmawiać. Trzymaj się Abigail.
Czułym gestem objął Abigail, uścisnął dłoń Damiena.
- Wpadnę jeszcze później.
- Dobra.
Damien zamknął na klucz drzwi gabinetu. Abigail usiadła w fotelu przed komputerem. Przez chwilę obserwowała aktywną witrynę.
- Po co ci to? - spytała.
Damien podszedł do niej i wyłączył monitor.
- Hej!
Abigail wstała i spojrzała Damienowi prosto w oczy. Próbowała wyglądać na rozgniewaną, ale sprawiała wrażenie jedynie niesamowicie sennej. Damien uśmiechnął się krzywo wiedząc, skąd wzięły się te opadające powieki. Położył dłonie na jej ramionach. Patrzył na nią jeszcze przez moment nie myśląc zupełnie o niczym. Ot, tak. Sztuka dla sztuki. Odwróciła się i podeszła do okna.
- Mogłeś po prostu zapytać...
- Nie rozumiem. - zdziwił się Damien - O co zapytać?
- O Centrum. - Abigail gwałtownie odwróciła głowę. Włosy opadły jej na twarz - Powiedziałabym ci.
Damien nadal stał koło biurka. Z powrotem włączył monitor po czym zaczął stukać w blat biurka leżącym do tej pory obok myszki długopisem.
- Nie chciałem cię męczyć. Wolałem poczekać, aż dojdziesz do siebie. Jest wiele rzeczy, o których musimy porozmawiać.
Abigail spojrzała na niego przechylając głowę. Uśmiechnęła się po swojemu. Jej uśmiech był ciepły i miły, wyglądała, jakby za moment miała się rozpłynąć, jednak trwało to tylko chwilę. Potem jej oczy jakby lekko się zamgliły.
- Masz... Mamy doskonałą okazję - powiedziała - Porozmawiajmy.
- Jak się czujesz?
- Co?
- Pytałem, jak się czujesz.
Abigail zmrużyła oczy.
- Nie czuję się. Ale jest fajnie.
Damien nie odpowiedział. Po chwili zaczął szukać czegoś na przeglądarce.
- Damien, porozmawiajmy.
- Zobacz - zdawał się w ogóle nie słyszeć co do niego powiedziała - Ta jest dość ciekawa. Nie wiedziałem, że robią takie dobre stronki o modzie.
- Damien!
Damien wstał i podszedł do stojącej nadal obok okna Abigail. Złapał ją za ramiona i lekko potrząsnął.
- A teraz posłuchaj. Jesteś totalnie naćpana. Nie mam najmniejszego zamiaru rozmawiać z tobą, gdy jesteś w tym stanie.
- Ale...
- Żadnego "ale". Słyszałaś doktora Swansona. Znasz moje zdanie. A i chyba sama powinnaś zdawać sobie sprawę z tego, co właściwie robisz. Chcesz się zabijać? Proszę bardzo, tylko niech to ma jakikolwiek sens.
Wyrwała mu się i w mgnieniu oka znalazła się na drugiej stronie pokoju.
- Dla ciebie wszystko musi mieć zawsze jakiś pieprzony sens!
Nie odpowiedział. Nawet na nią nie spojrzał.
- Wiesz, co ci powiem? - kontynuowała - Jeśli to nie ma sensu, to sens nie istnieje. Wszystko, co pozornie go ma, jest tylko twoim chorym wymysłem!
Nadal nic nie mówił. Całkowicie ja ignorując przeglądał jakąś witrynę, która, prawdę mówiąc, wcale go nie interesowała.
Abigail podeszła do drzwi, nacisnęła klamkę. Nic. Nerwowo rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu klucza, ale nigdzie go nie dostrzegła.
- Damien - powiedziała po chwili, już nieco spokojniej - Proszę, otwórz drzwi.
Uniósł wzrok znad monitora.
- Nie ma takiej opcji, kochanie - Damien uśmiechnął się nieładnie - Sama nie opuścisz tego pomieszczenia. Abigail zacisnęła zęby w niemej wściekłości. Patrzyła na Damiena tak, jakby za moment miała go zabić w jakiś wyjątkowo paskudny i nader wymyślny sposób. "No dobra, sukinkocie", pomyślała. "Tak sobie pogrywasz?".
- No dobra. Dobra. - powiedziała - Nigdzie nie pójdę.
Podeszła do Damiena i stanęła za oparciem fotela, na którym siedział. Nie odwrócił się. Położyła mu dłonie na ramionach. Nachyliła się nad nim, czuł na szyi jej ciepły oddech. Na twarz opadł mu jej kruczoczarny kosmyk. Przez dłuższa chwilę stała zupełnie nieruchomo, wtuliła twarz w jego włosy. Pachniały czymś dziwnym - zawsze podobał jej się ten zapach choć nigdy nie potrafiła określić, czym dokładnie jest. Nie kojarzył jej się z niczym konkretnym. Po prostu go lubiła.
Powoli zsunęła dłonie z ramion Damiena. Delikatnie przesunęła palcami po jego plecach. Objęła go w pasie.
- Tęskniłam za tobą - powiedziała ledwo słyszalnym głosem - Nie wiesz nawet, jak bardzo...
Nie odpowiedział. Położył swoje dłonie na jej dłoniach. Były wilgotne i przeraźliwie zimne.
- Ty nie chcesz nic zmienić - stwierdził Damien zrezygnowanym głosem
- To nieprawda. - Abigail gwałtownie pokręciła głową - Ja marzę o zmianach.
- Jasne.
- A niech cię!
Abigail z całej siły kopnęła oparcie fotela, na którym siedział Damien.
- A może nie mam racji?

***

Próbował się podnieść, bezskutecznie. Rana w boku przy najdrobniejszym nawet ruchu krwawiła coraz bardziej. Zaciskając zranione miejsce, drugą ręką wymacał leżącą na fotelu poduszkę. Z ogromnym wysiłkiem zdjął z niej poszewkę, którą próbował jakoś zatamować krew.
Robił się coraz słabszy. Doczołgał się do rogu pokoju, usiadł oparty o ścianę. Prowizoryczny opatrunek powoli zaczął przesiąkać.
- Cudownie się spisałeś. - usłyszał głos. Czysty, poważny, napawający lękiem.
- To nie... To nie moja wina... - odpowiedział.
- Nie twoja?
- Przysięgam...
- Dość!
Siedział na zimnej podłodze cały się trzęsąc. Przypominał bardziej zaszczute, przerażone zwierzę, niż człowieka. Z narastającym lękiem patrzył na swojego rozmówcę.
- Nie mogłem... nie mogę... - powiedział cicho - Nie mogę...
- Oczywiście, że nie możesz. I nie będziesz już musiał.
- Nie... Proszę...
Zaczął płakać. Jego płacz zabrzmiał jednak jak skowyt.
- Dlaczegóż to miałbym tego nie robić? Czy masz... Czy potrafisz podać mi choć jeden rozsądny powód, dla którego miałbym cię oszczędzić? Zrobiłeś wiele, doceniam to. Jednak nie wywiązałeś się z najważniejszego zadania. Już raz zawaliłeś i darowałem ci życie. Nie sądzisz, że nie należy popełniać dwa razy tego samego błędu?

***

- Jest pięknie, prawda?
- O tak.
- Dominic? Jesteś smutny.
- Nie kotku.
- Jesteś, widzę to. Co się dzieje? Zrobiłam coś nie tak? Powiedz...
Dominic przytulił do siebie Abigail. Szli szeroką aleją, pod ich stopami szeleściły kolorowe liście.
- Abigail, nie zniosę tego dłużej... Nie mam siły.
Zatrzymali się.
- Nie wyglądasz najlepiej. Abigail, zabijasz się. Nie chcę... Nie umiem na to patrzeć.
Milczała. Ciepły jesienny wiatr owiewał jej twarz.
- Jestem tu. - powiedziała po chwili - Co mogę więcej zrobić? Będzie dobrze. Wierzę w to.
- Ja już nie potrafię...

***

- Abigail, do cholery! - Damien gwałtownie podniósł się z zajmowanego do tej pory miejsca - Czy ty naprawdę nie rozumiesz, że to dla twojego dobra?!
- Czy ja nie mam prawa decydować sama o sobie?! Wyglądam ci na osobę niepełnosprawną?
- A jesteś w stanie logicznie myśleć i podejmować jakiekolwiek rozsądne decyzje? W tym stanie?
- Jakoś nie zawsze się o to martwisz - Abigail siliła się na jak najbardziej ironiczny ton - Jak jest ci dobrze, słowa nie powiesz!
- Jak śmiesz...
Głośne pukanie do drzwi przerwało Damienowi wpół zdania. Spojrzał groźnie na Abigail i bez słowa poszedł otworzyć. Chwilę trwało, zanim udało mu się znaleźć w kieszeni klucz.
- Timothy! - Damien był nieco zdziwiony - Coś się stało?
- Zależy jak na to spojrzeć.
- Wejdź.
Doktor Timothy Swanson poprawił marynarkę strzepując z niej jakiś wyimaginowany kurz.
- Słuchaj Damien, William i ja... Witaj Abigail...
Abigail zabawnie przechyliła głowę na bok. Uśmiechnęła się tak, jakby rozpływała się ze szczęścia na widok medyka.
- Timothy? Chciałeś coś powiedzieć? - Damien zrobił lekko zniecierpliwioną minę.
- A tak. Jedziemy z Williamem do domu tego dziennikarza, Stana Watsona.
- Teraz?
- Tak. Podobno dopatrzyli się czegoś nowego. Kancelaria Williama jak wiesz, ma tam coś do roboty.
Poproszono mnie o przybycie, to jadę. Nie będę potrzebny? Pytam, bo...
- W porządku Timothy. Jedźcie. - Damien poklepał lekarza po plecach - Poradzimy sobie.
- Dobrze. Więc do zobaczenia. Miejmy nadzieję, że czegoś się dowiemy.
Doktor Swanson cicho zamknął za sobą drzwi. Damien jeszcze przez chwilę wpatrywał się w ich ciemne drewno.
- Abigail... Widzisz, martwią się o ciebie. Czy to, co robią nic dla ciebie nie znaczy?
Na powrót przekręcił klucz w zamku.
- Nic nie powiesz? Abigail?
Odwrócił się. Pokój był pusty i cichy. Tylko koronkowa firanka powiewała przy otwartym oknie...


Neonate

toreador@tlen.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||