Lost Soul
Rozdział 7:
MIASTO STRACONYCH DUSZ
Tysiące ludzi kroczyło ulicami Lost Soul. Pojawili się na dworze zanim jeszcze Stiv, Peter, Jack i reszta opuścili posterunek. Teraz wszyscy wyglądają przez okno i nie mogą uwierzyć w to co widzą. Tajemnicze postacie maszerują jakby nigdy nic. Najdziwniejsze jest jednak to, że wszystkie prześwitują. Ubrane w stroje z różnych epok.
Przerażające, a zarazem fascynujące.
- Czy to są duchy? - zapytał przez zaciśnięte zęby Peter.
Wszyscy bali się tego co widzieli. Włosy zjeżyły im się na karku, a oczy miały w sobie pustkę.
- Tak. - odpowiedział szeptem Stiv - Dawni mieszkańcy tego przeklętego miasta.
- Widzicie jakie one nieszczęśliwe - smutny głos Sary rozległ się po posterunku.
Rzeczywiście. Ci ludzie maszerujący przez miasto od wieków bez celu, są przygnębieni. Od setek lat nie zaznali radości. Bytują bez celu.
- Ktoś je tu uwięził - Jack patrzył tępo przez okno - To miasto to jakieś więzienie dla dusz.
- MIASTO STRACONYCH DUSZ - padły słowa Dannego Tomsona.
- Musimy coś zrobić - z tyłu odezwała się Julia.
- Uwolnijmy te dusze. - mówił Jack - I tak stąd nie wyjedziemy. Jeśli to coś pokazało nam swoje "trofea", na pewno nie wypuści nas ze swego więzienia. On jest tu królem, a my tylko bandą buntowników która nie poddała się jego woli.
- Sądzicie, że to ta czarna bestia? - głos Petera coraz bardziej drżał.
- Nie. Spotkaliśmy w lesie to stworzenie. Wydaje mi się, że to tylko pupilek - Jack usiadł na krześle przy biurku. - To wyjaśnia też fakt, że w tym mieście nie ma zwierząt. Zwierzęta są obdarzone zmysłem który pozwala im widzieć to czego nie widzą ludzie. Jest tylko jeden szkopuł... one wtedy dostają furii. Są przerażone.
- Jeśli to jest pupilek... - z przerażeniem w głosie mówił Richard - ... to CZYM jest właściciel.
- Wydaje mi się, że go widziałem. - powiedział stojący przy oknie Peter - Nie wiem czy to nie była halucynacja czy sen. Gdy byłem w lesie ta czarna bestyjka uciekała przed czymś. Później słyszałem jego kroki, ziemia pod nimi drżała. Jest jeszcze jedna rzecz o której powinniście wiedzieć... tylko nie weźcie mnie za jakiegoś szaleńca. - Wszyscy momentalnie odwrócili się w stronę okna i uśmiechnęli. - W kościółku w lesie widziałem ducha.
- W kościółku? - wypowiadając te słowa Jack wstał szybko z krzesła.
- Tak. Tam jest mały kościół. - Wszyscy patrzyli na Petera ze zdziwieniem.
- Mieszkam tu już kilka miesięcy i nie miałem pojęcia, że w tym mieście jest kościół. - mówił zdziwiony Richard.
- To prawda. - odezwał się Danny - Mój brat kiedyś mi o tym mówił. Podobno chrześcijanie w tym mieście byli uznawani tu jak jacyś goście z sekty.
- Opanował miasto bez trudu. Nie ma tu nic związanego z siłami czystymi... nic prócz nas. My nie jesteśmy stąd. Sądzę, że każdy kto się tu urodził był obarczany klątwą "Ducha lasu". Ta siła na starych mieszkańców oddziaływała od lat, a teraz nie mogli się jej sprzeciwić! - ciągle mówił Jack - Ludzi nie stąd, musi się po prostu pozbyć. Jeśli my po niego nie pójdziemy to on przyjdzie po nas, a w mieście na pewno z nim nie wygramy. Trzeba odnaleźć ten kościół. Wszystko jest całością jakiegoś większego planu, widocznie gdzieś wcześniej zostało zapisane, że musimy się spotkać! Zostaliśmy stworzeni żeby GO pokonać...
- To tylko teoria, w ogóle nie wiemy czy tam coś jest...?
- Wierzycie w przeznaczenie? - zapytał wprost Jack.
Żadnej reakcji. Nikt nie wiedział co odpowiedzieć.
- Na samym początku musimy rozwalić to czarne bydle które gdzieś tu jest. Czuje to. To stworzenie jest JEGO oczyma. To ten potwór wykończył wszystkich z poza miasta. On musi zginąć jako pierwszy! - ze wściekłością w oczach niemal wywrzeszczał Phil.
- W kościele będziemy bezpie... - Jack nie zdążył dokończyć.
W drzwi uderzyło coś olbrzymiego. Coś tak silnego, że te przeleciały niemal pół pomieszczenia i dopiero wtedy padły na podłogę z głośnym łoskotem.
Przez futryny wsunął się czarny łeb na którego środku świeciły dwa czerwony punkty. Wszyscy ludzie wpatrzeni byli w to przerażające stworzenie. Jeszcze nigdy się tak nie bali. Stali oko w oko ze stworzeniem z piekła rodem.
Wejście na komisariat okazało się za małe dla bestii. Ta wycofała się troszkę i w pełnym biegu uderzyła w ścianę. Cały posterunek zadrżał, a szczątki desek latały w powietrzu by po chwili upaść na ziemię. Czerwonookie bydlę leżało na środku pokoju pod cienką warstwą desek. Jego powieki powoli się rozwarły, a ludzi przebywających w budynku przeszyła strzała przerażenia. Są tylko ludźmi. Sparaliżowani strachem bez ruchu wpatrywali się w to coś, coś co ma być tylko pupilkiem.
Bestia powstała na proste łapy i już chciała rzucić się na leżącego w rogu z krwawiącym ramieniem Nicka, ale w porę coś się wydarzyło.
W ciało bestii niczym gorący pręt w ser wszedł kawałek deski. W potwora wbił go Jack. Krew trysnęła na jego rozwścieczoną, a zarazem przerażoną twarz. Zaczesane do tyłu włosy też miały bliskie spotkanie z posoczą bestii.
Wpatrywał się w jej czerwone oczy i robił bardzo powolne kroki w tył. Szedł w stronę wyjścia.
Wydawało się, że monstrum nawet nie poczuło ukłucia.
- Chodź! - wrzasnął Jack - Takiś mocny?! Spróbuj ze mną!
Jack umazany krwią przerażał teraz nawet swoich towarzyszy.
Krok po kroku zbliżał się do wyjścia.
Potwór obrócił się w jego stronę i niewzruszony zaczął się doń zbliżać. Wreszcie tylne łapy ugięły się, a bestia skoczyła w stronę Jacka. Ten, gdy to się wydarzyło, stał już na skraju schodków. Gdy bestia była dosłownie nad nim, Jack potknął się na najwyższym stopniu schodów i spadł do tyłu. Uderzył plecami o chodnik, a potwór przeleciał nad nim. Wylądował metr dalej. Czarny płaszcz Jacka przylgnął do mokrej powierzchni.
Reszta nawet nie zdążyła zareagować.
Jack powoli pomagając sobie rękoma wstał i kulejąc na prawą nogę szedł w stronę samochodu. Ubita noga szybko przestała boleć, a "łowca demonów" dosłownie uderzył w bok samochodu by się zatrzymać. Podszedł do bagażnika i wyciągnął kluczyki z kieszeni.
Spojrzał jeszcze za siebie. Gdzie to jest? Bestia znikła, nie było jej!
Kluczyk wsunął się w zamek, jednak zanim klapa bagażnika zdążyła się otworzyć coś wylądowało na dachu samochodu. Nie wgiął się on aż tak bardzo, ale to wystarczyło by tylna szyba pękła. Podmuch spowodował, że Jack upadł plecami na ziemię.
Tajemnicze postacie nawet nie zareagowały na walkę ludzi z tym czymś. Jakby ich tu nie było. Ciągle spacerowały po ulicach w tą ulewną noc. Deszcz dudnił o dachy domów, a na jezdni utworzyło się mnóstwo kałuż.
Stworzenie zeskoczyło z dachu i wylądowało kilka metrów od leżącego na ziemi Jacka. Ten widząc, iż bestia zaczyna biegnąć w jego stronę wczołgał się pod samochód. Wystarczył by ułamek sekundy, a monstrum chwyciło by go za nogę i wytargało spod auta. Pysk stworzenia wsunął się pod samochód. Po ulicy rozniosło się echo strzału. Głowa potwora w pewnym momencie odskoczyła gwałtownym ruchem od podwozia. Jack wyturlał się z pod samochodu trzymając w ręku berettę.
Potwór zdezorientowany spoglądał we wszystkie kierunki swymi czerwonymi oczami.
Jack momentalnie doskoczył do bagażnika i wyciągnął z niego strzelbę. Broń i amunicja którą mieli wcześniej przy sobie nie wystarczyłaby nawet na pięć strzałów, a w samochodzie były "zapasy".
Wszyscy wybiegli z posterunku.
- Nie podchodźcie! - wrzasnął Jack - przestrzeliłem mu tylko pysk!
Rzeczywiście. Na dole i górze pyska widniała mała, czerwona dziurka z której krew płynęła strumieniami. Dolne i górne podniebienie było przestrzelone, jednak potwór powoli wstawał na proste nogi.
Jack rzucił jedną ze strzelb Stivowi, ten pochwycił ją w jedną rękę i zaraz po tym przeładował. Jack zbliżył się do krwawiącej, ale wciąż żyjącej bestii. Lufa broni ciągle była skierowana w stronę potwora.
Wszystko jakby ucichło, słychać tylko kroki Jacka i bicie serca TEGO czegoś. Ale czy takie stworzenie może posiadać serce?
- Czy mamusia nie nauczyła cię, że z łowcami demonów lepiej nie zaczynać?!
- Jezu Chryste, Jack, ty myślisz, że on ma matkę? - powiedział Stiv.
Jack trzymał ciągle palec na spuście, powoli zbliżył lufę do głowy zwierzęcia.
- Teraz musisz gadać dopóki nie zabierze ci broni - uśmiechnął się Stiv.
- Zdychaj... - powiedział ochrypłym głosem Jack.
Rozległ się strzał. Kula zrobiła stworzeniu wielką dziurę w głowie. Kawałki mózgu rozbryzgały się na jezdni. W sumie można powiedzieć, że z pyska została tylko szczęka.
Stiv podszedł do swojego partnera i obaj patrzyli na zwłoki zwierzęcia.
- No to tego mamy z głowy.
Coś się jednak wydarzyło. Klatka piersiowa znów zaczęła się ruszać. Do góry i w dół, do góry i w dół... Wdech, wydech... To żyje.
Stiv spojrzał na twarz towarzysza, w tym samym czasie to samu czynił Jack.
- Nie no! - krzyknął Stiv - Miarka się przebrała!
Obaj znów w tym samym czasie spojrzeli na zwierzę, czy co to tam jest i równocześnie strzelili w jego ciało. Trzeszczenie przeładowywanej broni i kolejny strzał... i jeszcze raz, i jeszcze! Zwłoki tylko podskakiwały pod wpływem kolejnych kul wbijających się w stworzenie.
Gdy się nieco uspokoili na jezdni leżały jakieś podziurawione ścierwo z którego krew tryskała strumieniami.
Stiv odwrócił się w stronę Dannego i powiedział:
- Ten twój brat leżący na posterunku w porównaniu do tego czegoś - wskazał palcem na potwora - to prawdziwy przystojniak.
- Stiv, ty mi lepiej powiedz co myśmy z tym zwierzątkiem zrobili, i to na trzeźwo?! - Mówiący to Jack i Stiv parsknęli śmiechem.
Krople deszczu spływały po ich czarnych płaszczach. Na ulicach znów zaczęły pojawiać się "żywe trupy".
***
Przeklęte miasto. Tysiące dziwnych zdarzeń. Pochwycone i uwięzione dusze spacerujące po ulicach. Żywi ludzie pozbawieni świadomości. Tajemnicze bestie zamieszkujące lasy od setek lat i dziesiątka ludzi biorąca udział w tym wszystkim. Czy los tak chciał czy tylko przypadkiem jest, że kilkoro ludzi staje do walki z czymś czego tak naprawdę nie pojmuje. Ze stworzeniem które nie jest dziełem natury, ze stworzeniem który wkrótce spotkają...
***
Miliony kropel rozbija się na twardej nawierzchni ulicy. Tworząc głębokie kałuże, w jedną z takich kałuż wylądował but Boba Damonda który wraz z resztą wbiegł w głąb lasu. Biegną ku złu. Asfaltowa nawierzchnia zmieniła się w śliskie błoto. Oni ciągle biegli, z jednej strony uciekali przed mieszkańcami Lost Soul, z drugiej szukali tajemniczego kościółka. Wszyscy wiemy jak wygląda las nocą, jaki potrafi być przerażający. Teraz wyobraźcie sobie las nocą w którym na pewno żyje coś, czego powinniśmy się bać, las w którym od setek lat znikają ludzie. Wszystko zaczyna się stawać niezrozumiałe, ale to jest właśnie esencją zagadki Lost Soul, tu nie ma czego rozumieć. Jeśli tylko zaczniesz nad tym myśleć wpadniesz w wir szaleństwa, staniesz się obłąkanym człowiekiem. Rozum ludzki nie jest w stanie pojąć czegoś takiego.
Drzewa zaczynają ożywać. Za każdym pniem coś się czai. Strach nie pozwala wydobyć z siebie żadnego słowa.
Richard i Peter pomagali iść młodemu Nickowi. Na końcu "peletonu" szedł Stiv z wierną jednolufową strzelbą. Bob trzymał na rękach małą Sarę, a Julia szła zaraz obok nich. Phil trzymał na muszce Dannego, bo jak można ufać człowiekowi który niedawno wykończył trzech ludzi, a chciał zabić jeszcze kilku. Jack szedł na czele stawki, może dla tego, że nikt nie chciał go wyminąć.
- Słyszeliście - zatrzymał się i powiedział Jack.
Rzeczywiście, coś było słychać.
Śmiech. Przerażający ochrypły śmiech.
- Ha, ha, ha... - echo niosło się po lesie jeszcze przez chwilę.
Wszyscy ujrzeli olbrzymie czerwone ślepia w zaroślach. Wpatrywały się w nich.
Obserwowały...
Winix
winix@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||