„Ludzkość podobno od niepamiętnych czasów śni o lataniu. Istotnie, źródła tych marzeń sięgają przodków człowieka, u których najczęściej występował o spadaniu z gałęzi. W każdym razie wśród wielkich snów ludzkości jest też ten o ucieczce przed parą wielkich butów z zębami. I nikt nie twierdzi, że to musi mieć jakiś sens.”
Słuchajcie, przydarzyło mi się coś nie całkiem zwykłego. Zaspałem dziś do szkoły. Bynajmniej nie jak zazwyczaj, omijając wczesne, jedynie rozgrzewkowe przecież lekcje, tak by w pełni sił i tryskając humorem wczuwać się jeden z ciekawszych kawałków codzienności, czyli w długą przerwę ;-). Nie, nie – dziś było inaczej. Gdy otworzyłem swe bezczelnie zaspane oczyska, zachmurowane słońce miało już z górki.
Po krótkim dochodzeniu, sprawcą tak nietypowego stanu rzeczy okazał się pewien Anglik. Osobnik już nie pierwszej młodości, choć nieprzyzwoicie żywotny, z zauważalnymi śladami otyłości na obszarze całego ciałka i z trudnym do niezauważenia wściekłym uśmiechem w upstrzonych zarostem okolicach twarzowych. Koleś ten wyraźnie nie ma nic lepszego do roboty niż siedzieć za swoją klawiaturą (zapewne rozklekotaną na amen) i klepać, co wena na mózg przyniesie. I wychodzą z tego potem opowiastki, że niby ziemia jest płaska, a bogowie lubią gry planszowe, że magowie to są..., ale są nie tak bardzo groźni i potężni, są też krasnoludy śpiewające o złocie i trolle twardogłowe, a policja nie jest potrzebna, bo przestępstwa zalegalizowano i opodatkowano...., wychodzą opowiastki spędzające sen z powiek, dosłownie, skutecznie i aż do samego końca, czyli gdzieś 3-4 w nocy :-)
Albowiem Terry Pratchett (ów Anglik) świetnym pisarzem jest!
Tymczasem panowie wydawcy zapóźnieni we wprowadzaniu jego dziełek na rynek polski o jakieś 8 tytułów, postanowili tą przepaść chytrze przeskoczyć. Z nagła i niespodzianie pojawiło się urozmaicenie serii, najświeższy wypiek niezmordowanego pisarskiego pieca, w formacie dużym, płaskim i – uwaga! Uwaga! – i l u s t r o w n y m .
„Ostatni bohater” właśnie.
Trzeba od razu zaznaczyć, że rozstrzelona czcionka (i cała książka zresztą też) skierowana jest do ludzików bardzo, a nawet BARDZO w Dysku i w Pratchecie zakochanych. [pozostałym, co to „pierwsze słyszą” polecam raczej sięgnięcie po „Straż!” czy „Kosiarza” i powolne wsiąkanie w nurty rzeki Ankh...]
Fabularnie jest wybornie. I as usual dwutorowo. Na pierwszym torze (z numerem PI do kwadratu ;) drużyna magów z Ankh-Morpork z silnym wsparciem Leonarda z Quirimu naprędce kombinuje, jak tu szybko ocalić świat. Genialny Leonard błyskawicznie projektuje pojazd kosmiczny, który przerzucić ma dziarską eskadrę (on, kpt. Marchewa i... a jakże – Rincewind :) na najwyższy szczyt Dysku, mieszkanko bogów.
W to samo miejsca drugim torem (z numerem minus osiem ;) zmierza zgraja najsławniejszych zabijaków na świecie. Przewodzi im Ostatni Wielki Bohater, wciąż żywy legendarny Cohen Barbarzyńca. Wymyślili se chłopaczyska, że to, co pierwszy bohater skradł bogom (takie, wiecie... żółte, gorące...) ostatni bohater zwróci. Z nawiązką.
Tej nawiązki Dysk raczej nie przetrzyma, dlatego pośpiech ekipy ratunkowej jest wskazany.
Humorystycznie Pratchett znów wspiął się na wyżyny. Od gagów głowa może rozboleć. Po raz kolejny torpedują nas głównie ze stanowisk ogniowych chytrze rozlokowanych w dialogach między dobrze już znanymi postaciami. Tu też może się skrywać pewien mankament pisarstwa Terry’ego - uczepił się facet tych samych bohaterów, niektórych już dobre dwadzieścia lat eksploatuje. Miejscami zaczyna naśladować samego siebie. Rincewind zdaje się jakiś za bardzo rincewindowski, Marchewa z bardzo marchwiowy... Nie żebym się specjalnie martwił, ale...
Merytorycznie rzecz tyczy się wiary w bogów, i tego co z niej wynika, czyli szansy jednej na milion :)
„Wśród sawanny Howonalandu żyje
plemię N’tutif, jedyny na świecie lud pozbawiony wyobraźni. (...)
O wydarzeniach na księżycu owego dnia N’tuitif opowiadają: << Księżyc świecił jasno, a z niego wzniosło się inne światło, które rozdzieliło się na trzy światła i zgasło. Nie wiemy, dlaczego tak się stało. Stało się i tyle. >> Zostali potem wyrżnięci przez szczep sąsiadów przekonanych, że światło było sygnałem od boga Ukli, który w ten sposób nakazywał im poszerzyć tereny łowieckie jeszcze trochę. Jednakże ów szczep wkrótce został wybity przez inny, który wiedział, ze światło to ich przodkowie mieszkający na księżycu, nakazujący zabić wszystkich niewierzących w boginię Glipzo.
Trzy lata później ich z kolei kamień spadający z nieba, rezultat wybuchu gwiazdy sprzed lat...”
Pozostałych
smaczków książki nie ma co zdradzać. Psucie przyjemności z bycia odkrywcą
nie należy do mych ulubionych zajęć. Może szkoda ;)
Warto za to napisać coś
o ilustracjach. Malunki zdobiące stronice są rękodziełem Paula
Kidby’ego. Są też, jednym słowem, kapitalne. To naturalnie kwestia
gustu, ale wedle mych upodobań Kidby doskonale czuje Diskworldowe klimaty.
Oniemiałem z zachwytu widząc obłęd w oczach kwestora, rezygnację na twarzy
Rincewinda, Śmierć na koniu, Żółwia i Słonie i ...
hmm.. każdemu kto w księgarni wypatrzy okładkę
„Ostatniego...” szczególnie polecam jeden obrazeczek (strona sto
dwudziesta któraś)... Kojarzycie taki fresk Michała Anioła -
„Stworzenie świata” chyba,
gdzie wyciągnięte ręce – boska i ludzka – niemal się
stykają i z jednego koniuszka palca na drugi przepływa iskra życia? ...
No to
zobaczcie interpretację Terry’ego i Paula :)
Śmiejcie
się długo i rozkosznie.
Rainman