NEIL GAIMAN - "Koralina"
Nie Gainman, nie Geinman, ale właśnie Gaiman - tak się nazywa ów pisarz, o którym ostatnio bardzo głośno w mediach. Sławę (w Polsce) zdobył sobie powieścią o intrygującym tytule "Nigdziebądź", lecz ja poznałem go jako scenarzystę jakiegoś komiksu - całkiem przyzwoitego, z tego co pamiętam. Teraz natomiast miałem okazję zapoznać się z historią Koraliny Jones, nadzwyczajnej, bardzo nietypowej amerykańskiej dziewczynki - która nie czyta pism w stylu "Be Very Cool", nie ubiera się jak Barbie i zna mądre słowa inne niż "sarkazm".
Z początku jednak zdawało mi się, że takich słów nie zna sam Gaiman, bowiem zdania, w których na przecinki nie starczało miejsca, przypominały stylem znienawidzone przeze mnie wypociny Białoszewskiego, czyli najbardziej
cenionego grafomana w historii Polski. Z czasem jednak zaczęły pojawiać się zdania złożone - a może po prostu przyzwyczaiłem się do gaimanowego stylu - i moje odczucia względem książki ze zniechęcenia przeszły w zaciekawienie.
"Koralina" to horror - muszę tak napisać, gdyż nie wiem jak inaczej zaklasyfikować tę opowieść. Plasuje się w niszy, która do tej pory należała m.in. do Alicji, co na drugą stronę lustra przeszła. Takoż i Koralina przechodzi przez pewne drzwi i znajduje się w świecie koszmarów, z którego pragnie wydostać rodziców. Co by nie mówić o fabule - że ciekawie przedstawiona (bo z perspektywy dziecka), pełna naprawdę działających na wyobraźnię pomysłów - to jednak jest ona tyleż oryginalna, co ludzie pijący pewien gazowany napój aby wyróżnić się z tłumu. Ileż to razy już wałkowano temat przechodzenia przez tajemnicze drzwi, lustro i inne artykuły gospodarstwa domowego? Każdy szanujący się serial fantasy czy sf miał przynajmniej jeden odcinek poświęcony tematowi; powstały dziesiątki powieści w których opisano jak to dzielny bohater trafiał do świata alternatywnego, ba, nawet gry komputerowe poświęcono międzywymiarowym podróżom - że wspomnę tylko o, bardzo podobnym w pewnych aspektach do "Koraliny", "Silent Hillu". Przeto czytając powieść (notabene diabelnie krótką, a rozwleczoną dzięki ogromnej czcionce na sto siedemdziesiąt stron - gratulacje dla wydawcy!) ma się wrażenie, że wszystkie te pomysły są świeże niczym sałata dodawana do hamburgerów w pewnej anonimowej sieci restauracji.
Nie można odmówić Gaimanowi pewnego stylu, którym charakteryzuje się jego dzieło. Nie jest to wprawdzie nic na miarę oryginalności
Stachury - lecz prosty, funkcjonalny język niezwykle inteligentnego dziecka, a także przedstawienie jego nieco cynicznego podejścia do świata na długo zapada w pamięć, gdzie jest przechowywane w szufladzie z napisem "to właśnie Gaiman". Warto zatem zapoznać się z "Koraliną" - działa bowiem pobudzająco na wyobraźnię. Dodatkowym plusem są piękne ilustracje Dave'a
McKean'a.
wariat