TERRY PRATCHETT - "Kolor Magii"

Wielki żółw A'Tuin przemierza bezkresną otchłań, a wodorowy szron pokrywa jego niewyobrażalnie ciężkie płetwy. Lecz wspomniany żółw nie jest sam - inaczej nie wspominałbym o nim. Na jego potężnej skorupie stoją cztery słonie, te z kolei na swych grzbietach utrzymują świat. Lecz świat to nie byle jaki, a może nie jak każdy inny. Może jego kształt będzie bliższy średniowiecznej wizji, niż skomplikowanemu, Kopernikowskiemu heliocentryzmowi. Świat bowiem jest płaski, skąd także jego nazwa. Świat Dysku.

Każdy już słyszał o Świecie Dysku. Ten popularny cykl nie schodzi z czołówek list sprzedaży nieprzerwanie od 20 lat. W Polsce stał się popularny stosunkowo niedawno, kiedy wreszcie ktoś podjął się lokalizacji, ale o tym będzie później. Terry Pratchett, w swojej wizji magicznego świata, postawił na totalny nierealizm i abstrakcję. Jego poczucie humoru opiera się w głównej mierze na absurdzie, mówi się, iż jest pisarzem propagującym angielski typ humoru, lejący się strumieniami. Ale jak to wszystko się zazębia? Groch z kapustą, manna z nieba i rzeź niewiniątek. Jednym słowem - zapraszam do recenzji.

Nie wiem czy dacie wiarę, ale ta książka trafiła w moje łapy na kilka dni przed rozpoczęciem sezonu szkolnego. :) To, że czas na nią znalazłem dopiero w ferie, świadczy o poziomie mojego L.O., jak zapewne stwierdziłaby moja wychowawczyni (O.Ż.W.). Gwoli ścisłości - czytałem ją już we wrześniu, ale nie skończyłem i poszła się kurzyć. Teraz zacząłem od początku, przywołując miłe wspomnienia. W "Kolorze Magii" opowiadań jest cztery. Pierwsze wprowadza nas w cały mechanizm jaki rządzi Dyskiem, a muszę przyznać otwarcie, że pan Pratchett nieźle się nagłówkował by kilka ciekawych rzeczy wymyślić. Tytułowe "Kolor Magii" opowiada o losach największego miasta w świecie - Ankh-Morpork. Tu także poznajemy bohaterów cyklu, a kontrastowi są, aż chce się rzec, do bólu. Stawów, nie przymierzając. 

Rincewind jest magiem. Przynajmniej sam się o sobie tak wyraża. Jego magiczność bowiem jest całkiem wątpliwa, gdyż zna tylko jedno zaklęcie, które przy każdej możliwej okazji stara się wyjść na światło dzienne. Podobno nie może się nauczyć żadnego innego, gdyż jak tylko wejdzie do jego głowy natychmiast stamtąd ucieka, widząc jedno z Ośmiu Czarów Stwórcy, którego boją się wszyscy. Strach, jak to zwykle bywa, wypływa z niewiedzy. A ta niewiedza rodzi agresję, którą Rincewind niejednokrotnie odczuje na własnym ciele. Podsumowując: Nikt nie wie co stanie się po wypowiedzeniu tego zaklęcia i raczej nikt nie ma ochoty się tego dowiedzieć... Nagle w zwykłość i schematyczność dnia (o ile w Świecie Dysku o takowych może być mowa) wkracza niezapowiedziany gość. Pierwszy turysta w Świecie Dysku. Oczywiście przynosi to z sobą wiele perypetii, biorąc pod uwagę pewną egzotykę gościa. Proponuję zajrzeć do "Cytatów" z poprzedniego numeru i zaczerpnąć choć odrobinę klimatu, jaki panuje w karczmie w Ankh-Morpork. Turyście na imię Dwukwiat, lecz nie jest on sam. Podróżuje z nim Bagaż, czyli... bagaż. Jest on na tyle niezwykły, że jest zrobiony z drzewa myślącej gruszy, niemal niespotykanego na Dysku. Chyba nie znalazł się jeszcze mąż, zdolny zgładzić Bagaż, lub ukraść jego zawartość (a nie jeden próbował). Barwność Ankh-Morpork uzupełniają barbarzyńcy, niezwykle yntelygente persony pomocne w zgładzaniu wszelakiego plugastwa/ ratowaniu księżniczek/ rabowaniu skarbów. Masa sprzecznych ze sobą wydarzeń, które powinny znaleźć się w archiwach tajnej straży miejskiej, doprowadza do pożaru miasta i finalnego endu. Ale w myśl zasady "szoł mast goł on", podrużujemy z naszymi bohaterami po zakątkach Świata Dysku przez następne 160 stron. 

"Posłanie Ośmiu" to opowiadanie o najlepiej rozwiniętej fabule. Poznajemy Bogów rządzących Dyskiem, występujących w roli kapryśnego fatum, czy zabiegów a'la theatrum mundi. A grają ze sobą w... kości. Tym razem ofiarą takiej, a nie innej liczby oczek, zostaje Rincewind wraz z dzielną kompaniją wzbogaconą o barbarzyńcę Hruna i jego gadający miecz - Kring. Zbaczając nieco z tematu, moim skromnym zdaniem, Kring to najzabawniejsza "postać" w całej książce. Po jego kwestiach dostawałem nagłych i niekontrolowanych ataków skurczu przepony. W wyniku nieszczęśliwych zbiegów okoliczności bohaterowie odwiedzają świątynię Bel-Shamharotha - Pożeracza Dusz, mającego chyba obłęd na punkcie cyfry os... powiedzmy, że między siedem, a dziewięć :) Jest to magiczna cyfra w Świecie Dysku i lepiej w pewnych miejscach jej głośno nie wymieniać. Jak zapewne Drogi Czytelnik zdążył się już domyślić kolejny nieszsczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, iż dwa_razy_cztery zostało wymówione w nieodpowiednim miejscu i czasie. Na szczęście, mamy kolejny hepi end, dzięki któremu podróżujemy dalej, niebezpiecznie zbliżając się do osi Dysku. Opowiadanie oceniam bardzo wysoko, ale najlepsze przed nami... 

Nasi bohaterowie w małej rozsypce, ale zawsze, docierają do góry Smoków, potężnego Zmokbergu. Tematem perypetii z tym związanych jest opowiadanie "Przynęta Smoka". Chyba jest to najlepsze z opowiadań, w którym największą robotę ma Hrun, a także jego wspaniały miecz. Niech schowają się Scyzoryki, Durendale cz y inne Excalibury - pokłony dla Kringa, króla mieczy. :) Nasz arcymądry barbarzyńca niemalże został królem Zmokbergu, ale... coś mu wypadło.:) Czytajcie sami. 

Ostatnie opowiadanie "Na Krawędzi".... (uwaga!) rozczarowało mnie. Wiem, że to niemożliwe, odłóżcie ciężkie narzędzia. Po prostu oczekiwałem czegoś w stylu i klimacie poprzednich, a otrzymałem coś, co w moim odczuciu jest pisane trochę na siłę, jakby w 83r. Pratchett musiał cokolwiek pisać pod czyimkolwiek wpływem. To trochę jak kontrakt na 10 odcinków oryginalnego serialu, który się zbyt dobrze sprzedał i trzeba dokręcić kolejnych 70 - bez specjalnych idei. Nie lubię, jak coś jest przekombinowane. Poprzednie opowiadanie może i takie były - bo cały Discworld w założenaich jest taki, ale "Na Krawędzi" to niezbyt ładny popis. Dobrze, że recenzja to subiektywna opinia, bo moja xsyva wisiałaby jutro już na listach gończych. I tym optymistycznym akcentem.. przejdę do podsumowania. 

"Kolor Magii" to niezwykle sympatyczna i pocieszna powieść, a zarazem, pierwsza część cyklu "Świat Dysku", znaczącego już dość wiele dla współczesnej literatury rozrywkowej/fantasy . Winien jestem jeszcze słówko na temat tłumaczenia, którym zajął się Piotr W. Cholewa. jest ono jak najbardziej przyjemne dla oka i poprawne, choć tradycyjnie można doczepić się kilku rzeczy. Min. odmianą imienia Dwukwiata, która to w stosownym przypadku brzmi "Dwukwiacie". Polonistą, ani purystą językowym nie jestem, ale mi tam pasuje inna odmiana. To tyle, tłumaczenie jest, jak już wspomniałem, fachowe i całkiem sympatyczne. 

Tym, którzy nie mieli jeszcze styczności z Pratchettowskim Dyskiem pozostaje mi gorąco polecić pierwszą część cyklu i zaczynać raczej od niej. A na lekcjach matematyki pamiętajcie - jeżeli nauczyciel spyta Was ile wynosi pierwiastek z liczby 64, zastanówcie się dwa razy, zanim poprawnie odpowiecie... 

spoxgreq
spoxgreq@poczta.onet.pl