BRIAN LUMLEY - "Dom pełen drzwi"

 

Kim jest Brian Lumley? Prawdę powiedziawszy nie wiem... Jest to pierwsza książka tegoż autora, jaką zdarzyło mi się przeczytać i prawdę mówiąc mam nadzieje, że ostatnia. Dlaczego? Odpowiedz jest prosta: to opowiadanie naprawdę nie ma zbyt wiele do zaoferowania.

Zaczyna się spokojnie. Lubię, kiedy horrory mają spokojny początek, to pozwala lepiej przygotować się na wielki wybuch jaki powinien nastąpić nie jeden raz w dobrym opowiadaniu grozy. Niestety nie w tym przypadku. ..

Hamish Grieve razem z swoim psem Barneyem wybiera się na krótką wycieczkę rowerową w celu zaczerpnięcia odrobiny ruchu. Niespodziewanie biednego siedemdziesięciopięcioletniego staruszka zadziwia obecność nowego nieoczekiwanego zjawiska na szczycie wzgórza Ben Lawers... Tak oto dochodzi do odkrycia Domu Pełnego Drzwi. Jest tylko jeden drobny problem: to nie dom pełen drzwi chce być odkrytym, ale to on sam pragnie odkrywać.

Książka zadaje dobre pytanie: czy kiedy zostaniemy przetestowani nie jako jednostka, ale jako rasa; kiedy zostaną zbadane nasze instynkty i marzenia, pragnienia i lęki, czy aby na pewno będziemy zasługiwać na to, aby istnieć. Nie jako jednostka, ale jako rasa...

Tytułowy Dom Pełen Drzwi jest niczym innym jak sprawdzianem naszej moralności. Jest to sposób na zdobywanie nowych światów, na jakich cywilizacja Thonu może się zasiedlić. Polega to mniej więcej na tym, że wysyłają na daną planetę swojego zwierzchnika, w tym przypadku niejakiego Sitha, który korzystając z tytułowego instrumentu poznawczego bada kilka z wybranych okazów gatunku najbardziej rozwiniętego na danej planecie w celu sprawdzenia czy zasługuje ten gatunek na to, aby istnieć. Jeśli wynik "testu" jest negatywny to Thon zdobywa nowy dom...

Pomysł brzmi prosto, ale na szczęście pisarz postanowił nieco go rozwinąć, dodając do mało interesującej fabuły z jednej strony wojsko, które nie wie, co zrobić z Domem i które ostatecznie postanawia go zniszczyć po tym jak w niezwykłych okolicznościach zostaje dosłownie Wessana do jego wnętrza szóstka ludzi w tym Anderson, minister obrony państwa i niejaki Gil wybitny naukowiec zajmujący się „rozumieniem” maszyn. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności jest to, że główny bohater opowiadania ma niezwykły szósty zmysł, który pozwala mu na rozumienie maszyn... Również tych pochodzenia pozaziemskiego.

Z drugiej strony Sith postanawia zdobyć władanie nad swym narodem. Jest jednym z wielu kandydatów na stanowisko władcy dzięki jego osiągnięciom w dziedzinie pozyskiwania nowych światów. Ale niestety nie jest nikim na tyle ważnym, aby móc naprawdę liczyć na zwycięstwo. Dlatego postanawia zdobyć tron nie dzięki ciężkiej i rzetelnej pracy, ale dzięki ogromnym zasługom. A niewątpliwie jednym z największych prezentów, jakie mógłby sprawić swojej cywilizacji byłoby znalezienie jej nowego domu. I tak oto ponownie źli kosmici postanawiają zagarnąć naszą planetę, a nasi zacni mieszkańcy ją obronić.

Pochwalić należy jednak to, że w książce tej nie ma czegoś takiego jak totalne dobro czy też totalne zło. Nie ma podziału na dobrych czy też złych. Obcy ukazani zostali w mimo wszystko bardzo pozytywnym świetle, tak samo luźnie wcale nie byli w jakiś wyjątkowy sposób gloryfikowani. Książka ma złe i ma dobre Jednostki. Za to ich istnienie w świecie opowiadania uczy nas, że wcale nie jesteśmy tacy sprawiedliwi jak może nam się wydawać.

Nie zamierzam zdradzać zakończenia, choćby, dlatego bo już i tak podałem zbyt wiele szczegółów fabuły tego opowiadania. Ale mogę wspomnieć jeszcze że fabuła ma naprawdę wszystkie elementy, jakie mieć powinna taka historia. Jest trochę strachu, trochę akcji a nawet trochę humoru i miłości. Jest wszystko, ale wszystko jest do niczego...

Książka naprawdę nie ma w sobie niczego, co sprawiałoby, że czyta się ją przyjemnie. Momentami opisy akcji są napisane tak bardzo rzeczowo i chłodno, że aż odechciewa się czytać. Praktycznie wszystkie postacie sprawiają wrażenie sztucznych niczym biust pani Aguliery, którym tak ładnie macha w swoim ostatnim teledysku a najbardziej zaskakujące wydarzenia w całym tym wielkim show podane zostały w taki sposób, że nie trzeba być jasnowidzem aby wiedzieć, do czego one prowadzą.

Na początku spodziewałem się opowiadania nie tyle science-fiction, co grozy, liczyłem na „zabawę” w stylu Lovecrafta... Ale niestety się przeliczyłem.

Kiedy już pojąłem swój błąd nie przestałem czytać tylko, dlatego bo liczyłem na kreatywność i choćby cień wyobraźni takich autorów jak Lem, czy też Dick. Niestety opowiadanie to jest pozbawione tego, co mają opowiadania tych autorów. Nie ma żadnego przesłania, żadnej wielkiej myśli czy też ukrytego znaczenia. Autor próbował ukazać w tej historii zmiany, jakie zachodzą w człowieku zamkniętym w klatce i postawionym w stacji bardzo nietypowej, ale niestety nie wyszło mu to najlepiej. Wszystkie te inteligentne słowa zawarte w opowiadaniu nie wynikają z zamierzeń pisarza a raczej z jego moralności. Nie ma się, czego bać a opowiadanie naprawdę rzadko wzbudza jakieś intensywne uczucia. Na dodatek zakończenie jest tak denne a sposób narracji tak nużący, że naprawdę samo spojrzenie na okładkę [ciemnozielone drzwi na czarnym tle i dobijająca się do nich rozmazana postać – prosty, lecz intrygujący motyw] wzbudza we mnie mieszane uczucia...

Gdyby pani bibliotekarka nie powiedziała mi, że to bardzo dobre opowiadanie grozy to pewnie oceniłbym je wyżej, choćby dlatego bo nie miałbym tak wielkich oczekiwań, co do tego tytułu. Ale z drugiej strony, gdyby nie ta rekomendacja to w ogóle nie sięgnąłbym po ten tytuł. A pomimo tego, że wcale nie płakałbym nie mogąc nigdy przeczytać tego opowiadania to jednak należy przyznać, że nie jest wcale tak do końca złe i przeciętne.

Pomijając wszechobecną sztuczność postaci i świata przedstawionego w książce, oraz nie biorąc pod uwagę tego, że opowiadanie zostało napisane bardzo mało poetyckim stylem i kończy się marnie należy jednak przyznać, że czyta się je stosunkowo szybko. Może nie jest to książka, jaką pochłonąłem jednym tchem i jaką zapamiętam do końca mych dni, ale na pewno te pięć dni, jakie zajęło mi jej czytanie [nie mam w zwyczaju czytać książki na szybkość, ale na jakość, dlatego nie śpieszę się...] Minęło mi dzięki niej naprawdę szybko. A to chyba już coś?

Gdybym mógł ocenić tą książkę to dałbym jej ocenę -3/6 [z bardzo dużym minusem]. Ale w tej recenzji chodzi raczej o zadecydowanie czy książkę tą polecam czy też nie... A w takiej sytuacji pozostaje mi jedynie dać Wam czytelnikom dobrą rade: nie czytajcie tylko po to aby zabić nudę, ale aby czytając przeżyć jakąś przygodę. [myśl głęboka niczym głębia tego opowiadania, wiem...]

 

Informacje o książce:

Autor: Brian Lumbley

Tytuł: Dom Pełen Drzwi

Tytuł oryginalny: The House Of Doors

Rok Wydania: 1990  

 

Seth

prizefighter@op.pl