O rozmaitych książkowych potknięciach słów kilka.
Od dziecka lubiłem wyłapywać rozmaite błędy w filmach, reklamach telewizyjnych i prasowych, a także w książkach, które udało mi się przeczytać. W niniejszym tekście, chciałbym wyróżnić kilka perełek, na które natknąłem się, czytając pewne książki z gatunku fantasy. Nie zamierzałem wspominać o błędach ortograficznych, występujących licznie w tłumaczeniu książki Mistrza Lovecrafta opowiadającej o wypadzie wgłąb Gór Szaleństwa. Literówki można było jakoś usprawiedliwić, bowiem każdemu może się myksnąć palec podczas pracy, ale Byków ortograficznych i interpunkcyjnych, nie można było wytłumaczyć nawet tym, iż tłumacz pracował przy przekładzie na maszynie do pisania. Taka inkompetencja nie bawi, a bardziej woła o pomstę do nieba... Bywa też tak, że książka wywołuje u nas uśmiech, chociaż ani autor, ani tłumacz tego nie zamierzał. Czasem przestawiona litera w określeniu rzuca zupełnie nowe światło na to, co miało
określać, albo też imię którejś z postaci, nazwa przedmiotu, miasta lub krainy geograficznej nabiera innego znaczenia, gdy książka wydana zostanie poza ojczyzną autora. Można też pośmiać się z niekiedy z niewiedzy i grafomanii pisarzy. Na pierwszy ogień pójdzie raczej mało ciekawa książka...
* Książka pod tytułem "Forteca Sów" autorstwa C.J. Cherryh jest tym, co dziś określa się fantastyką. Nie wyróżnia się spośród innych
przedstawicieli tego gatunku - bestiariusz nie należy do szczególnie wyrafinowanych, są królowie, magnaci, poczciwi żołnierze, kapłani, magowie, wymyślona przez autora kraina geograficzna, dziwne imiona... Najzwyklejsza w świecie fantastyka, czyż nie? Jeśli jesteście podobnego zdania, to w takim razie powiedzcie mi dlaczegóż, ach dlaczegóż dane mi było na samym początku tomiszcza ujrzeć taki powalający tekst, jak ten, który teraz zacytuję: "Książka ta jest fikcją literacką. Postaci, zdarzenia i dialogi są dziełem wyobraźni autora i nie są pomyślane jako odpowiedniki świata rzeczywistego. Jakiekolowiek podobieństwo do aktualnych wydarzeń i osób, żyjących lub zmarłych jest zupełnie przypadkowe." Według mnie to raczej ten tekst pojawił się tam zupełnie przypadkowo. Cóż, ja się pewnie nie znam, ale ciekaw jestem, czy jest na tym świecie ktoś, kto poczytawszy sobie dołączony do książki leksykon albo też spojrzawszy na mapkę świata, nie doszedłby samodzielnie do takiego wniosku...
* Wspomniana wcześniej "Forteca sów" to epicka opowieść o dzielnych żołnierzach... którzy w ciągu 468 stron książki nie walczą ANI RAZU! No, może osądzam ich nieco niesprawiedliwie, bowiem toczyły się bitwy za odległą rzeką, ale akcja nie przenosi nas tam ani na chwilę, już nie mówiąc o tym, że nie uczestniczył w niej praktycznie żaden z kręcących się w pobliżu głównego bohatera, żołnierzy. Ich marazm i życiowa ospałość poddana zostanie ciężkiej próbie pod koniec opowieści, gdyż dochodzi do zabójstwa pewnego kapłana i w związku z tym w mieście wybucha panika. Choć autor chciał udramatyzować całą sytuację, nie bardzo mu to wyszło. W toku zamieszek giną jedynie dwie osoby - ofiary samosądu pijanego tłumu, a naszym hardym i dzielnym wojakom prawdziwego zabójcy i tak nie udało się ująć. W książce nie dzieje się właściwie nic... książkę należy zaliczyć bardziej jako kurs zarządzania miastem średniowiecznym, a nie jako coś czym można sobie mile zapełnić wolny czas. Bardzo duży nacisk kładziono na administrację, politykę, dyplomację i finanse... można było się nawet natknąć na fragment, w którym Tristan uczy się od swego ziomka posługiwania się pieniędzmi rozdrobnionymi na groszówki, półgroszówki, ćwierćgroszówki i tym podobne badziewie.
* Już wcześniej wspomniałem jacy to żołnierze w "Fortecy Sów" byli waleczni i w ogóle. Okazuje się, iż nie tylko z tego względu minęli się z powołaniem. Osobiście spodziewałem się po żołnierzach szorstkości, prymitywizmu, twardości i innych cech, które każą sądzić, iż byli oni rekrutowani spośród chłopstwa, byłych skazańców lub innych przyjemniaczków. Szary żołnierz powinien być chyba nieco nieokrzesany, nie sądzicie? Jakkolwiek, niezmiernie denerwowało mnie nieustanne dolepianie słowa "Panie" do niemal każdego zwrotu adresowanego do głównego bohatera, albo też do wypowiedzi w dialogach pomiędzy nim a jego zwierzchnikami. Każdy z nich mówi i zachowuje się, jakby obowiązkowo ukończył szkołę baletową a Savoir vivre miał w małym palcu. Nieraz można było się natknąć na wzruszające fragmenty, kiedy to jeden tęgi chłop mówi do drugiego: "Jesteś moim najlepszym przyjacielem!" Innym chwytającym za serce fragmentem jest ten, w którym Tristan przygarnia jako sługę młodziutkiego złodziejaszka z ulicy i w ten sposób nawraca. To nic, że później okradał z żarcia mędrca mieszkającego w wieży, bowiem ważne jest to, że wszystko się dobrze skończyło... to znaczy wiedzieli przynajmniej kiedy, kogo i z czego malec okrada. Niektóre teksty również budzą wątpliwości i każą się zastanowić nad tym, co autor właściwie miał na myśli.
W pamięci utkwił mi jeden z tych fragmentów, a brzmiał on tak: "Te ziemie, choć zupełnie nie zamieszkane, były prawdziwą dumą amefińczyków." Może to i jest jakaś duma, kiedy jest się państwem o wielkości San Marino, ale mieszkańcy tego obszaru na ciasnotę z pewnością nie narzekali. Mnie ta duma wydaje się zupełnie bezpodstawna, bowiem jak można być dumnym z czegoś, co ani nie wspomaga gospodarki surowcami mineralnymi, drewnem, żywnością czy podatkami ani nie służy jako miejsce poboru rekrutów
(Polacy są dumni z Bieszczad - a przecież toto tylko
stoi i jest w miarę wysokie. Może tamte ziemie miały więc walory
krajobrazowe? - w.). A może nikt nie powiedział pospólstwu, iż tam nic nie ma, chcąc
nie dopuścić do głosu natrętnych pytań typu: "Skoro tam nic nie ma, to po
co żeśmy się o te ziemie tłukli?" Dla mnie pozostaje to wielką niewiadomą i konia z (naszym) rządem dam temu, kto to jakoś logicznie wyjaśni. Wracając jeszcze do wspomnianej powyżej rekrutacji... otóż, jeśli tutejsi żołnierze w poprzednich częściach (książka wskazuje na to, iż takowe były) toczyli bitwy w ten sam sposób, co w "Fortecy Sów", to jakakolwiek rekrutacja wydawała się co najmniej zbędna.
* Bywają takie książki jak "Forteca Sów" czy też "Wieża Zielonego Anioła", gdzie występują postaci, które nie robią dokładnie nic, aby popchnąć akcję do przodu, nie wyjaśniają zawiłości fabuły i nie pomagają bohaterowi w sposób wykraczający poza podanie ręki, czy rzucenie dobrego słowa. Ich obecność nie poszerza znacznie objętości książki, bowiem ich role ograniczają się najczęściej do, góra, czterech zdań. Ktokolwiek czytał jedną z tych książek, z pewnością spostrzegł obecność żon głównych bohaterów, żon postaci pobocznych, dwórek, ich synów i córek, żołnierzy, licznych earlów, baronów, służebnych, którzy jedynie łażą tu i tam, gadając o bzdurach, przytakując albo też nie odzywając się w ogóle. Jaka jest ich rola? Czyżby byli szpiegami z krainy deszczowców? Otóż nie, przyczyna jest całkiem prosta - autorowi tak spodobały się wymyślone przez niego imiona, że nie chciał zapisywać je na kartce i wykorzystać je w następnych książkach, więc obdarował imieniem niemal każdą postać, której, szczerze powiedziawszy, równie dobrze mogłoby nie być. Skąd o tym wiem? Odpowiedź jest równie prosta - jako żółtodzioby twórca opowiadań, też tak robiłem. O ile w "Wieży Zielonego Anioła" imionomania była jeszcze całkiem znośna, to w "Fortecy Sów" zakrawało na miarę paranoi. Gdyby nie leksykon, który zdecydowała się zrobić zupełnie inna osoba, bowiem twórca "Fortecy Sów" najpewniej by o tym nie pomyślał, można byłoby się długo zastanawiać nad tym, skąd wziął się nagle ten Lusin i kim on, do jasnej anielki, jest?
* Nie potrafię wyjaśnić tego zjawiska, ale jakoś tak jest, że w większości książek, jakie udało mi się przeczytać, pojawiał się identyczny błąd: imię którejś z postaci przynajmniej raz zostało przekręcone. Chcecie przykładów? Proszę bardzo, Muhbaras (Saga o Conanie, tom "Mgły Świątyni") przemianowany został na Muhrabasa. Korbę występującego w "Mesjaszu Diuny" przechrzczono na Kobrę. Joorgenowi występującemu w 3 tomie "Sagi o Ludziach Lodu" kilkakrotnie skracano imię o jedno "o", co, oczywiście, zmienia wymowę imienia z "Juurgen" na "Jorgen". Mattias występujący w 5 tomie "Sagi o Ludziach Lodu" Margit Sandemo otrzymał jednorazowo imię "Miattias". Do przekręconych imion tak się przyzwyczaiłem, że już w "Blasku Twoich Oczu" Margit Sandemo sam zacząłem wypatrywać fragmentu z przekręconym imieniem głównej bohaterki - Tiril. Imię Tiril, może dlatego, że było zbyt krótkie, nie zostało przekręcone, ale trafiłem na coś, co do tego działu się nadaje. W książce była mowa o mieszkającej na wyspie piratce lądowej (zjawisko piractwa lądowego zostało wyjaśnione w książce, więc tu nie będę się nad tym rozwodził), pod której opiekę trafiła Tiril. Poza wieloma innymi rzeczami, nauczyła ją również kląć. W pewnym momencie zachciało jej się zakląć i tłumacz pomylił imiona, co zaowocowało stwierdzeniem "(Tiril) zaklęła jak Tiril. Z kolei Mandragorę z "Lasu Duncton"... zresztą, przeczytacie o tym poniżej.
* Jakie to fajne, kiedy osoba tłumacząca daną książkę i projektant okładki mają różne zdanie, co do treści danego dzieła. I tym razem tłumacz miał rację, bowiem, żeby książkę przetłumaczyć, musiał, ją przeczytać, a projektant okładki najwyraźniej nie potrafił się do tego zmusić. Zamieszczony na tylnej okładce zarys fabuły książki Williama Horwooda pt. "Las Duncton" brzmiał tak: "W magiczny i barwny świat Brackena i Rebeki, tyrana Mandraka, skryby Boswella, Hulvera, Comfreya i innych krecików z lasu Duncton wkrada się zło, niszcząc harmonijną dotąd wspólnotę. Przed rozpadem może ją uratować jedynie odwaga i miłość". Pomijając już długość i szczegółowość tego streszczenia, mam wątpliwości co do kilku innych rzeczy. Po pierwsze: nie ma kogoś takiego jak Mandrak, ale jest za to ktoś o imieniu Mandragora. Z tym złem wkradającym się do ich lasu, też jest coś nie tak, zwłaszcza, że kiedy to następuje, stary Hulver już dawno "użyźnia ziemię" (była to jedna z ofiar Mandragory), a harmonii w lesie nie było odkąd do systemu (tunelów) wkroczył wspomniany wcześniej Mandragora. Może się mylę, ale zabijanie nieposłusznych, wypędzanie kretów z ich nor, terroryzowanie, zakaz praktykowania obrzędów religijnych (kreciki wierzyły w potęgę takiego wielkiego kamienia) i wiele innych zajść raczej nieszczególnie służy utrzymaniu takiej harmonii. A co do tego Comfreya... to niezbyt sobie przypominam, czy był ktoś taki, ale mogę się mylić... Natrafiłem niedawno na kolejną z felernych okładek, choć nie tak felerną jak powyższa. Książka nosiła tytuł "Żródło Magii" i była kontynuacją "Zaklęcia dla Cameleon", autora, którego nazwiska nie zapamiętałem. Autor okładki śledził wydarzenia w książce, ale tylko do czasu, aż natrafił na fragment, który warto byłoby przedstawić na okładce. Okładka wykonana była całkiem ładnie i z sercem. Widać było jednakże, że autor okładki znał mitologiczny i fantastyczny bestiariusz dosyć pobieżnie, skoro przedstawił gryfa jako stworzenie dwunożne.
* Niekiedy zdarza się, że autorzy książek nadają swoim bohaterom nic nie znaczące imiona, które nabierają pewnego, niemal zawsze absurdalnego, znaczenia, jeśli książka wydana zostaje poza granicami ojczystego kraju. Frank Herbert nie widział nic dziwnego w tym, że jedna z wykreowanych przez niego postaci nosi imię Korba. A u nas, w Polsce, chyba każdy wie, czym jest korba. Dwukrotnie natknąłem się również na imię Taras. Z kolei żona Are'go z "Sagi Ludzi Lodu" ma na imię Meta. Syn Emmy i Petra nosi imię Knut (co jest jednym z określeń plecionego bicza). W "Ogrodzie śmierci" autorstwa Margit Sandemo, występuje jeden z dotkniętych złym dziedzictwem, którego imię nabiera szczególnego znaczenia. Jako dotknięty potrafił wytwarzać wokół siebie aurę przenikliwego chłodu. Jak bardzo to imię do niego pasuje, można się przekonać po przeczytaniu fragmentu, w którym to Mar zwraca się do zmarzniętej Shiry słowami "zMARzłaś, Shiro". Ponadto w późniejszych częściach można poznać osobę o imieniu Ola. Imię brzmi dosyć swojsko, ale najzabawniejsze jest to, iż to imię wcale nie nosi niewiasta. W 11 tomie, zatytułowanym "Zemsta" można natknąć się na nazwisko rodowe, które w przekładzie z angielskiego brzmi: "wymioty". Takich przykładów jest znacznie więcej, trzeba tylko poszukać.
* Bawić mogą również nazwy miast w polskim przekładzie. Wystarczy tylko spojrzeć na nazwę przybrzeżnego, brudnego, niebezpiecznego, zakłamanego miasta występującego w "Kolczastym Wieńcu" J. C. Jones. Jak brzmi nazwa miasta? Bay'zell. Zresztą nie musi być to książka z gatunku fantasy, czy science - fiction. Przeglądając jakiś obszerniejszy atlas świata, można się natknąć na miejscowości o dosyć osobliwych nazwach takich jak np. Skopje (Macedonia), Kotka (Finlandia), Czad (Czad), Serowe (Botswana) itp.
* Jeśli kiedykolwiek ktoś ogłosi konkurs na najbardziej debilny pomysł w dziejach Science - Fiction i Fantastyki, to ja mam już swoich kandydatów. A są to... uwaga, proszę trzymać się krzeseł... krowy, które można pozbawić mięsa bez konieczności zabijania ich, drzewa rozlatujące się na równiótkie beleczki po jednym uderzeniu topora, wielkie czerwie zjadające drzewa i wydalające papkę z którego robi się asfalt i na koniec stalowe ptaki fruwające ponad pustynią z napalmem w łapach. Przykłady te pochodzą z książki Johna Varley'a pt. "Czarodziejka", którą miałem NIEprzyjemność czytać.
* Wspomniana wcześniej "Czarodziejka" to, moim zdaniem, strasznie prymitywna i ogólnie nieciekawa książka. Nie dość, że tytuł nie miał praktycznie nic wspólnego z treścią (owa Czarodziejka potrafiła wkładać jedynie jajka tytanii [stworzeń wzorowanych na centaurach] do ust i... no... zwracać je matce... a żeby nie było nieporozumień tytanie były żyworodne, więc jajko musiało... aaa zresztą... Obrzydliwe to było w każdym bądź razie). Nie pozostało mi już wtedy nic innego jak z bolesnym grymasem wypisanym na twarzy przewracać kolejne kartki, byleby doczytać książkę do końca (nie wiem jak wy, ale ja nie lubię porzucać
czytania, skoro już tyle czasu którejś z nich poświęciłem, a poza tym, gdybym nie doczytał, nie miałbym się z czego nabijać). Zupełnie rozbroiła mnie natomiast opinia pewnego pana (tylna okładka), który stwierdził, iż jest wielkim wielbicielem serii a samą zaś uważa za wieeelce humorystyczną. Nie wiem, może to ja mam taki wypaczony gust? Uśmiałem się przy niej jedynie 2,5 razy (raz, bo źle zrozumiałem treść pewnego zdania). O, zapomniałbym jeszcze o jednym uśmiechu - o tym, który zagościł na mych ustach po przeczytaniu opinii tego pana.
* Na koniec przedstawię jeszcze efekt bezmyślnego wklepywania tekstu do komputera (czy też na maszynie do pisania). Gdy się przyjrzeć drzewu genealogicznemu, które zamieszczono w 5 tomie "Sagi o Ludziach Lodu" (to, że tak często się czepiam sagi wcale nie znaczy, że jej nie lubię, wręcz przeciwnie), a dokładniej dacie śmierci Sunnivy (pierwszej), to zobaczymy, że przeżyła ona swoją córkę - Sol o jakieś 400 lat, chociaż maleńką Sol znaleziono przy zmarłej na zarazę matce. Prawda jest taka, że Sunniva zmarła w 1581, a nie w 1981, jak podaje notka w drzewie genealogicznym. Na szczęście w kolejnych tomikach ten błąd się już nie pojawia.
To byłoby na tyle. Gdyby znalazł się ktoś, kto znalazłby wątpliwej jakości pomysły autorów, niezgodne z treścią książki ilustracje lub pomyłki tłumaczy, piszcie. Chętnie poczytam.
Wivyo Pedigri
Ps. To, co napisałem powyżej jest dokładnie sprawdzone (w wielu przypadkach z książką w ręku), ale jeśli ktoś chce się przekonać na własne oczy...