|
spis treści | poprzednia strona | następna strona |
|
Jako mieszkaniec Żyrardowa, czyli miasta, gdzie wszystkie filmy kinowe wyświetlane są jakieś półtora miesiąca po premierze krajowej, miałem niewątpliwą przyjemność obejrzenia recenzowanego filmu dopiero 8 lutego. Dziesięć minut temu wróciłem z kina i postaram się na gorąco spisać moje wrażenia z seansu.
Po dwóch świetnych częściach i po tym, jak dotarły do mnie opinie, że trzecia z nich jest najlepsza, spodziewałem się czegoś naprawdę wielkiego, świetnego, wyjątkowego. Czy miałem rację? Nie. Było dużo, dużo lepiej, niż myślałem. Długą litanię zachwytów rozpocznę od pochwały wyczucia reżysera. Peter Jackson nie zrobił ze swojego dzieła tandetnego popkulturowego kiczu (w przeciwieństwie do braci Wachowskich). Nie dodawał do filmu setek scen pod publiczkę. W pełni zachował klimat książki. I mówię to jako wielki fan Tolkiena i fantasy ogólnie. Nie operował prostymi chwytami, lecz doskonale posłużył się ekranową poezją. Genialnie ukazał uczucia bohaterów, wspaniale przedstawił przytłaczającą przewagę sił Saurona. Tutaj trzeba z kolei wyróżnić aktorów, na których twarzach widać było dokładnie strach, rezygnację i przeczucie rychłej i strasznej klęski. Grali po prostu dokładnie tak, jak powinni, nie robiąc tego przesadnie czy sztucznie (nie ośmieszali się jak Reeves w "Rewolucjach"). I nawet nie mówię tego tylko o głównych postaciach, nawet statyści byli tacy, jak trzeba. Wracając do samego filmu - nie ma w nim ani jednej słabszej sceny. Jest od początku do końca, w każdej sekundzie genialny. Nie wiem nawet, czy to, co tu piszę, zasługuje na miano recenzji, bo zachwycam się bez przerwy. Ale nie umiem znaleźć w "Powrocie Króla" żadnej, absolutnie żadnej wady. Film wcisnął mnie w fotel i po trwającym trzy i pół godziny seansie pomyślałem "czemu tak krótko"? Jackson umiejętnie operuje patosem. Jest tu naprawdę dużo patosu, ale dokładnie tyle, ile trzeba i tam, gdzie trzeba. Zupełnie jak w książce. Co prawda reżyser nieco zmienił (nie ma tu Sarumana, opuszczono na szczęście rozdział "Porządki w Shire", Merry jedzie z Aragornem i Gandalfem pod bramę Mordoru, choć Tolkien wyraźnie napisał, że Merry zostaje w mieście), ale są to zmiany czysto kosmetyczne. Poza tym nie jestem jednym z tych ortodoksyjnych fanów, którzy czepiają się drobiazgów. Nie jest to dla mnie profanacja, lecz po prostu minimalnie odmienne spojrzenie. Rozpoczynając recenzję strony technicznej powiem o przepięknej, doskonale pasującej do ekranizacji muzyce. Na pewno spróbuję kupić płytę ze ścieżką dźwiękową i będę ją odtwarzał w trakcie lektury. Po drugie: cudowne zdjęcia. Każdy kadr jest taki ładny, że można go oprawić w ramki i powiesić na ścianie. Do tej pory jedyne filmy, które tak podziałały na moją wrażliwość i zmysł estetyki, to "Między ziemią a niebem" (nie jestem pewien tytułu, w każdym razie chodzi mi o ten piękny obraz z Robinem Williamsem) oraz chiński "Hero". Kolejną z zalet jest rozmach, przy którym nawet "Titanic" wysiada, czyli tysiące statystów, wspaniała scenografia i ciężka praca ludzi, którzy wykonali wszystkie zbroje, miecze i ubrania. I po czwarte: efekty specjalne, które pozwoliły ukazać w całej krasie Śródziemie i wydarzenia w nim się rozgrywające. W trakcie filmu siedzimy urzeczeni pięknem (powtarzam się?) krajobrazów, porywającymi scenami batalistycznymi i - po prostu - magią kina. Razem z bohaterami boimy się, razem z nimi przeżywamy dziejące się zdarzenia i całą duszą jesteśmy z nimi podczas walki. I mimo, iż wiedziałem, jak kończy się powieść, to siedziałem wbity w fotel, patrząc w napięciu, czy Aragornowi i Gandalfowi naprawdę uda się pokonać siły wroga i czy Frodo z Samem zdołają zniszczyć Pierścień. A Jackson, co powtórzę, wspaniale pokazał liczebną przewagę sił wroga - gdy patrzymy, jak Nazgule atakują zmierzający do miasta oddział bądź obserwujemy rezygnację i rozpacz na twarzach żołnierzy Theodena, przybywających na pole bitwy, w nasze serce także wkrada się zwątpienie, mimo iż zakończenie jest nam znajome. I to właśnie świadczy najbardziej o geniuszu twórców filmu. I naprawdę możecie mówić, że u Sapkowskiego są ciekawsi psychologicznie i bardziej ludzcy bohaterowie, że dobro nie zawsze musi wygrać, że to tylko naiwna bajeczka dla małych dzieci. Ale nie ulega wątpliwości, że to właśnie Tolkienowi, a później i Jacksonowi, udało się stworzyć najcudowniejszy świat w najpiękniejszej baśni fantasy wszech czasów. Dla kogoś takiego jak ja, czyli ceniącego w kinie atmosferę i piękno oraz przedkładającego szczęk mieczy nad wystrzały z karabinów jest to film idealny. Gdybym miał go ocenić w skali od 1 do 100, dostałby 100. Proste. A teraz największy komplement: moim zdaniem niewiele, jeśli w ogóle, ustępuje książce Tolkiena (którą czytałem cztery czy pięć razy). Herezja? Jak dla kogo. Widocznie Peter Jackson odbiera tę powieść tak samo, jak ja. Jutro chyba znowu wybiorę się do kina. I współczuję tym, którzy widzieli film tylko na komputerze, jakąś piracką kopię. W domu nie ma tej magii, tej, która jest tylko w kinie. Nawet tak małym, jak to żyrardowskie. I od dzisiaj zapytany o ulubiony film wskażę "Powrót Króla". Doorshlaq doorshlaq@poczta.onet.pl PS. Jeśli się ze mną zgadzacie, to piszcie na mój adres! {lub na adres kącika filmowego :) - dop. G.} |
|
|