spis treści | poprzednia strona | następna strona


|Matrix: Rewolucje|

Jest!!! Nareszcie doczekałem się końca trylogii o przygodach wspaniałego, dzielnego Neo, wielkiego bohatera, obrońcy ludzkości! Mówiąc prościej: tania komercha wydana jedynie w jednym celu - aby zarobić jak najwięcej "kapusty" jak najmniejszym kosztem (i to nawet cudzym)! Poszedłem na nią do kina (wstyd mi). Tylko pytanie po co? Chyba tylko dla efektów, bo nie potrafię znaleźć jakichś innych naprawdę wyrazistych plusów. Wiem, że tą recenzją narażę się wielu, ale mam to gdzieś! Postanowiłem zjechać ten film w momencie, kiedy skończyłem go oglądać. A więc do dzieła! Trzeba dokopać tym Wachowskim tak, jak na to zasłużyli!!!

Nie piszę o fabule, bo nawet jeśli ktoś nie oglądał filmu to i tak wie o czym on jest. A to od kolegów, którzy godzinami gadają jedynie o jednym: "Stary! Widziałeś nowego Matrixa? Jest zaj... !!! To najlepszy film jaki widziałem w swoim życiu!", a to z recenzji, które wcale nie są recenzjami lecz zwykłymi streszczeniami. Tacy "recenzenci" nadają się do pisania książek a nie recenzji! Ale do rzeczy, bo powoli zaczynam bełkotać.

O ile pierwszy "Matrix" z 1999 roku trzymał całkiem przyzwoity poziom, był naprawdę interesujący, opowiadał ciekawą historię, której wiele brakowało, ale jednak ... o tyle dwie następne części są jedynie nędznymi popłuczynami tego, co było kiedyś. Zupełnie urwał się wątek, zamieniając się w bezsensowną papkę. Bez znaczenia, bez żadnych głębszych wartości - czyli doskonałą dla filmów komercyjnych, których jedynym zadaniem jest produkowanie "kapusty". Wprawdzie zniknęła większość dłużyzn z "Matrixa: Reaktywacji" jednakże pojawiło się więcej elementów komiksowych, które z gatunkiem science-fiction mają tyle cech wspólnych co Cezary Trybański z zagraniem pełnego meczu w NBA :). Litości!!! Komiksy to ja czytałem w podstawówce, a nawet one były na wyższym poziomie niż "Matrix" (przynajmniej większość)!

Gra aktorów: średnia, bez większych zastrzeżeń, ale i bez większych owacji. Fishburne nie grał już tak wielkiej cioty jak w drugiej części (przemówienie na skale w Syjonie - zresztą pomysł z dyskoteką też był cholernie idiotyczny), zaś Keanu Reeves i Kate-Ann Moss nie mieli scen erotycznych (dzięki Bogu!!!). Nadal jednak Elrond jest cholernie irytujący, wali ciągle te same kwestie (chociaż dostał troche więcej linijek do nauczenia. Zaraz! Co ja mówię? Przecież to nie teatr, więc co tu jest do nauki?) a wyrocznia reklamuje ciasteczka i cukierki (zmienili ją, ale i tak obie wyglądają, jakby je hyclem na Bronxie złapali).

Schematyczność: Film jest połączeniem wielu wcześniejszych produkcji. Uwidaczniają się przeróżne zapożyczenia. Bez problemu byłem w stanie przewidzieć, co się za chwilę wydarzy, kto zginie a kto nie itp. Jednym słowem: zawód! Jak zwykle odwalone na modłę amerykańską (ale to "Matrix, więc czego niby miałem się spodziewać?).

Buraki: I to najpoważniejszy minus całego filmu. Mnożą się z każdą minutą i rażą na odległość. Nie chodzi mi tutaj o gafy w stylu gościu po chwili ma inne butki, bo szukanie takich wpadek to czysta dewiacja. Mam na myśli wszelkiego rodzaju nielogiczności, sprzeczności. To ma ogromny związek z niedopracowaniem filmu! Nie będę podawał przykładów, bo można je odkryć bardzo szybko (o ile nie jest się zbytnio zapatrzonym w swój ukochany :) film).

Teraz plusy. W moim odczuciu jest ich bardzo mało, ale jednak są. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, iż muzyka w filmie jest świetna. A tak w ogóle to największy atut całej trylogii.

Efekty: Chyba byłbym zwykłym chamem, gdybym o nich nie wspomniał. Są po prostu świetne. Sceny walki robią duże wrażenie, tylko za bardzo kojarzą mi się z komiksami o Supermanie i meczami gwiazd w NBA. Mimo wszystko, cechuje je ogromna pomysłowość i rozmach.

Zakończenie: Nie powiem żeby mnie jakoś specjalnie usatysfakcjonowało, ale mogło być znacznie gorzej. Przynajmniej tutaj nie dali plamy.

Pora zakończyć tę recenzję i przejść do podsumowania, które będzie krótkie i treściwe. Jeśli ktoś jest zakochany w "arcydziełach" braci Wachowskich to po prostu będzie wniebowzięty po obejrzeniu 3 części. Jednakże jeśli ktoś liczył na bardziej ambitne kino, strasznie się zawiedzie - tak jak ja. Nie będę zniechęcał do oglądania "Matrixa", bo jak ktoś się uparł to nic i nikt go nie przekona, ani tym bardziej zachęcał. Moja ocena ogólna w pełni oddaje to, co myślę o tego typu filmach.


Ocena ogólna: 3/10 (i tak za dobrze)

PS. Pozdrowienia dla tych oszołomów, którzy wystawili 11/10 i 6+/6 (bodajże Mariusz Saint&Agent Smith)! {no, kolego - trochę przegiąłeś. Ja rozumiem, że miało być agresywnie etc., ale nazywanie ludzi oszołomami tylko ze względu na ich gust filmowy jest ciut nie na miejscu... - dop. G.}
PS2. Przeciwnicy "Matrixa" łączcie się!!! {...w haremy? :) - sorry za głupią wstawkę, ale przypomniał mi się taki napis na murze szpitala w Przemyślu dot. punków :) - dop. G.}

Tyt. oryg - "Matrix: Revolutions"
Rok produkcji - 2003
Gatunek - science - fiction
Scenariusz - bracia Wachowscy
Reżyseria - bracia Wachowscy
Muzyka - ???
Obsada - Keanu Reeves, Kate - Ann Moss, Lawrence Fishburne, Hugo Weaving i inni

Adrian "Borgia" Kurowicki
akurowic@zamoyski.edu.pl


|strona 8|