"Władca Pierścieni: Powrót Króla" - film

Będzie krótko i nieprzyjemnie, bo kiedy sobie przypominam seans, to mnie mdłości biorą. O ile część pierwsza była jeszcze dość niezła, druga już średniawa, to trzecia to jedno wielkie łajno!!! Toć to nie ma ani klimatu, ani rozmachu, ani fabuła się nie zgadza, ani aktorstwo dobre, ani te efekty specjalne to nie Matrix, ani nie ma... no właśnie, rozumiem że jeszcze fabułę Jackson sobie mógł nieco zmodyfikować, ale żeby uciąć jeden z moich ulubionych fragmentów książki, czyli zabicie Sarumana (najgorsze jest to, że jego historii w ogóle nie ma zakończenia! Co oni myśleli, że nie zauważymy?!) oraz ratowanie Shire... ale i tak najgorszym szajsem, jaki Jackson odwalił, jest brak tego klimatu... miałem wrażenie, jak to ktoś na forum WP (Wirtualnej Polski) napisał (bodajże Morgoth... pozdrawiam!), że oglądam połączenie Spidermana z Supermanem - pod tym podpisuję się czym mogę... aargh. To najważniejsze. A co do harlequinowania - kolega stwierdził, że zbytni Harlequin wyszedł ("Lizali się non stop..." Ja: "Przecież jeno dwa razy!" On: "O dwa razy za dużo!"), za to koleżanka "Stało się to na co czekałam: pocałowali się! :)" - pod żadnym z nich podpisać się nie mogę, bo jak dla mnie było pod tym względem w porządku (no, chociaż jeden aspekt...). Podsumowując - dla mnie herezja i tyle. Najgorsze jest to, że niektórym się to podoba! Ale i tak Grey Fox (wybacz, jeżeli się pomyliłem w pseudonimie) [Pomyliłeś, ale od czego ma się korektę - dop. korekta, czyli Ted] mnie rozbroił na liście dyskusyjnej naszego kącika Fantastyki - napisał, że wrócił z seansu, i że mu się podobało, i spytał komu jeszcze. No to ja mu oczywiście wyłożyłe swoje, a on na to - "A windoo czy ty czytałeś książkę? Jak nie to przeczytaj" - pozdrowienia! :). Badziew i jeszcze raz badziew.

windoo