| |
Polityka w fantasy
Hm, tak jakoś ostatnio zainteresowałam się polityką. Naprawdę - jak jem kolację, to do
towarzystwa z rodziną nawet oglądam wiadomości (a nienawidzę telewizji). I zaczęłam czytac, tfu - przeglądać,
bo czytaniem nie można nazwćc przeczytania czterech artykułów na co sto stron, "Wprost". Ale jednak.
Moi przyjaciele uważają, że coś jest ze mną nie tak, i co mnie ten cały brud obchodzi. Ale jakoś tak obchodzi.
Wiekszość ludzi szuka tego, co ma na codzień w książkach i filmach (np. telenowele, "powieści dla
młodzieży"), ale ja do nich nie należę - lubię fantasy, a bynajmniej elfem nie jestem. Tutaj jednak to
się sprawdziło - i postanowiłam się zająć, zgodnie z tytułem, polityką w fantasy.
Taaak... A więc należy zacząć od Tolkiena. W jego książkach polityki porządnej brak. Nie ma się czemu dziwić i
nie można mieć o to do mistrza pretensji - jego książki nie mają mieć realizmu, ale ta unikalną
"baśniowość" z założenia. A w baśniowości nie ma polityki, bo po prostu nie pasuje i psuje wrażenia.
Można by sobie wyobrazic dodatkowy rozdział "Wadcy" cały polegający na przemyśleniach i knuciach
Sarumana, ale to by po prostu nie było na miejscu. Wiadomo, że są jakieś tam przymierza, pakty, waśnie i
otwarte wojny, nawet zdarzają się zdrajcy i tajni agenci (Grima jest najbardziej znany), ale coś bardziej
złożonego, jak już napisałam, nie pasuje do klimatu.
Tymczasem Saga ASa - w Sapku polityka jest jakby przeniesiona z XX wieku i przerasta - jest o wiele lepiej
rozwinietą, niż wszystko inne. Po prostu Dijkstra i jego agenci, pomysly Emhyra var Emreisa, spiski loży
czarodziejek nie mogą się w żaden sposób mierzyć z jeżdżącym po kraju z mieczem wiedźminem zabijającym
potwory. Trzeba dodać, że ludzie, oprócz wieśniaków i tych z niższych sfer sa baaardzo sprytni, kombinują jak
mogą i w ogóle myslę, że są inteligentniejsi od dzisiejszych Polaków (ykhm, właściwie być inteligentniejszym
od dzisiejszych Polaków wcale nie jest trudno).
Dalej z wielkimi writerami fantasy... Hm, nie czytałam innych wielkich pisarzy fantasy, co najwyżej takich
mniejszych, których nie warto opisywać. No, jednego science fiction i jeszcze jestem w trakcie czytania jego
pierwszej książki - Frank Herbert (jakby się ktoś już wpieniał, to go wcale nie zaliczam do tych
mniejszych - wręcz przeciwnie). Taaak, tam polityka stoi na wysokim poziomie, jak u Sapka. A może nawet na
wyższym... A najlepsi z tego są chyba Baron Harkonnen i Thufir Hawat, a zaraz po nich Leto i Paul. I tam też
ludzie sa inteligentniejsi, niż teraz - i to o wiele.
Hmmm... I to już chyba tyle. Mogłabym się rozdrabniać i opisywać politykę mniej znanych autorów, jak
np.... Np. Michael Ende (baaardzo go lubię), ale mi się po prostu nie chce. Wiec teraz podsumowujaco
stwierdzić jedno - w polityce fantasy najlepszy jest Sapek.
Renfri
|
|