Roger Zelazny - "Pan Światła"

"Pana Światła" znalazłem, podobnie jak kilka innych tytułów, w bibliotece. Sam się w zasadzie sobie dziwię, czemu dopiero teraz. Zapisany byłem (i jestem) gdzieś od połowy roku, regularnie przychodziłem i przeglądałem tytuły, skrupulatnie, powiedziałbym na dodatek. Któregoś dnia przychodzę, patrzę i własnym oczom nie wierzę. Książka Rogera Zelaznego! Tego samego Rogera Zelaznego, który napisał wspaniałe "Kroniki Amberu" i ich niedokończoną kontynuację z dopiskiem "Drugie". Zatkało mnie do tego stopnia, że bez wahania ją wziąłem i opuściłem lokal (oczywiście po formalnościach).
Pierwsze uczucie, jakie towarzyszyło przy pierwszym kartkowaniu książki (zawsze tak robię przed rozpoczęciem czytania, sam w gruncie rzeczy nie wiem czemu) można uznać za podniecające i niezwykle ekscytujące. Wreszcie zająłbym się czymś, ca nadaje się do czegoś więcej niż wysmarknięcia, za przeproszeniem, nosa. "Kroniki Amberu" wywarły na mnie niesamowite wrażenie i ukazały przykład mistrzowskiego posługiwania się takimi fajnymi znaczkami, co literki się zwą.
I tak prawdę mówiąc po 2 stronach całkowicie się zawiodłem; to nie był ten styl, a po za tym nudne jak, że się tak wyrażę, flaki z olejem. Być może była to wina wydawnictwa (Atlantis, słyszał ktoś kiedyś o takim wydawnictwie? Ja jakoś nie), które albo zapomniało zatrudnić korektę, albo ludzie za nią odpowiedzialnych szlag trafił i we wstępie przy nazwie "korekta" trzeba było dopisać "Świętej Pamięci". Oczywiście nie korekta odpowiadała za ciekawość, ale ze swojego zadania w poprawianiu błędów też się nie wywiązała wzorowo. Od literówek aż głowa mnie rozbolała.
Czemu to jednak polecam? Książka pod pewnym względem jest dziwna i trochę innowacyjna. Cała fabuła dzieje się moim zdaniem w Indiach lub Nepalu w czasie rozkwitu Hinduizmu. Według redaktora książki wszystko dzieje się na jakiejś skolonizowanej planecie dziesiątki tysięcy lat po naszej erze, co moim zdaniem jest bzdurą totalną. Oczywiście utwór nawiązuje się ogólnie do fantastyki w sposób trochę a la "Narrenturm" (czyli takie pomieszanie historii z fantastyką).
Książka ogólnie jest o tym jak tytułowy Bóg Światła - Siddhartha - Sam - Budda próbuje zdobyć władzę w niebie, gdzie rządzą tylko korupcyjni bogowie, którzy tylko ogłupiają ludzi na ziemi. Sam wątek oscylujący wokół osoby naszego bohatera jest strasznie dziwny, kręty i łatwo w nim o zgubienie się. Powód? Wszystko zaczyna się od końca (to już gdzieś widziałem, tylko nie wiem gdzie), bohater ginie 3 lub 4 razy (u Zelaznego to norma. W jego "Kronikach Amberu" Corwinowi - głównemu bohaterowi - rozgrzanym do białości prętem wypalono oczy), dwa razy opętuje inne osoby, a raz zostaje sam opętany przez ducha ognia i jako jedyna osoba zostaje wyciągnięta z nirwany przez - żeby było ciekawiej - Jamę, boga śmierci.
Ogólnie rzecz biorąc ciekawie robi się dopiero po setnej stronie. Tam też pojawia się jaki taki humor i ogólne przyspieszenie fabuły i rozgrywających się wydarzeń. Ogólnie rzecz biorąc, książka jest bardzo intrygująca i ciekawa. Nic dziwnego: dostała "Nebulę" i "Hugo", będące najbardziej prestiżowymi nagrodami fantastycznymi. I co tam? Aha. Polecam na wiosenne wieczory (a raczej nie polecałbym na wieczory. Według moich obliczeń przeprowadzonych na mnie przy czytaniu 5 części HP, czytanie wieczorem jest mniej efektywne o prawie 40% niż czytanie w dzień przy, najlepiej, naturalnym świetle. Polecam więc "Pana Światła" na długie wiosenne poranki i popołudnia).

Peter_lin

PS. Wydawnictwo Atlantis było kiedyś dość znane z wydania ilustrowanej polskiej wersji "Władcy Pierścieni".