"Wrota Baldura II - Tron Bhaala"

Baldurs Gate. Te dwa słowa wśród zainteresowanych powodują przyspieszone bicie serca, drżenie rąk, a nawet wypieki na twarzy. W internecie cały czas powstają kolejne klany, zakony, bractwa itd. Mimo, że ostatnia część serii miała swoją premierę parę lat temu, coraz więcej osób ulega jej urokowi. Powstają specjalne wydania, edycje kolekcjonerskie, a nawet książki. Książki na podstawie gier komputerowych, do czego to doszło?:-)
Ostatnio w moje oślizgłe łapy wpadła ostatnia część historii Dziecka Bhaala, spisana przez Drew Karpyshyn.Na okładce wita nas znana czaszka w objęciach czyjejś trójpalczastej dłoni. Pierwsze strony pokazują w przystępny sposób tragiczne następstwa samego faktu posiadania w swoich żyłach krwi boga mordu. Nastroiło mnie to pozytywnie, więc pełen optymizmu czytałem dalej. Jak się okazało, tylko po to, żeby zepsuć sobie nastrój.
Za co kochamy Baldurs Gate? Za wielowątkową fabułę, barwne postacie, drużynę i parę innych, nie mniej ważnych elementów. Co oferuje nam wersja papierowa? Fabuła została uproszczona do granic możliwości. Mało tego, zostały wprowadzone istotne zmiany. Jakie? Chociażby na samym początku, jak zapewne wiecie, nasz dream team zostaje zaatakowany przez czarodziejkę o Dźwięcznym imieniu Illasera Szybka. No właśnie, czarodziejkę. A kogo mamy na stronicach? Łowczynię! To dopiero przedsmak tego co nas czeka.
Wróćmy do naszych dzielnych bohaterów. Ten najważniejszy, szerzący śmierć półbóg otrzymał kretyńskie imię Abdel. Dlaczego kretyńskie. Facet pochodzi z Candlekeep, tak? Candlekeep leży na Faerunie. Skąd te imię? Przecież ani to Tethyr, ani Calimshan,a tu takie bliskowschodnie motywy. Dalej też nie lepiej. Wiecie, jaką frajdę dawało rozwijanie postaci, przydzielanie broni(Karsomir rulez!) i pancerza. Tymczasem nasz dzielny Abdel nie potrafi uniknąć skaczącego nań wilka, czy chociaż nadziać delikwenta na miecz. Wilczysko dziarsko atakuje półboga i bezproblemowo przegryza mu gardło! Ale nic to, nasz heros posiada bowiem zdolność regeneracji! taak.. jak to się ma do oryginału? Pamiętam, że w otchłani awatar mordu zyskał odporność na, jeśli się nie mylę, broń słabszą niż +2. Znaczy się, wredny zwierz powinien kły sobie połamać! Chyba, że mu drowy wymieniły na adamantytowe:-). Wredny stwór dostaje mieczem w żebra i żądny mordu abdel rozprawia się z resztą tej pomylonej watahy, dzielnie przy tym broniąc resztę drużyny. jakiej drużyny? Szczerze mówiąc, słabej. W tułaczce Abdela wspomagają Jacheira i Imoen, potem dochodzi Sarevok.Mało ich, co? A takie były możliwości... Keldorn Firecam, Edwin Odessreion, Korgan czy w końcu pomylony acz sympatyczny Minsc. Takie pole do popisu, tak zmarnowane... szkoda gadać.
W każdym erpegu wielką wagę przywiązujemy do ekwipunku. Pamiętacie stan wyekwipowania przed walką z Melisanną? Nawet buty były magiczne! Potężne miecze, topory, buzdygany, korbacze, zbroje ze smoka w dowolnym niemalże kolorze... I co? I nic. Jedyna magiczna broń, to ta, z której korzysta piątka. Różnica pomiędzy magicznym orężem i tym zwykłym ogranicza się do uniemożliwiania regeneracji, no i ładnymi, czerwonymi runami:-). Nasz bohater grzmoci tym, co akurat ma pod ręką, reszta nie lepiej. Jedynie Sarevok ma coś specjalnego. Mocną, najeżoną ostrzami i kolcami zbroję, z której ochoczo korzysta przy każdej nadarzającej się okazji.
Wspomniałem wcześniej o przekwalifikowaniu Illasery. Pozostałym też się oberwało, choć nie wszystkim. Sendai, kapłanka drowów stała się zabójczynią. to jest akurat do przełknięcia, wszak drowy są w tym najlepsze. Teraz Abazigal... Lepiej usiądźcie wygodnie. Z tego paskudnego półsmoka zrobiono maga potężniejszego od Irenicusa! Jakiś mieszaniec ma być bardziej utalentowany magicznie od Irenicusa? Śmiem twierdzić, że pokonanie tego potężnego elfiego maga było największym wyzwaniem całej,pełnej magów, serii. Wróćmy do książki... Najlepiej z oponentów zostali potraktowani Yaga Shura i Balthazar. I dobrze, bo co można było zrobić z Yaga Shury? Kapłana? To byłoby coś:Yaga Shura, ognisty olbrzym, Nosiciel Bólu Ilmatera:-).
Wszystko,co ma początek, ma też konie... ups! nie ta recenzja:-) Ale fakt faktem, recenzję trzeba zakończyć, najlepiej jakimś mądrym stwierdzeniem. Jako, że takiego nie mam, będę musiał improwizować. Książkę czyta się lekko, nie zmienia to jednak tego, że fani gry poczują się zawiedzeni spłyceniem ich ukochanej gierki. Jeszcze jedna dygresja.. Podczas czytania można wywnioskować, że jest to scenariusz filmu fantasy klasy B.

Irenicus

PS. Nie napiszę, czego słuchałem, bo trochę tego było...