Bar bez granic - wszystko na nic
Czy mnie oczy mylą, czy dawno nikt nie pisał o żadnym reality show? :) Najwyższy czas się poprawić, gdyż jeden z nich gromadził w ostatnich miesiącach przed telewizorami, jeśli wierzyć statystykom Polsatu, kilkumilionowe rzesze widzów. Mowa tu oczywiście o "Barze bez granic" - trzeciej edycji produkowanego na szwedzkiej licencji reality show z elementami pożytecznymi (uczestnicy muszą wieczorami pracować w jednym z wrocławskich barów).
Popularność "Baru III" nie dziwi mnie ani trochę. Primo: była to jedyna audycja tego typu w ostatnim czasie (brak konkurencji BB wyraźnie przysłużył się do zwiększenia oglądalności). Secundo: program poprzedziła mocna kampania reklamowa (tu dodam subiektywnie, że żałosne slogany typu: idę do Baru by coś przeżyć, coś sobie udowodnić itp. znowu podziałały, ponadto wizja nagrody - pensji na całe życie skusiła niejednego). Tertio: organizatorom udało się zwabić do programu dwie gwiazdy: Frytkę (wyniesioną na salony poprzez seks w wannie przed kamerami BB) oraz Iwonę Guzowską (mistrzynię boksu, której - ależ niespodzianka, nigdy bym się nie spodziewał - zaproponowano rzekomo podczas trwania programu walkę, transmitowaną oczywiście przez niezawodny Polsat).
Ludzie zaproszeni do udziału w show to osobny temat. Jak wiadomo, potrzeba było pięknych, wyrazistych postaci bez większych zahamowań - przecież publika nie może się nudzić. W efekcie mieszanka zaserwowana przez producentów na pewno nie pozostała bez echa. Oczywiście w pierwszych tygodniach odpadli najnudniejsi i najbardziej wkurzający, zaś potem mogliśmy już tylko upajać się popisem prawdziwie medialnych osobowości. Od początku widoczny był Damian - buddysta, filozof, poeta, a nawet bioenergoterapeuta (zastanawiam się czasem, czy to nie Polsat nasyłał na Damiana ludzi rzekomo uleczonych przez jego ciepły głos, notabene wykorzystany znacznie wydajniej do reklamowania samochodów w radiu niż uzdrawiania). Jego mądrości wywoływały u mnie dyskretny uśmieszek, bo jak inaczej reagować na kolesia, który stek banałów traktuje jako prawdy objawione? Dużo większą radość sprawiło mi jednak to, że Damian wśród współtowarzyszy niedoli znalazł wiernych słuchaczy swych wywodów, co jednoznacznie świadczy o poziomie programu. Najbardziej podobały mi się pseudodysputy o filozofii toczone często nocami, podczas których wychodziła na jaw płytkość uczestników i banalność ich przemyśleń. Mogliby chociaż nie udawać gości "Pegaza" czy "Ogrodu sztuk", a po prostu przyznać, że biorą udział w programie rozrywkowym.
Tu mała uwaga natury ogólnej: czy oni (organizatorzy) dosypują im (uczestnikom) coś do Polococty, a może puszczają jakiś gaz ogłupiający? Podobno w sytuacjach ekstremalnych ujawnia się prawdziwa natura człowieka. Jeśli tak ma wyglądać człowiek naprawdę, to ja chcę być amebą! Przecież takich prymitywnych zabaw, jakie urządzali sobie barowicze (podobno dojrzali i doświadczeni), wstydziłyby się nawet dzieci w przedszkolu. Tu podobieństwo do BB jest wręcz uderzające - w dzień wolny - oznaczający mniej więcej tyle, co swobodny dostęp do alkoholu - w "Barze bez granic" urządzano dzikie harce. Zaczęło się niewinnie - od jajek rozbijanych na głowach barowego casanovy, Macieja. Z biegiem czasu uczestnicy dawali upust emocjom oblewając się wiadrami wody, wrzucając do jeziorek (niszcząc większość mikroportów), rozbijając lustra weneckie. Wszystko przebiło jednak taplanie się w mące i bieganie wokół domku z radosną pieśnią na ustach: "Oglądajcie Bar i nasze fajne aaaakcjeeee...". Bez komentarza. Aha, zapomniałbym. Uczestnicy udowodnili jednak swą dojrzałość, młodzieńczą skłonność do buntu, siłę kolektywu... przemycając alkohol do domku i pijąc w dniu bez picia. Muszę przyznać, że takie szczeniackie zagrywki w wykonaniu dwudziesto-czterdziestolatków kompletnie mnie rozbroiły... ach, przepraszam, oni po prostu lubią czasem się zabawić, zaszaleć, żyć pełnią życia...
Warto nakreślić sylwetki największych gwiazd trzeciej edycji Baru. Oprócz wyżej wymienionych we Wrocławiu pojawili się także: Agnieszka, której życiowym marzeniem była sesja do "CKM", Aldek, w wolnych chwilach rozmawiający o seksie z maskotkami, Krzysio - raper na wózku, bardzo wytrwały w swoich postanowieniach (po przebytej chorobie płuc zadeklarował na wizji rzucenie palenia, po czym po powrocie do domu ze studia od razu wyskoczył z koleżankami na papieroska - cóż za niefart! a już byłoby okrąglutkie hasło reklamowe: Bar - u nas rzucisz palenie!). Pokaźnych rozmiarów fragment można by poświęcić Frytce, która chciała udowodnić, że "jest zwykłą dziewczyną, ma marzenia, jest jaka jest, jest sobą" (niepotrzebne skreślić). Długo by pisać, moim zdaniem pani Agnieszka F. nie pokazała niczego wartościowego, a jej zachowanie nie różniło się niczym od tego, co zaprezentowała w BB. O, pardon, tym razem z nikim nie spała (Maciek był niezdecydowany i powiedział, że jej nie kocha), poza tym, jak to sama powiedziała Amandzie, "nie przyszła do programu, żeby się z kimś przespać, bo ma już to za sobą" (autentyczne!!!). Ręce opadają, a to tylko wierzchołek góry lodowej - nie wspomniałem o pobiciu Aldka i robieniu z siebie idiotki na wizji - głupkowatych wrzaskach, uśmieszkach, wypowiedziach zaczynających się od "znaczy się wiesz co? powiem tak..." (tej manierze uległ cały "gang blondynek" trzymany w ryzach przez Frytolinkę). W tym miejscu pragnę podziękować tej części społeczeństwa, która nie pożałowała 2,44 na sms i wyrzuciła Frycię z baru przy pierwszej okazji, pozbawiając szans na, zdawałoby się, pewną wygraną. Finał rozstrzygnął się między pseudomędrcem ze Wschodu, a pięknym, acz mało rozgarniętym bożyszczem kobiet. Wygrał ten drugi, inkasując 300 tys. zł.
Właściwie jedyną pozytywną bohaterką programu była Iwona Guzowska. Podejrzewam, że gdyby nie była bokserką, nikt nie wpuściłby do reality show tak wyważonej, spokojnej, szczerej i pracowitej osoby, zupełnie obojętnej wobec medialnego szumu wokół jej osoby. Moim zdaniem jedynie ona zasłużyła na zwycięstwo, jednak w połowie programu pokazała klasę i odeszła z "Baru" na własne życzenie. Stwierdziła, że nagroda na pewno przyda się komuś innemu. Podziwiam ją też za to, że wytrzymała ponad miesiąc w towarzystwie tak pokręconych i fałszywych osób, bardziej niż wygranej żądnych taniej popularności. {Wszystko pięknie, tylko czemu tak wyważona, spokojna, szczera i pracowita osoba dała się zagnać do "Baru"? Chyba nie siłą - zdołałaby się obronić ;).}
Od strony realizacyjnej program niczym nie różnił się od poprzednich edycji. Tak jak poprzednio dochodziło do absurdalnych sytuacji, kiedy specjalny program na żywo stał się rutyną, zaś drobne epizody urastały do rangi wielkich wydarzeń. Kwestia prowadzącego także nie wymaga komentarza: etatowy gospodarz programów stacji Solorza, Krzysio Ibisz, i tym razem nie zawiódł, z tym, że kreował się na świńtuszka (te pogawędki z Frytką, aluzje seksualne, kurwiki w oczach... o, pardon, to nie ta audycja), a w la grande finale brawurowo zaśpiewał z playbacku (podobnie zresztą jak większość gwiazd jednego sezonu, czy nawet jednego utworu, pojawiających się w "Barze" jako goście specjalni) rewiową pioseneczkę. Ludzie, ja nie wytrzymam...
Tekst płynie i płynie, a konkluzji nie widać. Jak zauważyliście, nie jestem zbyt przychylnie nastawiony do tego programu, a jednak znam koleje losu jego uczestników. Nasuwa się pytanie, po co właściwie oglądam "Bar", skoro uważam tę audycję za szczyt głupoty, bezsensu, wypaczenia ludzkich wartości. Szczerze mówiąc, reality show wciąga i to nie dlatego, że interesuje mnie życie erotyczne Frytki, ale traktuję takie programy jako studium ludzkich zachowań. Wnioski, jakie przychodzą na myśl po obejrzeniu takiego programu nie napawają optymizmem i sprawiają, że tracę wiarę w ludzi. Na szczęście to tylko ludzie z dolnej półki intelektualnej, którzy szybko zostaną zapomniani. Prawda?
SZkodek
szk@pf.pl