Animatrix, arcydzieło na miarę pierwszej części Matriksa
Nigdy bym się nie spodziewał, że kiedykolwiek spodoba mi się jedna z tych "japońskich bajeczek". Życie jest pełne niespodzianek. :) Do "Animatriksa" podszedłem, nie licząc już nawet moich mangowych uprzedzeń, dość sceptycznie. Nie wydawało mi się, że cokolwiek, co jest związane z "Matriksem" może się udać. Beznadziejna gra "Enter the Matrix", nudny "Matrix: Reaktywacja" tylko potwierdzały moje obawy. Tym razem Wachowskim udało się zachować twarz. No, faktycznie nie brali oni zbytnio dużego udziału w produkcji serialu, a jedynie opieczętowali go swoim symbolem. Dobre i to. Ale przejdźmy do rzeczy...
Serial jest podzielony na dziewięć (jeśli się nie pomyliłem) odcinków. Tylko dwa są ze sobą połączone tematycznie. Mamy więc siedem zupełnie różnych historii. Każda z nich została narysowana w inny, niepowtarzalny sposób. Na przykład animacja w "Ostatnim locie Ozyrysa" wygląda zupełnie jak prawdziwa. Z kolei "Opowieść dzieciaka" (Kid's story) charakteryzuje się przejaskrawionymi konturami. Efekt bardzo ciekawy. Nie znam się tym, ale fanom anime powinno się spodobać. :) Najciekawiej prezentuje się właśnie kontrast pomiędzy stylem rysowania w poszczególnych epizodach. Nie wolno jednak zapominać o fabule, która jak dla mnie w kreskówkach jest najważniejsza. Nie zapomniano o niej i w "Animatriksie". Oglądając serial, dowiemy się, w jaki sposób ludzie przegrali wojnę z maszynami, dlaczego tak niewielu przetrwało i gdzie powstało pierwsze miasto maszyn. To nie koniec - jest też historia opowiadająca o detektywie tropiącym Trinity. Warto odnotować, że cały odcinek narysowano... bez użycia kolorów (oprócz czarnego i białego, oczywiście ;) ).
Serial jako całość prezentuje się znakomicie. Warto sięgnąć po jego wersję na DVD. Choć może lepiej poczekać, kiedy pokaże się w telewizji... :)
Ti-mon
okey3@interia.pl