Spowiedź Samobójcy
Wszystkie książki / filmy / gry / osoby pojawiające się w tym tekście nie są w najmniejszym stopniu
odpowiedzialne za mój czyn. Proszę, aby nikt nie doszukiwał się w nich czegoś złego, nie obwiniał ich za to,
co zrobiłem.
Cóż... W końcu podjąłem decyzję. W końcu piszę ten tekst. Mam nadzieje, iż
odpowie niektórym na pytanie: Dlaczego? Nie będzie mi dane zobaczyć, czy spełnił
swoją rolę czy też nie...
No cóż... Zaczynam właściwą część tekstu!
Świat zawsze był dla mnie cholernie ciekawą materią. Chciałem wiedzieć (tak jak
wielu) jak powstały piramidy, jak działają wszelakie urządzenia... Więc, co logiczne,
poznawałem, uczyłem się. Lecz zauważyłem bardzo szybko, iż wiedza, jaką
zdobywam, wiedza o zwykłym, otaczającym ludzi świecie, nie daje mi radości.
Zacząłem się więc zagłębiać, interesować się rzeczami, których nikt jeszcze nie odkrył
i długo nie odkryje (miałem taką nadzieję, że dopiero ja to osiągnę). Nawet nie wiecie
ile radości przyniosło mi rozwikłanie jednej z łamigłówek, nad którą ludzie przez
długi czas łamali sobie głowę i nie potrafili jej rozwiązać! (chodzi mi tu o
łamigłówkę, którą ostatnio widziałem pod nazwą "Zagadka Einsteina", później
zamieszczę jej treść - jeśli ją znajdę). Wiedza ta dawała mi radość. Niestety tylko
początkowo. Im więcej odkrywałem, im coraz częstsze byłe te odkrycia, coraz mniej
się z nich cieszyłem.
W tym miejscu muszę także wspomnieć, iż rozwiązywałem nie tylko to, czego nikt
nie odkrył, ale także to, co wielu sprawiało ogromnie trudności, bądź też to, co już
dawno rozwiązano (bez większych problemów), ale ja nie miałem dojścia do
rozwiązania.
Nie tak dawno (2 - 3 lata temu) zacząłem się interesować magią. Tą najprostszą,
opisywaną w baśniach, legendach, mitach. Z oczywistych powodów zacząłem się
zagłębiać coraz dalej w nią (może lepiej będę pisał "Nią" - chociażby z szacunku, jaki
do niej ciągle żywię). Poznałem różne Jej prawdziwe twarze - thelema, kabała (której
dość mocno nie lubię) i wiele innych.
Razem z magią zacząłem dogłębnie badać ludzką psychikę. Zasady zachowania
się człowieka, co nim kieruje, czy też jakie są jego wartości. Mało kto zdaje sobie
sprawę, iż dobry psycholog po krótkim czasie potrafi odgadnąć wiele nie ukazanych
przez pacjenta cech, a bardzo dobry (niewielu takich jest na tym świecie), w
wyjątkowo krótkim czasie potrafi określić całą osobowość, cały system wartości
każdego człowieka.
Cieszyłem się jak dziecko, gdy zauważyłem u mej siostry książkę o psychologii ( co
też ona widziała tam wyjątkowo trudnego? Wyjątkowo się zdziwiłem, iż na studiach
przerabiają aż tak proste, oczywiste można by rzecz, rzeczy). Lecz czas mijał, me
zdolności się rozwijały, zadawałem sobie to nowe pytania (tak jakby odpowiedzi na
poprzednie nie dawały żadnych nowych...), aż w końcu zainteresowałem się ową
straszą, nie pojętą, ale jakże pociągającą rzeczą - Śmiercią.
Jakiś rok temu pojawiły mi się pierwsze o Niej myśli. Na początku nieskładne strzępy
myśli, raczej związane z inną sprawą, niż z Nią. Lecz w końcu wykrystalizował się
tok myślenia (jeśli można tak powiedzieć) związany głównie ze Śmiercią.
Śmierć, co się dzieje z "duszą" po opuszczeniu ziemskiego padołu (czy ona go
opuszcza?) i w końcu odwieczne pytanie: Czy po śmierci zniknę, przestanę istnieć,
czy może trafię na jakieś piękne pola (ktoś pewnie powie, że trzecie pytanie jest
wyjątkowo podobne do drugiego... Ma rację. Ale spodobało mi się i to i to pytanie,
więc zamieściłem obydwa, co z tego, że prawie identyczne?). Próbowałem różnych
metod, aby jak najwięcej się o niej dowiedzieć. Lecz jak wiadomo, najlepszym
sposobem, aby coś poznać, jest dotrzeć do tego, zbadać to osobiście. Na początku
zastanawiałem się nad ludźmi, który przeżyli śmierć kliniczną, czytałem każde ich
wypowiedzi, jakie wpadły mi w ręce, aż w końcu sam zapragnąłem coś takiego
przeżyć. Przez jakiś tydzień myślałem nad jakimś sposobem, który by mi umożliwił
umrzeć klinicznie. Jednak nic. Nic, co mogłoby mi dać takową sposobność. A skoro
jednym sposobem się nie da, to wybiera się innych, czasem bardziej drastyczny od
pierwszego. A cóż jest bliższe śmierci klinicznej od zwykłej śmierci? Od wyłączenia
całego organizmu, wyłączenia psychiki (libido, psyche, ego, superego - wiele jest
nazw na coś, czego jeszcze nikt nie zdołał określić - iście zabawne!).
I tak w olbrzymim skrócie przedstawia się moja droga do zatracenia. Niżej napiszę to
samo, tylko jakby trochę z innej perspektywy (bardziej rozwinę). Ale na razie
przedstawię coś innego:
Zagadka Einsteina:
5 ludzi zamieszkuje 5 domów w 5 różnych kolorach. Wszyscy pala papierosy 5
różnych marek i pija 5 różnych napojów. Hodują zwierzęta 5 różnych gatunków.
Pytanie: Kto hoduje rybki?
*Norweg zamieszkuje pierwszy dom
*Anglik mieszka w czerwonym domu
*Zielony dom znajduje się po lewej stronie domu białego
*Duńczyk pija herbatkę
*Palacz Rothmansów mieszka obok hodowcy kotów
*Mieszkaniec żółtego domu pali Dunhille
*Niemiec pali Marlboro
*Mieszkaniec środkowego domu pija mleko
*Palacz Rothmansów ma sąsiada, który pija wodę
*Palacz Pall Malli hoduje ptaki
*Szwed hoduje psy
*Norweg mieszka obok niebieskiego domu
*Hodowca koni mieszka obok żółtego domu
*Palacz Philip Morris pija piwo
*W zielonym domu pija się kawę
(Nie dawno, gdy spróbowałem ją rozwiązać, minęło pół godziny, zanim tego
dokonałem; obecnie jest to dla mnie prosta łamigłówka - pewnie nie tylko dla mnie -
ale radość, gdy ją pierwszy raz rozwiązałem była ogromna - miałem w końcu 11 lat i
nikt wokół nie był wstanie jej rozwikłać)
(A co do odpowiedzi - pozostawiam to Wam. Powodzenia życzę!)
W tym momencie pragnę zauważyć ważną rzecz - otóż, tekst ten jest pisany w
wyjątkowych okolicznościach (już niedługo mnie na tym świecie nie będzie). Owe
okoliczności sprawiają, iż wiele myśli przepływa przez mą głowę i piszę bez jakiegoś
planu, jak to mówią, co też mi ślina na język przyniesie ( to się odnosi do mówienia,
ale tu też można tego użyć).
Edgar Allan Poe
Annabel Lee
Stało się wiele lat temu, że była
W królestwie nadmorskiej mgły
Dziewczyna, którą, być może, poznacie
Pod imieniem Annabel Lee;
Tym jedynie żyjąca, by mnie kochać i być mi
Ukochaną po kres naszych dni.
Ja byłem dzieckiem i ona też dzieckiem
W królestwie nad morzem, co grzmi,
Lecz miłością kochaliśmy się większą niż miłość
Ja i moja Annabel Lee;
Że i serafowie niebiescy w połowie
Nie byli szczęśliwi jak my.
I właśnie dlatego, wiele lat temu,
W królestwie nadmorskiej mgły
Z chmur wiatr po nocy tak chłodem przejął
Moją śliczną Annabel Lee,
Że zjawili się jej urodzeni wysoko
Krewniacy i wzieli mi
Najdroższą, aby ją zamknąć w grobowcu
Nad morzem, które grzmi.
Anieli nam w niebie pozazdrościli,
Że nie są szczęśliwi jak my,
Tak! właśnie dlatego (wszyscy to wiedzą
W królestwie nadmorskiej mgły)
Z chmur wiatr wychynął, aby ostudzić
I zabić mi Annabel Lee.
Lecz nasza miłość przemogła miłość
Tych istot, starszych niż my,
Dużo mądrzejszych niż my,
I ani w niebie nad nami anieli,
Ani też diabły w podmorskiej topieli,
Nikt nigdy już duszy mej nie oddzieli
Od duszy Annabel Lee
Co wzejdzie księżyc, to mnie się śni
O ślicznej Annabel Lee;
Z gwiazd w podobłoczu mi lśni blask oczu
Mojej ślicznej Annabel Lee;
Do boku jej leżę co noc przytulony,
Mojej miłej, najmilszej, mego życia, mej żony
W grobowcu, gdzie morze grzmi,
W jej grobie nad morzem, co grzmi.
Powyżej zamieściłem mój ulubiony Wiersz. Prawdę powiedziawszy mimo wielu Jego
pięknych cech, mimo tego, iż znajduję w Nim w każdej chwili coś pięknego, coś
doskonałego, nie wiem za co Go kocham. Czy to za opis specyficznej, doskonałej
miłości? A może jego forma: delikatne rymy, czysty rytm...? A może też to coś... Ta
Jego natura? Nie wiem. Nie wiem i prawdę mówiąc, nie chcę wiedzieć. Coś w Nim
jest, coś, co "każe" mi Go uznawać za doskonałość. Więc uznaję.
Jest jeszcze jedna możliwość: mimo wielu różnych cech, bohater tego utworu jest
identyczny ze mną. Ta sama dusza, nie pozwalająca zapomnieć o jedynej miłości
(tyle, iż u mnie ta jedyna miłość jest pomnożona przez dwa; kocham prawdziwie,
wiecznie, dwie osoby), to samo serce, sprawiające, iż mimo wszystko, mimo piękna
otaczającego świata, liczy się tylko Ona, ten sam umysł, stworzony do kochania
czysto i potężnie.
A czynnikiem, najbardziej wiążącym mnie z tą postacią jest to, iż podobnie jak ona,
ma miłość nie jest sielanką, jest cierpieniem. Dla mnie, cierpieniem przez
wyrzeczenie - Kocham tak bardzo, iż nie mógłbym sprawić by któraś z tych
Dziewczyn cierpiała, gdy odejdę (nie chcę, by któraś się we mnie zakochała).
Tak... Miłość, wiedza... Chwila, w której napiszę powody, które popchnęły mnie do
tego czynu zbliża się... Ale zanim przedstawię te powody, umieszczę jeszcze jeden
tekst. Jest to zbiór myśli, moich myśli, które zbierałem przez pewien czas (tytuł
całkowicie przeze mnie wymyślony):
Exhilibritium
1. Za jakieś milion lat z moich części powstanie jakiś inny człowiek. Najpierw umrę i
stanę się minerałem. Potem rośliną. Następnie zwierzęciem i w końcu człowiekiem.
Koło losu toczy się niestrudzenie.
2.Psychopata jest mądry. I basta!
3. Śmierć na wojnie pięciu tysięcy żołnierzy boli mniej, niż śmierć dziesięciu tysięcy
żołnierzy. Ale śmierć tysiąca żołnierzy na "bez krwawej" wojnie boli dużo bardziej
niż śmierć dwudziestu tysięcy żołnierzy na wojnie "krwawej"
("bez krwawa" - bez ofiar. Z założenia szybka i dobrze przeprowadzona akcja.
"krwawa" - ofiary są w nią "wliczone".)
4. Walka z wszelkimi nałogami jest ciężka. A najgorsze są upadki podczas niej. Lecz
radość, jaką osiągamy na końcu drogi jest niewyobrażalnie większa od pracy, jaką
musieliśmy włożyć w zerwanie z nałogiem.
5. Jak pisarz opisuje przeogromne piękno? Odkłada pióro. A rzeźbiarz? Odkłada
dłuto. Podobnie jak i malarz odkłada pędzel.
6. Geniusz tworzy chore teorie. A co najgorsze, udowadnia je.
7. Ludzie! Jak ja kocham marzyć! A nuż się któreś marzenie spełni?...
8. Arcydzieła tworzą ludzie, nie bogowie.
9. Arcydzieła nie są łatwe, proste. Są zagmatwane, nowatorskie. I właśnie dlatego są
arcydziełami.
10. Gdy się posiada talent, można stworzyć coś albo pięknego, słonecznego, albo coś
mrocznego, odrażającego. Lecz cokolwiek się stworzy, będzie to uznane za coś
genialnego.
11. Podpisałem cyrograf...
Stałem się niczym...
12. Bardziej nas boli, gdy ktoś okradnie staruszkę, niż biznesmena. Nieważne, że i
ona i on tracą tyle samo. Nieważne, że biznesmen ciężką pracą doszedł do tego, czego
nie udało się uzyskać staruszce. Po prostu nie ważne.
13. Doskonała miłość śmieje się z ograniczeń. Czy to prawnych, czy moralnych, czy
jakich tam jeszcze.
14. O ironio, matko bogów, cóżeś przyjdzie począć mi?!
Czternaście krótkich myśli. Początkowo miałem zamiar je komentować, przy nie
których napisać coś wyjaśniającego, ale zrezygnowałem. Miałem coś napisać o
całości, ale także zrezygnowałem. Przejdźmy dalej.
Tym razem krótki fragment o genialnym filmie Luc'a Besson'a "Léon":
Przy wierszu nie wiedziałem, co też mi się w nim tak naprawdę podoba. W filmie
wiem. Wyjątkowo podoba mi się wszystko. I logiczna, prawdziwa fabuła (kto mi
powie, iż nie istnieją mordercy tacy jak Léon i takie nad wiek dojrzałe dziewczynki
jak Mathilda? Jest ktoś taki? Jeśli jest, to niech wie, iż się myli. Istnieją tacy ludzie. W
tych kilku miliardach jest kilka takich postaci...). I doskonała gra aktorska Jean'a
Reno, czy też Natalie Portman. Podoba mi się cała oprawa filmu: efekty wizualne
(doskonale pasują do niego), muzyka (piękna). Mógłbym pisać i pisać o tym filmie,
ale nie bardzo wiem po co. Gdy się coś kocha nad życie, tak jak ja np. kocham ten
film, to się uważa, iż te kilka słów wystarczy, by ukazać jego piękno. Każdy następny
wyraz, zdanie zamazuje to piękno.
Nadszedł w końcu moment, w którym opiszę moją drogę do zatracenia (jak to pięknie
brzmi!)
Prawdę powiedziawszy, prostego życia to ja nigdy nie miałem. Z pewnych powodów
(nie którym znanych, a reszta niech się nie dopytuje z jakich). Tak sobie żyłem,
poniżany, upokarzany. Moja psychika uległa spaczeniu. Stałem się ofiarą. Pogrążałem
się coraz dalej i dalej, aż w końcu, zmieniłem otoczenie. A dokładniej szkołę. Dwa
wakacyjne miesiące, były okresem wytężonej pracy. Przeanalizowałem całe swoje
życie i znalazłem w nim wiele pięknych, uroczych momentów. Przestudiowałem całą
moją psychikę i odnalazłem na jej dnie coś wyjątkowego - inną psychikę, potężną,
pewną siebie, zdolną tworzyć, zmieniać świat. Początkowo chciałem ją przywrócić (to
była moja stara psyche, jeszcze zanim dałem się poniżać), ale zauważyłem, że jej
przywrócenie zuboży mnie. W końcu ta nowa także miała w sobie wiele dobrych
cech... Tak więc, pozostawiłem nową na górze, a starą zostawiłem na dole, ale
uaktywniłem ją. W momencie, gdy piszę ten tekst osiąga ona coraz większą władzę
(dawno już zrzuciła nową na dół). Coraz częściej się nią posługuję.
Po tych dwóch miesiącach trafiłem w zupełnie inny świat. Niech go nazwę "światem
ludzi mądrych" (co za idiotyczna nazwa!). Jakże prosto i szybko mogłem rozwijać
moją psyche! Przez dwa lata osiągnąłem kilka tysięcy razy więcej, niż podczas reszty
mojego życia (która nie była bezczynna). Rozwijałem się, uczyłem... Uczyłem się nie
tylko przedmiotów w szkole. Uczyłem się także poza nią. Zgłębiałem psychologię i
wszystko, co z nią związane, poznawałem dogłębnie magię, czy też socjologię.
Moja nowsza psyche istniała i reagowała na otaczający świat tak, jakby nie było tej
starszej (w niej tylko zbierałem i analizowałem dane - na początku). Minął jednak
pewien czas i starsza zaczęła kontrolować nowszą. Coraz bardziej i bardziej, ale nigdy
się nie wychylała. Była jak najlepsi doradcy, co stoją przy królach i niby im
podpowiadają, a tak naprawdę rządzą państwem. Jednak to nie było czymś dobrym
dla mojej podświadomości. Alter ego jest wyjątkowo szkodliwe dla podświadomości,
a co dopiero gdy istnieją dwie równoległe, cały czas aktywne świadomości!
Nie będę więcej pisał ogólnie o mej psychice i zajmę się przedstawieniem myśli, które
zawiodły mnie nad przepaść (gdyż już zaczynałem odchodzić od tematu). Lecz zanim
owe myśli, krótki fragment o moim spojrzeniu na religię:
Przez większość swego życia traktowałem boga chrześcijańskiego (boga z małej, gdyż
nie jest to jego imię, a te wszystkie gadki, iż pisze się o nim z wielkiej litery, z
powodu szacunku, pozostawię bez komentarza) jak każdy w moim wieku. Ani nie
byłem zbyt pobożny, ani też nie oddalałem się od niego. Jednak przed bierzmowaniem
uwierzyłem w niego wyjątkowo głęboko. Na cały miesiąc... Bierzmowanie było w
maju, a ja w czerwcu zostałem ateistą (śmieszne, co nie?). Ów ateistą byłem przez
jakieś dwa miesiące, do czasu, gdy w internecie znalazłem strony poświęcone
satanizmowi. Rzadko kiedy w dzisiejszych czasach widzi się dość duże grono ludzi
rozmawiających ze sobą w sposób inteligentny i kulturalny. A ja na forum jednej ze
stron satanistycznych znalazłem takie grono. Łańcuchowo, zainteresowałem się
satanizmem i zauważyłem, iż mam wiele cech do niego pasujących, więc przybrałem
miano satanisty. Mijały miesiące, a ja się zastanawiałem nad tym. W końcu
zauważyłem, iż coraz bardziej oddalam się od satanizmu, a przybliżam do innej idei,
zwanej dyskordianizmem. Dyskordianizm, czyli chaos. Tak to można najprościej
określić. A dokładniej: jest to idea mówiąca, iż chaos jest wyjątkowo twórczą tkanką,
z której można utworzyć wszystko (nawet wielkie religie mówią, iż świat powstał z
chaosu). Lecz nawet dyskordia mnie niejako ograniczała. W końcu, po kilku
rozmowach z panną Kostrzewską (wspaniałą osobą poznaną przeze mnie na forum
satan.pl) oraz z kilku innych (mało znaczących powodów) wybrałem jeszcze inny
system. Mój. Zaczerpnąłem i z chrześcijaństwa, i z satanizmu, i judaizmu,
i buddyzmu, i hinduizmu, czy też z dyskordianizmu i wielu innych religii i filozofii.
A teraz obiecany powrót do tematu:
Otóż jak już pisałem chyba dwa razy, interesowałem się całym otaczającym światem
pod kątem jego duchowości (psychologia, magia...). To wypaczyło moją już chorą
świadomość. Gdyż, jeśli ma się poważne z nią problemy nie należy brać się za
wyjątkowo trudne dziedziny, które mogę zmienić nasz światopogląd. Wtedy należy
działać powoli, systematycznie, aby jej jeszcze bardziej nie uszkodzić.
Ja zaś nie bacząc na ryzyko rozwijałem się chorując coraz bardziej. Rok temu
poznawałem ludzi, uczyłem się, a w tym roku zacząłem oprócz tego także tworzyć i
zmieniać różne rzeczy w mojej podświadomości i świadomości. Nauczyłem się być
wesołym, czy też smutnym na zawołanie - prawie nikt nie wie, iż miałem depresję.
Jest to wyjątkowo przydatne, wtedy, gdy pracuje się nad czymś większym i chce się,
aby ludzie przez pewien czas na ciebie patrzyli w dany sposób. Idąc dalej, nauczyłem
się także zasmucać ludzi i ich rozweselać, zależnie od własnych chęci (potrafię
zasmucić i rozweselić dosłownie każdego). Nauczyłem się także określać zachowanie
ludzkie i wyciągać z tego wnioski (jak dobry psycholog). A tym, z czego jestem
najbardziej szczęśliwy, jest mój talent. Talent, który wyjątkowo silnie skorzystał na
zmianach w mojej psyche. Rozwinąłem go wyjątkowo mocno. W tym tekście tego nie
widać, gdyż po prawdzie nie chcę, aby ów tekst był czymś wyjątkowym.
Potwierdzenie rozwijania mego talentu mam m.in. w tym, iż moje prace / teksty były
wielokrotnie wysoko oceniane przez różnych ludzi. Raz nawet wygrałem konkurs
zorganizowany przez kilka wydawnictw współpracujących z czołowymi pisarzami
polskiej fantastyki. Wiele z moich tekstów jest w internecie, podpisanych jedynie
moim pseudonimem literackim, i większość z nich cieszy się wielką popularnością.
Inną nauką, jaką wyjątkowo rozwinąłem jest szeroko pojęte krasomówstwo. Potrafię
bez większych problemów przekonać daną jednostkę do swych racji i to tak, iż myśli
ona, iż to są jej racje. Stosuję tę umiejętność nawet dość często, ale wyjątkowo słabo.
Nie chcę zbyt mocno jej używać, gdyż wtedy mogłaby stracić na sile (a także nie
zawsze jest sens w przekonywaniu innych do swych racji).
A czymś, co mi po prostu genialnie wychodzi, jest to odgrywanie ofiary. W starej
psyche zapisana jest cała moja historia, gdy byłem ofiarą. Teraz nowa, czerpiąc ze
starej, wykorzystuje tą umiejętność perfekcyjnie. Ktoś się może zapytać, co też daje
odgrywanie ofiary?
Otóż, daje bardzo dużo. Pozwala poznawać od różnych stron ludzi, pozwala osiągać
lepsze wyniki, praktycznie zerową pracą (ileż to już razy byłem chwalony za jakiś
czyn, za jakąś pracę, którą mógłbym wykonywać bez końca w taki sam, dobry sposób.
A ludzie myśleli, iż ja żem się wiele natrudził, wylał wiele potu, aby do tego czegoś
dojść. Idioci!). Jak to mawiają, gdy masz możliwość patrzenia na coś z kilku różnych
stron, wykorzystaj to.
Nie... Koniec... Próbowałem powyżej opisać powody, odpowiadające na
pytanie: dlaczego on się zabił?
Nie udało mi się. A szkoda. Gdyż to oznacza kolejny nawrót. Wcześniejsza próba się
nie powiodła, z dwóch przyczyn (niech zostaną tylko dla mnie...). Ta też się nie
powiodła. Ale jestem prawie pewien, że następna się powiedzie. A będzie następna,
na pewno. A jeśli nawet się nie powiedzie, to będzie następna i następna. Aż do
skutku. Gdyż mi się już ZNUDZIŁO życie.
Aha. Jeszcze jedno. Nie tak dawno temu przeczytałem u pewnej osoby ów tekst:
"A nie zawsze jest ktoś, kto go zabierze z tej krawędzi". - Mam nadzieję, iż u mnie
kogoś takiego nie będzie...
Leone
Leone2@o2.pl
""Gdyby człowiek zdał sobie sprawę z tego jak nędzna jest istota
z pewnością popełniłby samobójstwo...
"
Friedrich Nietzsche
PS. Ten człowiek jeszcze żyje. Niestety nie wiem jak długo jeszcze wytrzyma...