Droga


Zaczęło się tak niewinnie. Wszyscy byli zadowoleni, że wreszcie Rada Powiatu postanowiła "naprawić" drogę numer osiem, przy której akurat mieszkam. Wcześniej wieruszowski odcinek był postrachem kierowców, pełen dziur i wgłębień po których przejechaniu miało się nielichą chęć zwymiotowania. Kierowcy brali to pod uwagę i zawsze zwalniali, do czasu... Pierwsze wypadki były bardzo niewinne, ba nie można tego było nazwać wypadkiem, a jedynie małym wydarzeniem na drodze. Zaczynało się od tego, że kierowcy tirów tracili zawartości naczep, które wieźli. Najpierw tuż obok mojego domu wysypał się ładunek skrzynek z pustymi butelkami po piwie. Nie czekając na policję kierowca zabrał się za zbieranie ocalałych butelek i załadunku ich z powrotem, następnie uciekł... Dalej posypały się butelki z coca-colą, musztardy i soki owocowe. W odlełości dwustu metrów ode mnie cztery tiry zaliczyły mniejszą lub większą kolizję. Zdarzyło się że pewnemu staruszkowi wjechał do ogródka samochód ciężarowy i zatrzymał się obok jego drewnianego domu w odlełości JEDNEGO METRA.

Kiedy mijały miesiące bez żadnego wypadku myśleliśmy, że wszystko się uciszyło, że to już koniec, jak bardzo się myliliśmy. Seria nieszczęśliwych wydarzeń powróciła w brutalny sposób niszcząc nasze poczucie bezpieczeństwa. Dziesięć kilometrów od mojego domu samochód osobowy wiozący cztery osoby w tym dziecko uderzył w naczepę tira, który skręcał na parking. Pech chciał, że tir przewoził materiały łatwopalne. Samochód osobowy w ciągu paru sekund objęły płomienie, nie było szans aby uratować tych ludzi - wszyscy spłoneli żywcem. Kiedy przyjechaliśmy sprawdzić co się stało zastała nas tylko żelazna masa, której kształt pozwalał się domyślić że to kiedyś był samochód. Identyfikacja zwłok zajeła policji masę czasu. To był szok dla moich krewnych którzy mieszkali obok miejsca wypadku. Ponoć kiedy wybuchały opony schowali się w domu aby nie dosięgły ich kawałki spalonej gumy spadające z nieba.

Śmierć nie pozwoliła o sobie zapomnieć i jak zwykle była blisko mojej rodziny. Pewnego dnia kiedy jeszcze spokojnie drzemałem w łóżeczku, obudził mnie nagle straszny huk. Dla mnie mogło oznaczać to tylko jedno - wypadek na drodze. Zbiegłem na parter w samej pidżamie. Jeden rzut okiem przez okno pozwolił mi na ocenę sytuacji: W stawie po przeciwnej stronie ulicy znajdował się teraz mały bus pięć metrów dalej w polu stał tir z naczepą, na środku drogi leżał człowiek. Z okrzykiem "dzwońcie na pogotowie" wybiegłem na zewnątrz - życie nauczyło mnie co trzeba robić w takich sytuacjach jednak wtedy byłem strasznie zdenerwowany, co jeśli ta osoba nie żyje, albo potrzebuje natychmiastowej pomocy. Na szczęście kierowca tira cały zdrów wyszedł z kabiny aby pomóc rannemu, obok niego stał już mój kolega z sąsiedztwa który wybierał się akurat na przystanek. Pogotowie było już w drodze, kiedy przyjechało zabrało ze sobą jak się okazało pasażera busa, który na swoje szczęście ... nie zapiął pasów "bezpieczeństwa". Dla jego kolegi - kierowcy, który prawdopodobnie przysnął nie było już ratunku, kierownica wgnotła mu klatkę piersiową. Kiedy wyciągali jego zwłoki na ich widok zrobiło mi się niedobrze chociaż do tej pory myślałem że jestem odporny na takie rzeczy.

Jednak do napisania tego arta skusiło mnie co innego - to widok krzyża z zniczy leżącego na mojej drodze na przystanek. Ludzie postawili go ku pamiątce śmierci małego dziecka które zginęło tu całkiem niedawno, parę miesięcy temu, oczywiście w wypadku samochodowym. Przyczyna - jak zwykle nadmierna prędkość i pewność tego że prosta i równa droga dają bezpieczeństwo.

Apel do wszystkich: jeżeli przejeżdżacie przez powiat wieruszowski w łodzkim drogą ósemką zwolnijcie lub powiedzcie kierowcy aby zwolnił, jeśli nieposłucha przytoczcie jeden z powyższych przykładów do czego może prowdzić nadmierna pewność siebie.

Gagabin

tyblos@op.pl