|
Dawno dawno temu, w odległej galaktyce była sobie mała planetka o nazwie Ziemia. Na tej planetce pływał sobie kontynent powszechnie Europą zwany, z przyczyn nikomu nieznanych, ale też nikogo to szczególnie nie obchodzi. No więc kawałek tej Europy jest zajmowany przez kraj upadłej służby zdrowia, strajkujących górników i siatkarzy Mostostalu. Na południu kraju leży sobie województwo opolskim zwane, a w nim przy Odrze znajduje się liczące około 90.000 mieszkańców miasto Kędzierzyn-Koźle: siedziba wyżej wspomnianych siatkarzy. Opowiem wam dziś historię jednego z nich (znaczy się mieszkańca a nie siatkarza)- osiemnasto i pół letniego Krzysia mieszkającego w sporym bloku Kozielskiego osiedla Zachód (West Side Forever :)). Krzysio jak na przykładnego synka przystało został wysłany przez mamusię po kompocik do piwnicy i bez wahania przyjął powierzone mu zadanie. Powiedział sobie (cytuję) "Kurde! Niech mnie piorun, jeśli nie wykonam pomyślnie tej misji!". Wyruszył więc odważnie Krzyś uzbrojony jednynie w klucze do piwnicy i klapki i nieugięcie przebrnął przez klatkę schodową i zanurzył się w mroku piwnicy (a daleko miał bo na parterze mieszka). Po chwili mocowania się z zamkiem wydobył z piwnicy słoiczek wiśniowego kompotu i osłaniając plecy ewakuował się z tych osiedlowych katakumb. Za drzwiami jednak czekała na niego zasadzka! Człowiek ubrany w kraciastą bluzę i z kapturem na głowie stanął mu na drodze. Krzyś uśmiechnął się niepewnie... Już wcześniej miał do czynienia z magami i wiedział że musi zachować czujność. Tymczasem czarownik przygotowywał się do rzucenia magicznego zaklęcia. Wyjął podejrzanie wyglądające składniki czaru którymi były dziwne brązowo- zielone zasuszone liście jakiejś rośliny zamknięte w foliowym worku, który był charakterystyczny dla tutejszych czarowników. Krzyś przechylił głowę w obronnej pozycji. Te składniki były używane do rzucania jedynie dwóch rodzajów czarów: zauroczenia i zabójczej chmury. Wciąż jednak nie miał pewności... Wtem przeciwnik wykonał gest ręką: dłoń ułożył w pięść, a następnie wyprostował kciuk i palec serdeczny prawej ręki. Był już gotów do rzucenia czaru i nawet zaczął wypowiadać magiczną inkantację. Krzyś nie znał się dobrze na magii tego typu ale rozpoznał słowa czaru: "Idzesh ss Naam`i na Zio`oło??". Teraz miał już pewność- był to czar zabójczej chmury. Krzyś rozluźnił sylwetkę i uśmiechnął się nieznacznie. Znał doskonale swoją odpornosć na magię i wiedział, że może zaryzykować, tym bardziej że w razie odmowy mag mógłby poprosić o wsparcie, a czarowi większej ilości członków gildii magów znacznie trudniej było się oprzeć. Odpowiedział więc w magicznym języku, którego podstawy jednak trochę znał- "Sjaasne! Pocczekhaj tylkho ash zan`josę komphocik". Krzyś zagęszczając kroki szybko wkroczył do domu zadowolony z wykonanej misji. Położył słoik na stole po czym bez słowa opuścił dom idąc ramię w ramię z magiem który koncentrując się przed czakającym ich rytuałem obracał w palcach konieczną do tego szklaną rurkę. Jej wygląd i kolor wskazywały, że nie pierwszy raz bedzie w tym celu wykorzystywana. Czarownik wraz z Krzysiem odeszli w nikomu nie znanym kierunku...
...Czas mija...
...Krzyś stanął na środku chodnika i rozejrzał się. Czuł w głowie chaos, co jednak nie było niczym dziwnym po odbyciu rytuału tego typu. Podobnie zresztą jak i rozszerzone źrenice, czy też oczy przypominające wyraz twarzy chińskich zwiadowców. Choć minęło ponad godzina czar wciąż działał. Ruszył drogą w kierunku domu, po chwili jednak skręcił dochodząc do wniosku że jego stan mógłby wzbudzic niepokój. Musiał więc poczekać aż zaklęcie zostanie rozproszone lub jego czas działania się zakończy, a zależało to od poziomu maga i jakości składników. Krzyś zaklął cicho gdy po raz kolejny zagapił się w chodnikową płytkę. Szedł wolnym krokiem wzdłuż chodnika kiwając głową w rytm grającej muzyki, by po chwili zatrzymać się zastanawiając się co jest jej źródłem. Rozejrzał się, ale nie zauważył niczego podejrzanego. Ruszył więc dalej, a każdemu krokowi towarzyszyła muzyka zatrzymująca się wraz z nim. Uniósł palec ku górze chcąc pokazać że wpadł na świetny pomysł, gdyby dysponował żarówką to z pewnością zabłysnęłaby ona w tej chwili. Krzyś wydobył z siebie wiele mówiące: "Aha!" jakby właśnie wyjaśnił jakąś głębiącą ludzkość tajemnicę, po czym ruszył dalej. Mijał właśnie siedzibę konsorcjum handlowego zwanego powszechnie supemarketem, tudzież "Muszkieterami". Krzyś zaśmiał sie głośno z głupiej jak na sklep nazwy, po czym ponownie zaśmiał się z tego, że śmieje się z głupiej jak na sklep nazwy :). Mijając budynek ujrzał jednak znajomą osobę. Mamę konkretnie. Już miał zrobić przepisowy zwrot o 180 stopni gdy do porządku przywołał go głos: "Krzysiu chodź ze mną do Muszkieterów". Krzyś nie mógł się pohamować od śmiechu słysząc nazwę sklepu, choć być może to tylko czar tak na niego działał. Nie lekceważył jednak niebezpieczeństwa które wiązało się z odkryciem przez jego mamuśkę tego, że brał udział w magicznym rytuale. Rozszerzył oczy najbardziej jak potrafił i ruszył wraz z opiekunką do sklepu. Przechodząc między sklepowymi półkami odbywali interesujący dialog:
-Kupić ci pizzę?
-...Nie...
-A może chcesz chińską zupkę [W tej chwili Krzyś usłyszał wewnętrzny głos wypowiedziany tonem mamy który dokończył zdanie: "Firmy Vi-fon. Wspaniała oriantalna kuchnia dla całej rodziny! Niezwykle sycąca i zdrowa! Tylko 80gr +vat]
-...Nieee...
-Więc może chociaż jogurt?
-Yyyyy... [W tej chwili Krzyś wyłączył się na chwilkę. Musiał się zastanowić bo to pytanie mogło byc podchwytliwe]...Nie...
Podróż zaczynała się dłużyć niemiłosiernie. Według jego obliczeń spędzili tu ostatnie osiem godzin i przebyli dopiero połowę drogi. Nagle mama Krzysia spytała: "To może chociaż kubek ci kupię?". Krzyś przystanął i rozmyślał nad niecodzienną propozycją. Przez chwilę poczuł nawet że czas zatrzymał się na tą chwilę. Po chwili wątpliwości przełamał się jednak i odrzekł:
-Tak mamo. Bardzo chętnie przyjmę od ciebie ten kubek, albowiem nigdy nie miałem swojego własnego kubka i sądzę iż to czas najwyższy by taki w moim posiadaniu się znalazł.
-No to sobie wybierz. Który chcesz?
Krzyś zawahał się ponownie. Nie sądził że zakup kubka jest zabiegiem tak skomplikowanym. Wodził wzrokiem po nieskończonej liczbie pułek i regałów, a każdy kolejny był ładniejszy od poprzedniego. Mama wyraźnie zdenerwowana wątpliwościemi syna postanowiła pomóc mu w wyborze. "Patrz jaki ładny!" i wskazała mu na błękitny kubek pokryty czymś co wyglądało jak złote runy elfickich magów. Krzyś pokręcił głową. Nie tego szukał. Mama jednak nie poddawała się i wskazała mu następny, tym razem w kratkę, ponownie jednak spotkała się z odmową. Wreszcie zrezygnowana wzruszyła ramionami. "No to wybierz sobie jakiś!". Krzyś zmrużył oczy i ponownie przebiegł wzrokiem po kubkach. Na każdej półce były swego rodzaju wieszaki, a na każdym z nich znajdowało się pięć kubków. W oddali... W najbardziej oddalonym kącie wisiał jednak kubek który był sam. Krzyś oczyma wyobraźni zobaczył cały sklep w ruinie. Cały towar zniknął z pułek i wszelkie kolory zlały się w odcienie szarości. Od czasu do czasu zrywał się wiatr i przez korytarze przelatywała spleciona kula niewiadomo czego, jak w starych westernach. Jego uszy przyciągał regularny metaliczny zgrzyt. Spojrzał na jego źródło i zauważył ten sam kubek, kołsany podmuchami wiatru. W sklepie nie znajdywało się nic innego... Jedynie on sam... I kubek. Nagle poczuł niebywałą więź z tym kawałkiem ceramiki. Postanowił przygarnąć go i chronić nawet za cenę życia.
-Znalazłeś?
-Co? -Krzyś otrząsął się. Ponownie stał w sklepie z mamą otoczony motłochem ludzi i dziesiątkami kubków.
-No kubek przecież! Stoisz tak od pięciu minut!
-...Tak... Znalazłem go. Biorę ten! po czym sięgnął po "samotny kubek" i przycisnął go mocno do siebie. Mama najpierw spojrzała na syna jak na psychopatę, po czym rzuciła okiem na wybrany przez niego kubek.
-Ale... Krzysiu... Przecież ten kubek jest... Szkaradny! -Wyraziła swoją druzgocącą opinię. Gdyby kubek miał uszy, z pewnością zrobiłoby się mu przykro. Krzyś po raz kolejny spojrzał n kawałek ceramiki i ocenił go sceptycznym spojrzeniem. Był rażąco żółty, przy górnej krawędzi biegł biały pasek który chyba miał byc prosty, ale komuś nie wyszło. Kształt kubka znacznie ułatwiał wylanie czegokolwiek i wogóle przypominał robotę kilkuletniego garncarza-amatora. To co przyciągało wzrok to niewielki zielony liść na nim narysowany, nie było w nim jednak nic wyjątkowego. Wręcz przeciwnie- był równie brzydki co cały kubek! Krzyś zastanowił się ponownie i przypomniał sobie niedawną wizję. Już zdecydował.
-Mamo... Ja wiem, że on nie jest najpiękniejszy ale pomyśl! Kto poza mną kupiłby taki kubek? Wiesz jaki on tu musi być samotny? Wszyscy jego koledzy już dawno znaleźli dom, a ten? Jesli ja go nie wezmę to nikt go nie kupi! -Krzyś czuł narastające wzruszenia i ledwie powstrzymał się od łez- Mamo! Nie skazuj go na coś takiego... Nie skazuj go na samotność tylko dlatego, że nie podoba ci się jego zewnętrzny wygląd.- Krzyś spojrzał wyczekująco na twarz matki która nie wyrażała żadnych uczuć.
-...Jasne jak chcesz. W końcu to ty będziesz z niego pił.
Dalsze wypadki potoczyły się błyskawicznie. Siatka- kasa- dom- umywalka. To był początek wspaniałej przyjaźni która połączyła człowieka i jego kubek. Dotychczas poza sobą pozwolił pić z niego tylko jednej osobie, co było dowodem wielkiego zaufania.
|