Epitafium Dla Mojego Psa
Siedzę przy kompie... patrzę w kąt pokoju gdzie jeszcze niedawno leżał mój pies... mój pies, którego teraz nie ma, a który jeszcze dziś rano był tu, oddychał...żył... . Teraz... teraz jest tylko pustka... i łzy na policzkach... . Wspomnienie ostatniego oddechu zamkniętego w ciepłej dłoni... ściany lecznicy... głos weterynarza... . Pustka na miejsce której, przyjdzie kiedyś inny pies... . Jest 15:42.. kilka minut temu wróciłam z lasu, gdzie została zakopana moja przyjaciółka... a jeśli ktoś mówi, że nie można kupić przyjaźni za pieniądze to chyba nigdy nie miał psa. Moja rottweilerka kosztowała 50 złotych... wzięłam ją ze schroniska, gdzie była uwiązana na łańcuchu. Pamiętam, jakby to było zaledwie wczoraj... jej krótki ogonek machający z taką radością na widok człowieka... człowieka który chwilę później stał się jej właścicielką i zabrał do domu... do ciepłego domu, z miękkim legowiskiem i dużą miską jedzenia. Jeszcze kilka dni temu... byłam w sklepie... kupowałam jedzenie dla psa... dziś to mięso, nie jest potrzebne...leży zapomniane w zamrażalniku. Smycz z obrożą wciąż wiszą na wieszaku... sierść wciąż leży na dywanie, jak wyrzut sumienia... jak przypomnienie o zbrodni serca kochającego... . Musiałam ją uśpić... była chora... miała nowotwór, raka, były przerzuty... ale walczyłam o nią... walczyliśmy lecząc ją chemią... a to tylko przyspieszyło jej zgon... tylko jeden dzień brała leki... drugi dzień okazał się koszmarem... była uczulona na składnik zawarty w tabletkach...wymiotowała... męczyła się... nie mogła jeść...a dzień następny, dziś... wydawało się, że wszystko jest wporządku... jeszcze niedawo karmiłam ją... nie chciała jeść z miski, karmiłam ją podając na dłoni malutkie kawałki mięsa... już myślałam, że będzie dobrze.. że zacznie jeść, ze nabierze sił... . Ostatni spacer... kilka minut po jedenastej... jak zawsze zjechaliśmy windą, bo ona nie mogła schodzić po schodach... miała guza za lewą łopatką... pamiętam każdy jej krok, gdy schodziła z tych stopni w kierunku wyjścia... w pewnym momencie potknęła się i upadła na pyszczek... wtedy tak myślałam, ale ona wcale się nie potknęła... zdołała wyjść jeszcze na dwór i położyła się na śniegu... więcej nie wstała... wnosiłam ją do domu, z pomocą ojczyma. Położyliśmy ją na legowisku... żyła, ale łapy odmówiły jej posłuszeństwa... nie mogła już chodzić... pobiegłam do telefonu... dzwoniłam do weterynarza... był 30km. za miejscowością w której mieszkam, w lecznicy inna weterynarka powiedziała, że będzie o 13:30 u nas w domu... a kiedy dzwoniłam była 11:30... nie mogłam tak długo czekać... w drugiej lecznicy weterynarz także nie mógł do nas przyjechać. Pożyczyliśmy samochód od dziadków i pojechaliśmy... kochałam ją, ona nie mogła tak cierpieć, czemu weterynarz nie mógł przyjechać? czemu musieliśmy ją męczyć tą ostatnią podróżą? Znosiliśmy ją w jej legowisku... w samochodzie się ożywiła... zawsze tak bardzo lubiła jeździć na wycieczki... nawet teraz.. i choć łapy nie chciały poddać się jej woli... próbowała wyglądać przez okno.. jak dawniej... .Pamiętam jeszcze jej oczy... wierne spojrzenie smutnych, brązowych psich oczu... . Pamiętam jak w domu czekałam z nią aż mama przyjedzie po nas samochodem... pamiętam jak Debra odsuwała się od mojej dłoni... jak chciała odejść jak najdalej ode mnie... wiedziała, że umiera... wiedziała i nie chciała by ktoś był przy niej. Niech nikt mi nie mówi, że pies nie rozumie... ona wiedziała... a później była już tylko lecznica.. 40minut snu i martwy pies... . Miała cztery lata kiedy ją wzięłam, w sierpniu 2000r... i nawet drugie tyle nie była ze mną. Była taka mądra, tak szybko się uczyła. Nigdy nie wierzyłam, że starego psa nie da się niczego nauczyć, ona uczyła się szybciej od szczeniaków. Tak wiele sztuczek umiała zrobić, od prostego 'siad' aż do 'przytul się'kiedy to leżałam na podłodze a ona słysząc tą komendę kładła się przy mnie i przewracała na bok, tuląc swój grzbiet do mojego brzucha. W tych ostatnich dniach słuchała się już tylko mnie... głos właściciela, jak głos boga, któremu nie sposób odmówić...w czasach gdy jeszcze była zdrowa słuchała sie innych z domu, ale pod warunkiem, ze mnie nie było w pobliżu. I choć rottweilerka, to nie była agrwsywna... ufałam jej tak, jak nigdy nie zaufałabym nikomu innemu. Wiedziałam, że zawsze mogę liczyć na jej zrównoważenie. Nieraz słyszałam, że nie można ufać psu, bo to tylko zwierzę.. ale Debra... ona nie jest tylko zwierzęciem... wielu twierdzi, że sądzę tak dlatego, że to mój pies... ale ktokolwiek ją poznał, przyznawał mi rację.
I wiesz co najbardziej boli, gdy odchodzi pies?
I boli to wierne spojrzenie
I ból, którego nie czujemy, a który więziony w ciele psa, jak w klatce
I boli każda chwila, w której nie było nas przy psie
I boli każde uderzenie jakim psa obdarzyliśmy
I boli krótkość spacerów
I boli radość jaką razem niegdyś przeżywaliśmy
I bolą nawet psie łapy, które tak wiernie za nami szły
I boli ten ogon, co tak łagodnie dla nas machał
I bolą uszy, co tak pilnie kroków naszych oczekiwały
I boli każdy oddech.. każdy z którym odchodzi nasz pies..
a najbardziej boli to, że nie poświęcaliśmy psu zbyt dużo uwagi.. pies leżał gdzieś w legowisku... przypominaliśmy sobie o psie gdy trzebabyło iść na spacer, dać jeść, gdy trzebabyło by nas ktoś przytulił...
czasem wolało się wyjść do koleżanki, usiąść przy telewizorze... normalne, że nie całą uwagę poświęca się psu...a teraz gdy go nie ma.. mnie to boli, choć wiem że zbrodni nie popełniłam...
ale mój pies nie odszedł... zawsze ze mną będzie i nikt mi go nie odbierze, bo to mój pies... bo pamiętać będę ten ból rozstania...
bo boli nawet prosty ruch psa, co pragnie każdą swą cząstką być przy właścicielu... tak chciałoby się samemu zasnąć i obudzić gdy już będzie po wszystkim, ale w tych dniach nie wolno nam psa zostawić... razem musimy przejść spokojnie na drugą stronę... .
Twój pies odchodzi, czasem w cierpieniu, a Ty wiesz że będzie następny, bo inaczej nie potrafisz... bo palącą pustkę domu pies wypełnić musi, choć wiesz że to później będzie boleć...to tylko inny pies jest w stanie ukoić ból... ból po odejściu...
my, właściciele psów, to wiemy...ale większość z nas nie chce inaczej... bo tylko pies...
Wilczyca  
25 stycznia 2004r.
gdyby ktoś z okolic Łodzi chciał oddać rottweilera... chętnie przyjmę...
jakiekolwiek uwagi można kierować pod adres : raksha@poczta.fm