**********************
Kilkanaście lat temu zburzono spokój mieszkańców kolejarskich domów. Ich piękne, zielone ogrody pełne drzew i kwiatów zastąpiono rewelacyjnymi, nowoczesnymi blokami. Nowopowstałe osiedle stało się domem dla kilkudziesięciu rodzin. Mój wspaniały ogród, w którym przebywałam po kilkanaście godzin dziennie, moje dzieciństwo, musiałam rozdzielić między te rodziny. Każda z nich dostała te swoje kilkanaście metrów kwadratowych. Obszar moich wspomnień podzielono na części i rozdano w formie szarych, małych mieszkanek. Mieszkanek, za sprawą których światło dzienne ujrzały nowe smutki, nowe radości i nowe problemy.
**********************
Rodzice goniący za pieniądzem, pochłonięci wyścigiem szczurów musieli zrekompensować swoim dzieciom swoją nieobecność. Jak zawsze wspaniałomyślni, postanowili złożyć do spółdzielni mieszkaniowej pismo. Zbudujemy nowy dom. Dom dla naszych frustracji.
*****************
Miesiąc później na teren osiedla przyjechała ciężarówka. Podaj cegłę. Podaj cegłę. Zamurujemy nasze problemy. Jakie to łatwe, o, jakie to proste. Ani się obejrzymy, a nasze dzieci będą hasać po podwórku, a my z czystym sumieniem dalej, konsekwentnie będziemy niszczyć nasze życie. Zbudujemy nowy dom.
*****************
Zbudowanie placu zabaw nie jest zbyt pracochłonnym, a tym bardziej wymagającym czasu zajęciem. Trwa zazwyczaj parę dni. Tak było i tym razem. Piękne, różnokolorowe drabinki, huśtawki, piaskownice. Raj dla dzieci. Nie minęła godzina od odjazdu grupy robotników, a na podwórko wybiegły tabuny dzieci. Testowanie placu zabaw trwało aż do późnego wieczora. Bez obiadu, bez rodziców. Zapracowanych rodziców. W życie tych dzieci wdarł się wirus. Rodzice zarazili ich czymś najgorszym. Rutyną. Przez następne kilka lat ich dni wyglądały tak samo. Śniadanie, zabawa przed blokiem, sen. I tak w kółko. Parę tysięcy takich samych dni.
********************
Ale o dziwo w życie tych zapracowanych rodziców wdarł się nowy element, nowy rutynowy element. Zapracowani mężowie, odreagowujący niepowodzenia, niedoszli panowie i władcy po przyjściu z pracy, po zjedzeniu zbyt słonej zupy, po uderzeniu swojej żony udają się do pobliskiego sklepu w celu zakupienia złotego środka na wszystkie problemy i zasiadają na swoim tronie, wypełnionym piaskiem i oddają się iście królewskiemu zajęciu. A dzieci płaczą. Jacyś panowie wygonili ich z placu zabaw. A było tak pięknie.
********************
Mijają kolejne lata. Kolejne takie same dni, minuty powtarzające się co kilka godzin. Lecz wszystko przemija, nawet rutyna kiedyś się kończy, ustępując miejsce innej jej formie. Jeden telefon potrafi zniszczyć wszystko.
- Spółdzielnia Mieszkaniowa "Radość" słucham?
- Dzień dobry. Dzwonię z bloku przy ulicy Krasińskiego. Chciałabym złożyć skargę na dzieci moich sąsiadów, które nieustannie hałasują, bawiąc się na placu zabaw od rana do wieczora, zakłócając przy tym spokój innych mieszkańców. Mało tego, wieczorami przesiadują tam okoliczni kryminaliści i swoim głośnym zachowaniem nie pozwalają spać mi
i moim sąsiadom.
- Chodzi Panu o plac zabaw, który wybudowano na osiedlu na prośbę mieszkańców? - Tak.
- Dobrze, obiecuję, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by przywrócić spokojne życie mieszkańców.
- Nie wątpię. Dziękuję, do widzenia.
Nie trzeba było długo czekać na reakcję władz spółdzielni mieszkaniowej. Trzy dni po telefonie Pana Mierczyńskiego na osiedle przyjechała ta sama ciężarówka, co przed kilkoma laty. Tylko zamierzenia robotników uległy diametralnej zmianie. Polecenie było jasne: wykopać drabinki, huśtawki i piaskownicę. Dorośli są doskonali. Zajęło im to zaledwie parę godzin. Zrównano z ziemią rutynę. Rutynę, która dla wielu z tych dzieci była wybawieniem od piekła zamkniętego szczelnie w tych kilku metrach kwadratowych szarego mieszkania. Dorośli skazali te biedne, niczemu winne dzieci na lata poniżeń, lata wypełnione łzami, lata bezradności. Dzięki jednemu telefonowi.
***********************
Teren, na którym był plac zabaw teraz pokrywa wspaniała zielona trawa, wokół posadzono żywopłot. Za parę lat będzie ogromny. Ale nic już nie uchroni dzieci przed cierpieniem.
************************
Pewnego dnia za oknem usłyszałam odgłos policyjnych syren. Ktoś się szarpał. To jeden z chłopców próbował uciec policjantom, którzy zostali wezwani przez jednego z mieszkańców. Chłopiec wyszedł z domu z łopatą. Było ciemno. Pewien, że nikt go nie widzi, zaczął wykopywać żywopłot. Ale na tym świecie pełno jest ludzi dobrej woli. Ludzi wiernym zasadom. Wtedy jeden z nich chwycił za słuchawkę i wykręcił numer policji. Kara niewielka. Za niszczenie dobra publicznego należy się tylko grzywna. I kolejny siniak na twarzy chłopca, który za dużo sobie wyobraża, myśląc, że rodzice zapłacą za każdy jego wybryk.
***********************
Jest ciemno. W oknach palą się światła. Mąż urządza awanturę. Żona płacze. Dziecko spogląda z tęsknotą przez okno. Kiedy nadejdą czasy, że będzie mogło stąd uciec? Nazajutrz w gazecie ukarze się tysięczny artykuł o młodocianych przestępcach. Człowiek dobrej woli, z trochę większym rachunkiem za telefon, kupi gazetę, uśmiechnie się z wyższością. Matka spojrzy w oczy swojego dziecka, zwracając szczególną uwagę na to, czy jego źrenice są normalnych rozmiarów. Ojciec setny raz uderzy swoje dziecko, tak profilaktycznie, żeby nic do głowy głupiego mu nie wpadło. Przeczytał przecież jak to się kończy. Babcia pójdzie do kościoła, pomodli się, by wnuczek nie wpadł w złe towarzystwo. Trzeba pomóc dziecku w dokonywaniu dobrych wyborów. Żeby wyrosło na porządnego człowieka. Człowieka dobrej woli. Dziecko zlekceważy przestrogi rodziców. Za parę lat spakuje plecak i wyjedzie. Wyruszy tam, gdzie słoneczniki i błoto oznaczają miłość. Sprzeciwi się wszystkiemu. W nagrodę zostanie okrzyknięte wyrodnym dzieckiem, członkiem bandy chuliganów, heretykiem. Za sprzeciwienie się ludziom dobrej woli.
**********************
Człowiek dobrej woli, z dużym rachunkiem telefonicznym siedzi w oknie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nieznośne dzieci pokazują mu języki, rzucają w okno kamieniami. Reagują śmiechem na pełen wyższości uśmiech. Uśmiech człowieka, który przyczynił się do tego, by zdeformowane komputerowo twarze tych dzieci nie znalazły się na okładkach gazet. By wyrosło kolejne pokolenie zgorzkniałych, sfrustrowanych ludzi. Mężów bijących swoje żony i dzieci. Zlęknionych żon z fiolką tabletek na sen w torebkach. Kolejne pokolenie ludzi dobrej woli. Na gruzach czyjegoś dzieciństwa.
K@mil@