Taniec ze śmiercią
Chcesz zasmakować cierpkości moich łez?
Czy pragniesz poczuć ich gorycz?
Czy chcesz by słoność ich wyżarła do końca zieloność moich oczu?
Łza… czysta woda wymieszana z bólem, wspomnieniami i drobinkami pyłu. Przezroczysta, zimna, wzbudzająca litość, śmiech, strach, zakłopotanie… jedna, mała łza, a tak wiele potrafi. Zebrała się w kąciku oka i czeka… czeka na ten właściwy moment, kiedy serce zakuje, krew zacznie kapać. Nagle uformowała się i spłynęła wzdłuż nosa ku drżącym wargom. Za mało w niej było porywczości by dotarła do ust. Zatrzymała się na policzku tworząc za sobą wilgotny ślad. Wsiąkła w skórę… dostała się do naczyń, krwi, która właśnie skapywała po palcach…
Kolejna łza powędrowała, bliźniacza siostra wyrusza w jej ślady. Z pełną mocą wyskakuje z oka i lekkim ruchem, ogarniając twarz dreszczem, dociera do warg… spływa i zatrzymuje się. Język łapczywie zlizuje palący nektar. Czuję słoność kropli. Czekam na kolejną. Oczy powoli stają się czerwone, zmienia ich spokój i cierpliwość każdej z kropel. Zielony blask ich szaleństwa zanika, blednie, aż w końcu wygasa. Powieki opadają, spychając z powierzchni samotność, żal, pustkę, które mieszając się z wodnistymi przyjaciółkami podnoszą czarne kotary i spływają powoli piekąc skórę. Usta czekały już na lodowy chłód kropel, które wnikają w delikatną, czerwoną powłokę warg. Te purpurowieją by potem, ogarnięte zimnem, zsinieć. Mokra twarz przygarnia bezdomne kosmyki włosów. Przyklejają się z czułością, pochłaniają nadmierną wilgoć. Tworzą barierę dla spływających łez. Ostatnia maleńka kropla przedziera się przez gąszcz włosów. Raz zjeżdża po kosmyku zostawiając świecącą łunę, raz skapuje na skórę by znów zadać jej dotkliwe rany. Śpieszy się. Chce dotrzeć do miejsca swego przeznaczenia – do ust. Niesie ze sobą ukojenie… Jednak twoja ciepła dłoń odgarnia sklejone włosy, ociera zapłakaną twarz… twoje usta odbierają każdą łzę, zabierają ból, koją rany… ostatnia kropla… gdzie ona jest? Po policzku spłynęła na twoją dłoń… nie zdążyła. Ostatnia, najmniejsza… przepełniona bezradnością, smutkiem, samotnością, ciszą nie zdążyła. Dotarłszy do ust zaspokoiłaby wszelkie pragnienia – chwilowo, nareszcie byłbyś wolny… ustałoby drżenie warg, łapczywe wdychanie powietrza napełnionego twoją obecnością, zanikł by szmer zmęczonego poszukiwaniami serca. Powieki ciężkie od myśli opadłyby niczym kotary kończące spektakl, w tym wypadku bezsensowny dramat. Jednak jeden, żądny mojego udziału w kolejnych marnych sztukach, człowiek prosi o powtórkę. Kotary powoli podnoszą się ukazując pełne wody mocno zielone oczy. Twoje ręce tamują krew cieknącą po mojej małej dłoni. Skapuje ona z palców na twoje ubranie, skórę. Zaskoczone oczy patrzą na ciebie, kiedy z czułością, tamując szkarłatny płyn, starannie owijasz mój nadgarstek białym bandażem. Później ruch palców po klawiszach telefonu i twój ciepły głos prosi o pomoc. Za chwilę słychać już sygnał. Bierzesz mnie na ręce, a przesiąkający bandaż zostawia ślady na twojej szyi, której kurczowo się trzymam. Powoli pokonujesz stopnie. Jakiś obcy głos, cudze dłonie zabierają mnie… nadal jednak w powietrzu czuję ciebie. Pośpiesznie wdycham zapach. Zielone oczy zmęczone zamykają się… sen trwa krótko, umysł postanawia znów zbudzić się do życia. Otwierają się powieki, obraz zamazany stopniowo nabiera ostrości. Czuję czyjś dotyk, czyjaś ręka gładzi moje włosy, przejeżdża po policzku, ściska moją dłoń. Ty… chciałam wstać i przytulić się do ciebie. Spostrzegłeś, nie pozwoliłeś. Ścisnęłam twoją dłoń, chciałam coś powiedzieć, ale tylko poruszyłam ustami. Maleńkie łzy spłynęły z zielonych oczu. Płynęły po policzkach z ulgą, nadzieją. Nie wytarłeś ich. Dotarły do warg. Poczułam chłód, język zlizał krople. Takie słodkie…
morphia