Anarchia, Bunt i Sprzeciw

Czyli Re do "Fuck the system" i "Bunt"
Anarchia, Bunt i Sprzeciw



Kilka słów o sobie:
  Jestem poniekąd pun[cz]kiem z *jakiegoś* tam miasteczka. Poniekąd? No właśnie, poniekąd. Ja nie ubieram się jak "punk" (jakże wymowne określenie *człowieka*), ani moje poglądy nie są doskonale takie same jak poglądy zwykłego (choć każdy człowiek nie jest zwykły) anarchisty. Dlaczego nie zgadzam się poglądami niektórych ("Fuck the system") i tylko po części zgadzam się z niektórymi ("Bunt")? Czytaj dalej (text może być *trochę* kontrowersyjny).


Przegrane pokolenie, przegrane pokolenie
Wychowane na diecie uprzedzeń i zakłamania.
Przegrane pokolenie, przegrane pokolenie
Otwórzcie oczy, odkryjcie wyobraźnię.
- The The, "The Beat(en) Generation"


  Nie ukrywam, że wnerwia mnie mówienie o punkach, że mają jakieś *durne* poglądy. I że gdy ktoś mówi źle o takich hiphopowcach (alee dłuuugi wyraz) to dość chętnie mu przytakuje. Jednak teraz nie czas na podziały. Podział na punków, skinów i hiphopowców. Wszystkim wymienionym grupom wdarł się błąd i niewidoczna paranoja, która do niczego tak naprawdę sensownego nie doprowadzi. Akurat przed chwilą (miałem nieodpartą ochotę coś przeczytać) usłyszałem w pewnym arcie o buncie słownym. Tupaniem nogą o ziemię. Słowa też mogą być czynami. Konstruktywna krytyka (bunt za pomocą słów) też daje rezultaty, ale myślę, że sam sprzeciw (gadanie) nie wystarczy takiemu rządowi, żeby coś poprawił. No chyba, że krytyka będzie tak dobijająca, że czyny w stylu blokowania ulic lub jakiegoś budynku rządowego (*kochany* sejm) nie będą potrzebne.
Najczęściej rząd sytuację przekręci sytuację tak, aby jeszcze dała korzyść. Np. mając świadomość, że dojdzie do buntu całego, już dość świadomego ludu, szybko wywali kilka osób z rządu, tłumacząc, że oni coś tam zrobili (kozły ofiarne) i tym nie do końca "fair" sposobem (a inni? Jest ktoś niewinny?[pewnie tak, mam nadzieję - dop. De-s-eR]) pozbyli się rychłej rewolucji i zagrożenia (lud uspokojony, rząd pozornie *czysty*). Faktem jest, że trzeba się umieć buntować. To po pierwsze nie jest łatwe, a po drugie czasem ryzykowne, możesz zostać uznany za kogoś hmm... *innego*. Bunt to sprzeciw, anarchia wg mnie to środek. Ale dlatego jestem *inny*, bo wiem, że niszczenie jakichkolwiek obiektów (graffiti na murach, rozwalone kosze, wszystko popisane byle czym itp.) wcale nic nie pomoże i jeszcze w dodatku nieco pogorszy (*nieco*, bo trochę kasy ubywa z urzędu na naprawę zniszczonych obiektów) co do niczego prowadzi. Tak samo do niczego nie prowadzi np. siedzenie przed jakimś blokiem i biadolenie. Takim oto sposobem traci się czas i zatraca się znaczenie buntu, a przez to znowu korzyść dla *niewinnego* rządu. Rząd mówi, żeby znaleźć sobie coś do roboty, a sam w tej sprawie prawie nic nie robi. Świetnie, wierzycie im wiernie, że spełnią te życzenia? Zaraz podniosą podatki pewnie na *szczytne* cele. Taak, chciałbym w to wierzyć. Poza tym, oni mają tyle do powiedzenia. Widać to na pierwszy rzut oka. Afera goni aferę (tyle że dziennikarze nie mogą nadążyć z nadawaniem i podawaniem informacji o nich :)), w rządzie jakieś pogróżki i "słowa na wiatr" (czy jakoś tak)... co za dużo to niezdrowo. I to zdanie wspaniale pasuje do polskiego rządu (poniekąd ci z rządu są patriotami? Przepraszam, jeśli kogoś obraziłem). Na domiar dają nam prawo, które dość łatwo oszukać i (jeśli ktoś biegły w tej *sztuce*) całkowicie wygiąć do własnej woli. Jakie szkody? Szkody są dla uczciwych obywateli. U nas istnieje prawo! Nie do wiary! Oczywiście "góra" chce ustalać prawo jak najkorzystniejsze dla siebie (choć nie zawsze im się to udaje). W tym kraju traktuje się lepiej oszustów, niż dobrych obywateli. Oczywiście się zaciera powiązanie polityków z "grubymi rybami" niewiadomego pochodzenia. I właśnie taki jest nasz rząd. Nie twierdzę, że w naszym rządzie wszyscy są nieuczciwi, ale nie jest dobrze. Gdy jest naprawdę źle, bunt jest niemal konieczny (jest konieczny! A nie "niemal"). Faktycznie, bunt daję złudzenie rozwoju cywilizacji, ale mówienie, że po buncie i rewolucji nie jest lepiej, to chyba myślenie na krótszą metę. Złudzenie rozwoju? No bo i tak popełniamy błędy i to nawet większe, albo odpowiednie do stopnia "rozwoju" naszej cywilizacji (im większa technologia, tym większy wynik [szkodliwy - dop. De-s-eR] błędu). I tak nasza wspaniałomyślna idea przeradza się w coś złego, tak naprawdę nie poprawiającego właściwie nic. Historia tylko pokazuje nam, że to jest rozwój. Ale to nie jest rozwój (przynajmniej nie do końca).


  Hmm... co do zasad, to one dla mnie teoretycznie nie istnieją. Bo, po co są one? Mówię tu chyba o wszystkich zasadach oprócz zasady moralności (jedyna, której trzeba się naprawdę starać, by ją przestrzegać i jest ona faktycznie potrzebna). Wiele w dzisiejszym świecie jest fałszywych zasad, kompletnie nie potrzebnych. Jakie? Sami znajdźcie. Bo ja szukając zasad, które są naprawdę potrzebne i w pełni dobre, w końcu znalazłem jedną: zasadę moralności. A inne? Zapytacie się? Ale które są naprawdę potrzebne? Prawa fizyczne (np. grawitacja) są łamane przez zjawiska paranormalne (słyszałem, że niektórzy ludzie dzięki takiej medytacji mają ducha tak silnego, że potrafią lewitować i w ten sposób nieco podważają prawo grawitacji [przyciągania - dop. De-s-eR]). Odróżnianie na np. lewą i prawą nie jest tak bardzo potrzebne (pewnie mnie teraz zbluzgacie). Bo to tylko określenia, które ktoś tam wymyślił i teraz wszyscy je powtarzamy w kółko, będąc jednocześnie niewolnikami tego systemu - lewa, prawa, góra i dół. Że bez odróżniania kierunków nie dojdziemy do domu. Dlaczego możemy bez znania kierunku dojść np. do takiego domu? Kiedyś mi kumpel gadał, że on nie patrzy za bardzo gdzie idzie (jedynie pod nogi), ale cały czas wyobraża sobie gdzie jest i nie musi np. patrzyć gdzie jest znajomy dom lub budynek, żeby wiedzieć gdzie jest, tylko po prostu idąc przed siebie wyobraża sobie gdzie jest i dzięki temu bez błędu dochodzi do domu (uważa jeszcze na ruchliwe ulice :)). Nie wie nawet, w którym kierunku idzie i dochodzi dokładnie na miejsce. Więc, po co np. ta zasada?
Dla mnie zasady są pewnym zniewoleniem. Prawo jest konieczne? Ale gdyby zamiast robić komuś źle i sprawiać mu ból, to mógłbyś mu pomóc. Wszyscy (lub większość ludzi) ludzie mówią, że na świecie nigdy nie będą sami święci. Ale gdyby zamiast tego gadania, to mogliby komuś pomóc, przestrzegać (przynajmniej starać się) prawdziwej moralności. Wtedy nie potrzebne byłoby prawo, że kara więzienia coś tam itd. bo ludzie byliby tak dobrzy, że wybaczali sobie nawet największe grzechy. Karą byłoby tu ciągłe poczucie żałowania za grzech. I nic więcej nie byłoby potrzebne. Kiedyś na historii usłyszałem, że państwo bez prawa i gdzie byłaby *anarchia* (brak władzy) istniałoby tam, gdzie mieszkaliby sami święci. To jest niestety prawda.


  Dla mnie władza jest zła. Dlaczego? Bo ona doprowadziła do śmierci tylu osób i ludzi, że to się w głowie nie mieści. Władza przyniosła też nam nieraz cierpienie. Tak, wiem, przyniosła czasami też dobro. Dobro dla bogatych. Państwo będzie grabiło biednych, by dać bogatym, w ten sposób eliminując słabych. Ja widzę we władzy potęgę Szatana i właściwie wielkie zło. Wąż oznaczał władzę, jedynie władza mogła się przeciwstawić samemu Bogu. Władza - dobra czy zła? Pewnie zła, bo niepotrzebna. Potrzebna jest chyba do zorganizowania się, do trzymania w granicach rozsądku ludzi. Po co nam tak naprawdę władza? Do wywyższania się? Bo ja właśnie mam takie uczucie. Bunt przeciwko złej władzy pogarsza twoją sytuację. Może doprowadzić do zniesławienia (*legalnego*) ciebie lub nawet do twojej śmierci (o ile twoja krytyka ma poważne argumenty i dowody)!
Bunt przeciwko dobrej władzy lub przeciwko niedobrej władzy, pomoże jej w wyciąganiu wniosków i poprawie. Nie zawsze jest dobra poprawa lub nie zawsze są dobrze wyciągane wnioski z błędów. Z władzą teoretycznie można walczyć tylko, gdy ma się samemu jakąś władzę lub gdy ma się potężnych sprzymierzeńców (nie muszą mieć władzy i wpływów). Władza działa zaskakująco na człowieka (tak samo zresztą jak bogactwo), dostaje on jakiegoś "bzika" na tym punkcie. Potęga władzy polega na tym, że ty coś robisz, a ktoś mający władzę potrafi zapobiec twojemu działaniu, potrafi jakoś wpłynąć na twoje otoczenie i na ciebie. Ogólnie rzecz biorąc, władza źle wpływa na otoczenie, którym "rządzi". Oczywiście taki bunt, sprzeciw i poglądy "anarchistyczne" nie są mile widziane przez osoby sprawujące lub mający jakąś władzę. Więc, nie dziwota, że ci z "góry" próbują jakoś *unieszkodliwić* buntowników. Często jest tak, że sposoby *unieszkodliwiania* nie są do końca hmm... "dobre". A co za tym idzie? Niepowodzenie *buntowników*, którzy przez to [niepowodzenie - dop. DsR] są jakby w większym dołku, nie wiedzą jak wygrać z nieuczciwymi przeciwnikami. Jeśli ten bunt jest (był) ważny, to ta przegrana oznacza właściwie zniesławienie i złe traktowanie tych, którzy postanowili się "buntować" (np. tacy punk'owie). Oni przegrali, są jeszcze w większym dołku i przez to swój kierunek buntu przenieśli na całkiem inne tory, niż powinny być. I tak bunt przeradza się w głupotę.


  A co z obywatelami? Czy zawsze siedzą cicho i tłumią w sobie złość i gniew? Nie rzadko zdarzają się protesty, strajki i "bunty'. Właściwie to często skutkuje dzięki dobrym powodom do takiego np. strajku i politycy mogą zasmakować błota. Ale nie zawsze jest tak, że sytuację próbuje się polepszać. Dlatego, że właśnie rząd nie może (nie chce?) spełnić żądań danej grupy, która sprzeciwia się własnej i złej sytuacji. Rząd w końcu robi coś, aby uspokoić ten *kapryśny* lud. Np. obiecuje, że spełni kiedyś tam określone żądania. A jak dochodzi do terminu spełnienia tych żądań, to znowu szmugluje (:P), że nie jest w mocy ich spełnić. Oczywiście takim oto sposobem nieco uspakaja naród i przekłada termin wywiązania się z zobowiązań. Będzie tak, aż grupa (robocza) tak się zbuntuje, że rząd będzie MUSIAŁ spełnić *życzenia* (a raczej zaległe wypłaty, dopłaty lub podwyżki).
Coraz więcej jest tych, którzy nie są zadowoleni z obecnej sytuacji. Ciekawe dlaczego? Nam przecież mówią, że kraj się gospodarczo rozwija! Tylko my tego nie widzimy! Ha! Może my nie widzimy tego, bo tak naprawdę takiego rozwoju nie ma! Albo po prostu mówią nam TYLKO o rozwoju, a o poziomie zacofania, to już nie chcą wspomnieć słówkiem? U nas jest prawidłowe prawo, tylko MY tego też nie widzimy? Powiedzą nam, że w naszym kraju istnieje tolerancja i wolność słowa! I my w to uwierzymy? Ale jaka jest prawda? Co widzisz na ulicy, wśród rówieśników w szkole lub pracy? Czy istnieje taka tolerancja i wolność słowa? A czy istnieje prywatność? Jeśli nam mogą założyć podsłuch, gdy np. zostaniemy niesłusznie (choć nie zawsze jest tak, że "niesłusznie") oskarżeni o morderstwo? Czy istnieje demokracja, gdy podrabiają podpisy i głosy na daną partię? Gdy partie mają powiązania z mafią i korupcją? Gdy mają powiązania z młodzieżowymi grupami, które nie są hmm... "dobre" (bo są strasznie be :))?...
Sami się zastanówcie, czy naprawdę jest tak pięknie, jak nam to mówią?


Na zakończenie:
  Ja niszczę i pacyfikuje... tyle, że właściwie to próbuje niszczyć kłamstwo i kanty w tym świecie... ale nie wiem, czy mi to się udaje i czy kiedykolwiek uda zniszczyć całkowicie, może z pomocą... próbuje swojemu buntowi wyznaczyć dobrą drogę... ale w końcu jest tylko człowiekiem [cieniem? - dop. DsR] i mogę przecież popełniać błędy...


Już ci, czytelniku, mój sen opisałem,
Sprawdź więc, czy wykładać umiesz sercem całym
Sobie, mnie, sąsiadom, lecz strzeż się, byś mylnie
Nie wykładał; wszak zło, które usilnie
Zwalczasz - stąd wyniknie, zamiast dobra tylko,
Szkodę i niesławę niosąc nader szybko!...
- John Bunyan, "Wędrówka pielgrzyma"



  Nie wiem co napisać jeszcze o tych przypadkach... można powiedzieć WIELE na ten temat... ale ja już nie będę przedłużał... jakby co, to ślijcie polemikę na mój adres (na pewno w tym arcie popełniłem kilka istotnych błędów).


Doświadczenie jest dzieckiem Myśli, zaś Myśl jest dzieckiem Działania.
    - Benjamin Disraeli, "Vivian Grey"






De-shadow-eR
Polemika? (Gwarantuję, że odpowiem)
De-shadow-eR@wp.pl