Wiesz,
że nie skłamię.
Do
końca za tobą podążę.
Wiesz
gdzie jestem.
W
cieniu Boga mam swój dom.
Rząd
mówi, że rozumie.
Swoją
prawdą na zawsze zasłonił słońce.
Lecz
kto mi powie, dokąd idę.
Jedyne,
co widzę to pustkę.
Każdego
dnia uzbrajamy się w swe przekonania i zaopatrujemy się w odwagę
i
pewność siebie, po czym wstajemy z łóżka i zaczynamy po prostu rzyć.
Dlaczego to robimy? Chyba sami tego nie wiemy. Ktoś nam kiedyś powiedział, że
prędzej czy później przyjdzie czas na odpowiedzi i prędzej czy później
zrozumiemy, co nas trapi. Zrozumiemy, dlaczego boimy się zgasić światło
zanim zaśniemy i w końcu zrozumiemy, czego chcemy. Ale chyba tak naprawdę
nigdy w to nie wierzyliśmy. Dlatego każdego nudnego dnia wmawiamy sobie, że
musimy wstać i musimy żyć.
Już
nie pamiętamy, dlaczego to robimy. Kiedyś coś nam odebrano i już tego
nie odzyskamy. Kiedyś życie miało jeszcze sens, miało jakiś określony
smak, teraz nie ma w nim nic z niegdyś znanej nam słodyczy, jedyne, co
istnieje to wszechobecna pustka.
Zgadujemy,
że to jest zabawne. Jak jednego dnia wszystko zaczyna się
zmieniać,
i nie jesteś już małym dzieckiem, a twoim największym problemem nie jest to,
co zjeść na obiad i z kim się spotkać po szkole. Nagle stajesz się dorosły,
musisz wybrać drogę, którą będziesz kroczył już do końca swych dni.
Dlaczego? Bo dopiero teraz rozumiesz, kim jesteś. Cały świat nagle traci całą
swoją Disnejowską magie i słowa takie jak wojna, głód i cierpienie nagle
przestają być obce.
Tak,
to chyba jest rzeczywiście zabawne. To jak każdego dnia przysięgamy,
że
nie mamy przy sobie broni. Ale to nie prawda, jesteśmy doskonale uzbrojeni w
sarkazm, milczenie i brak zdecydowania, to właśnie dzięki nim jesteśmy
zdolni każdego dnia na nowo budować mury, za którymi odgradzamy się od świata
zewnętrznego. I od ludzi, na których można się tylko zawieść.
Mamy
jeszcze jedną, największą broń. Jest to zdolność, którą posiadają chyba
tylko ludzie, szczególnie ci młodzi. Zdolność do zapominania. Każde inne
stworzenie na tej ziemi, kiedy raz oparzy się czy też wybierze złą drogę,
zapamięta naukę płynącą z tego i będzie starać się już nigdy nie popełniać
tego samego błędu. Ale nie my. My stale popełniamy te same błędy. Dlaczego?
To oczywiste, bo jesteśmy strasznie łatwowierni. Wierzymy w tak wiele rzeczy,
których nigdy nie doświadczyliśmy i zapewne nigdy nie doświadczymy. Wierzymy
w przyjaźń, wierzymy w miłość, kto wie, może znajdą się wśród nas także
i tacy, który wieżą w dobro. Kto wie, przecież cuda się zdążają – to
kolejna rzecz, w jaką wierzymy. Właśnie, dlatego nadal czekamy na nadejście
jakiegoś cudu i na to, że w końcu ktoś nas uratuje. Ale tak się niestety
nie staje. A my nadal czekamy. Czyż to nie naiwne?
Dlaczego
tak robimy? To oczywiste – z powodu ogromnego błędu, jaki
popełnił ktoś tak nieomylny jak Bóg. Z powodu wolnej woli. To właśnie ona
pozwala nam każdego dnia na nowo zapominać o tym, kim jesteśmy i czego
pragniemy. Wystarczy jeden szybki ruch i gotowe, żegnaj smutna twarzy witaj uśmiechnięta
masko. Masko klauna, którym prędzej czy później każdy z nas się staje.
Wiemy
tak niewiele. Mamy dopiero kilkanaście lat, z czego nie pamiętamy
nawet połowy z nich a większość z nas wcale nie chce pamiętać tego, czego
nie może zapomnieć.
Wiemy
jednak jedno. Wiemy, co jest złe.
Przecież
od najmłodszych lat każdy z nas, [z nastolatków] jest uczony podstawowych
zasad, które rządzą tym światem i poza tym całym bełkotem o tym, aby
zawsze patrzeć w obydwie strony przed przejściem przez ulice, zawsze nadstawiać
drugi policzek i nigdy nie uciekać przed obowiązkiem i karom, jesteśmy także
uczeni, czym jest prawo i dobro. Czym jest honor i czym jesteśmy my sami. Każdego
dnia od najmłodszych lat jest nam wpajane jak żyć, aby nikt się na nas nie
zawiódł. Znaczy się jak żyć dla dobra ogółu, masy, w której toniemy.
Każdy
z nas już wie jak to się robi, wystarcza ładnie uśmiechać się i dziękować
każdemu za wszystko [nie wyłączając podziękowań Bogu za to, że jeszcze
umiem znieść ten świat], oraz nie wybijać się z tłumu. Jedyne, czego się
od nas oczekuje to tego, że będziemy ładnie wypełniać swoje obowiązki, z
szerokim uśmieszkiem na usteczkach chodzić do szkoły, pomagać młodszemu bratu
w zadaniach i robić zakupy. Ale to dopiero początek, dalej przyjdzie obowiązek
chodzenia do pracy i przestrzegania wszelkich innych praw, jakie naradzie nas
nie dotyczą z racji naszego wieku. Większość z nas o tym nie myśli, a
przynajmniej nie na świadomej płaszczyźnie swych myśli, ale każdy z nas
czuje ogrom obowiązków, jakie na niego czekają. Rodzina, praca, kariera i ten głupi
uśmiech, bez którego nie możemy się obejść są tuż za rogiem. Wszystko w
imię wszystkich.
Jeszcze
myślimy, że to zmienimy, że wykorzystamy swój czas, swoją młodość
i
nauczymy się żyć bez granic i bez poczucia winy za każdym razem, kiedy
budzimy się z błogiej nieświadomości i zdajemy sobie sprawę, że zabawa się
skończyła. Ale za niedługo przestaniemy się okłamywać i wmawiać sobie, że
mamy czas na to, aby dojrzeć. (Właśnie parujemy, za niedługo spłoniemy.) Bo
niby, dlaczego mielibyśmy to zmieniać, przecież to prawda, że wcale się nie
liczymy, nikt nas nawet nie słucha, jedyne, co się zmieni w przyszłości będzie
to, że będziemy mogli wyżyć się na naszych własnych dzieciach i wmawiać
im, że nie chcemy, aby skończyli tak jak my - robiąc to, czego nie chcą, dla
ogółu, który ich nawet nie szanuje. Tak zwanego rządu i państwa.
To
jest nasza społeczność, coś na kształt rasy, ale o wiele silniejsze i
niestety
mniej osobowej niż rodzina. To jesteśmy my. Wyrzutkowie społeczeństwa.
Generacja bez wartości, znak przyszłej niepewności i nieistotności. Młodzież.
Ktoś
kiedyś zadał nam pytanie czy wiemy, czym jest zło a czym dobro. Ale
przemilczeliśmy odpowiedz na nie. Chyba ze strachu, przed karą nie daliśmy odpowiedzi. Ale teraz już
się nie boimy, od czasu do czasu ktoś z nas nawet walczy o nasze prawa i mówi
to, czego nie mówią inni:
Zabijanie
jest złe, a nawet bardzo złe. Ale każdy człowiek ma prawo do tego,
aby o tym mówić i ranić rodzinę zabitego – to się nazywa wolność słowa.
A słowa przecież nie zabijają, co najwyżej ranią, ale to już nie to samo.
Kradzież
jest zła – szczególnie, kiedy okradasz tego, co ma wszystko. Bo
przecież, jeśli tego, co nie ma nic to jakom sprawi mu to różnice.
Co
jeszcze jest złe, pytasz? Odpowiedź jest prosta – wszystko.
Jedyne,
co jest w takim przypadku dobre to robienie tego, co robić musisz,
spełnianie swego patryjotycznego obowiązku i rzycie zgodnie z patryjotycznymi
zasadami rodem z dżungli.
A
przecież każda istota żywa zna doskonale różnice między złem a dobrem,
każda bez wyjątku wie, co jest dobre a co złe. Nawet my kiedyś o tym
wiedzieliśmy, ale później ktoś stworzył pierwszy zakaz a razem z nim
narodziła się pokusa. Od tego się zaczęło – od pokusy, a dalej poszło już
gładko. Narodziło się kłamstwo, kradzież, morderstwo i obłuda. A
najgorszym kłamstwem z wszystkich jest wmawianie sobie, że musimy żyć tak
jak żyjemy.
To
nie prawda, nie mamy żadnej włazy nad tym, co robimy. Nie mamy nawet
włazy nad własnym życiem a co dopiero nad światem. Nie musimy wcale wstawać
rano z tego przeklętego łóżka równie dobre możemy sobie od razu strzelić
w twarz tym całym milczeniem, jakie posiadamy. To i tak jest nieuniknione. Świat
się przecież nie rozpadnie z tego powodu, będziemy mieli szczęście, jeśli
ktokolwiek będzie po nas płakał. Ale jaka to różnica czy ktoś będzie po
nas płakał czy nie skoro jedyne prawdziwe łzy będą przelane przez tych, którzy
nas nie znają.
Dlaczego
prawdziwe łzy to łzy nieznajomych?
Bo nic nie trwa
wiecznie. Czy naprawdę ktokolwiek wieży w to, że „wielka” miłość Romeo
i Julii trwałaby po wieki gdyby nie zakończyła się, kiedy ich uczucie było
najsilniejsze i jeszcze nie zaczęło się wypalać. Nie! A dlaczego? – Bo nic
nie jest wieczne. Prędzej czy później, jeśli kogoś naprawdę poznasz to
zrozumiesz, że to nie jest ktoś warty łez. Co wobec tego nam pozostaje? Nie
wiemy, wiemy za to, co mamy. Jedyne, co mamy to ogrom ewentualność, kilka
wyborów i mnóstwo bólu plus odrobinę szczęścia abyśmy wiedzieli, że może
być lepiej, ale po prostu nie jest.
Teraz
za to w głębokie ciszy, ciszy tak cichej, że niemalże niemożliwej do
wychwycenia przez ludzkie ucho, w ciszy naszych konających serc ktoś rzuca w
naszym kierunku pytanie, czym jest patryjotyzm?
Odpowiedź
jest chyba oczywista. Tym, czym nauczono nas, aby był – mitem, w którym
nieliczni walczą o to, czego nigdy tak naprawdę nie mieli, o swój dom.
Czy
kochamy swój kraj? Jasne, przecież musimy kochaś wszystkie głupie decyzje rządu
i to, że każdy nasz wysiłek, aby poprawić stan swego życia jest niszczony właśnie
przez rząd. Ale przecież nie o to chodzi w tym pytaniu. Prawda? Pytanie brzmi
czy bylibyśmy gotowi walczyć o swój kraj.
Odpowiedz,
która może zresztą zaskoczyć nawet niektórych z nas, brzmi, że my już to
robimy. Każdy z nas, Nastolatków, walczy bez przerwy o swój kraj, o swój
dom, i o swój honor. Na równych prawach, co każdy inny człowiek.
Robimy
to zawsze, kiedy wstajemy rano z łóżka, ponownie okłamujemy samych ciebie,
że jest dobrze, i ponownie zaczynamy rzyć. Walczymy zawsze, kiedy mówimy o
sobie jak o Polaku i kiedy robimy to, co Polak robić musi, kiedy spełniamy swój
obowiązek i kiedy po prostu żyjemy. Bo ostatecznie jedyne, co możemy zrobić
to po prostu żyć. Nie przestawać oddychać. I nadal się ukrywać przed
prawdziwym spełnieniem naszych marzeń i nas samych.
Tak,
więc kryjemy się całymi dniami przed obowiązkiem pełnego życia, kryjemy się
za swoimi przyzwyczajeniami i malutkimi nic nie znaczącymi kłamstewkami i
nadal krztusimy się kolejnymi powitaniami. Codziennie bez przerwy podajemy rękę
komuś, kogo nie znamy mając nadzieje, że w końcu kogoś pokochamy i że
jeszcze zdąży być dobrze. Ale nie jest.
Tak
też mija rok, dwa i pięć, aż pewnego dnia przyzwyczajamy się do tego. I
co wtedy? I w końcu zaczynamy być dorośli.
Bo
właśnie tym jest dorosłość. Jest przyzwyczajeniem się do świadomości
tego, że już nie będzie dobrze, jest przyzwyczajeniem się do bólu i bagna,
w jakim żyjemy i przyzwyczajeniem się do tego, że już tego nie zmienimy.
Jest kompletnym brakiem marzeń, a co za tym idzie brakiem wszelkich zmartwień.
Tylko
my umiemy marzyć, tylko dzieci.
Żałujemy,
że tak jest i że nie możemy na zawsze być dziećmi i wieżyc w to, że
święty
Mikołaj istnieje, bo przecież ktoś musi sprawiać, że święta mają sens.
Ale tak nie jest, nie możemy zatrzymać czasu, nie możemy zapomnieć
wszystkiego, tak, więc zapominamy o jedynym, czego możemy zapomnieć bez
wyrzutów sumienia. Zapominamy, kim jesteśmy, tylko po to, aby nie czuć bólu
zawsze, kiedy nie potrafimy dostać tego, na co zasługujemy.
A
kim jesteśmy?
Jesteśmy
Generacją X.
Milionami
zagubionych dusz szukających ukojenia i domu. Trylionami marzycieli pragnących
odnaleźć samych siebie, ale przede wszystkim - jesteśmy dziećmi. I trzeba
przyznać, że jesteśmy doskonali w tym, co robimy.
I
już nawet nie pamiętamy, dlaczego to robimy.
Dlaczego
dla zakazanego owocu krzywdę sobie czynimy.
Ale
zgaduje, że to jest w tym najzabawniejsze.
Jak
stale grę bez wygranej toczymy.
Bush
"Spacetravel"
[Fragment]
We
are the playthings
We
are the form
Soon
it may come
Since
we can rise
Too
long since I've seen you
We move
like satellites
Seth
[prizefighter@op.pl]