| Miałem talent... |
|
W czerwcu 1994 roku na tzw. "zająca" dostałem
swoją pierwszą w życiu piłkę do koszykówki. Pamiętam, że piłka ta była
o regulaminowaych wymiarach i wadze, a ja miałem niecałe osiem lat i
była dla mnie ogromna. Do piłki dostałem też duży, mocowany do ściany
kosz, do którego bez problemów się mieściła. Nie miałem jednak zamiaru
grać nią w domu, czemu przeciwni byli także rodzice, więc wybrałem się
pograć na okoliczne kosze. Tam grało już kilku, tak na oko z sześć lat
starszych chłopaków. Dla nich byłem dzieciakiem, więc trochę mnie zaczęli
przeganiać. Uprosiłem ich jednak, żebym mógł sobie pograć. Nie grałem
wtedy pierwszy raz, więc cela do kosza jako takiego już miałem. Fakt,
że piłka była trochę ciężka uniemożliwiał mi dorzucenie do kosza z odległości
dalszej od rzutów wolnych :). Cała gra szła mi całkiem nieźle, więc grający
obok chłopacy zaproponowali mi udział w małym meczu na jeden kosz. Początkowo
trochę się wahałem, bo bałem się, że mnie pozabijają w trakcie gry (w
końcu byli duuuużo wyżsi). Po chwili namysłu zdecydowałem się jednak
zagrać. Pamiętam z tego meczu tylko tyle, że szło mi całkiem nieźle,
i że koledzy z boiska mi pogratulowali dobrej gry. No, w końcu słowa "ej
mały, dobry jesteś" można za takowe uznać...
Po przyjściu do domu byłem bardzo zadowolony z siebie i naszła mnie ochota, aby sobie jeszcze pograć. Niestety rodzice już mnie nie wypuścili, ale od czego był kosz zamontowany na ścianie w moim pokoju :). Z zabawek wygrzebałem gumową piłkę, rozmiarami odpowiadającą tej o rozmiarze (wymiarze?) 5. Zafascynowany popisami koszykarzy NBA, które oglądałem w telewizji postanowiłem wykonać na moim mini-koszu wsad. Sprawa nie była jednak taka prosta, gdyż byłem niski, a kosz był dość wysoko. Po kilku próbach wreszcie mi się udało i nawet nie macie pojęcia jaki byłem z siebie dumny. Czułem się jak gwiazdor... Takie uliczne meczyki ze starszymi zdarzały się coraz częściej, zacząłem także chodzić z kumplem na szkolne boisko. Wszystko tylko po to, aby pograć w kosza. W końcu nadszedł maj 1995 roku. Idąc do szkoły zatrzymałem się przed szybą kiosku. Po dłuższym przyglądamiu się nieprzyzwoitym czasopismom (a co, młody byłem, ciekawy...) zauważyłem coś, co się nazywało "Magic Basketball". Pomyślałem - to musi być jakaś gazeta o koszykówce! Podszedłem do okienka, poprosiłem, wydałem całe moje ówczesne kieszonkowe. Na okładce był Michael Jordan. Słyszałem o nim kiedyś, był świetny, ale zakończył karierę. Co widzę poniżej jego zdjęcia? Napis Jordan wraca (czy coś w tym stylu, nie pamiętam już dokładnie). Nie zaglądając do środka spakowałem "Magica" (tak później zacząłem nazywać moją gazetkę) do plecaka i ruszyłem do budy. W budzie dowiedziałem się, że nie ma pierwszej lekcji. Zostaliśmy sami w klasie, facetka gdzieś wyszła. Ucieszony wyciągnęłem "Magica" z torby. Zacząłem przeglądać. Długo się nie nacieszyłem, bo wokół mnie zebrała się grupka chłopaków z wybałuszonymi gałami. Pytali skąd to mam, mówili, że zrąbiste, chcieli poprzeglądać. Dla spokoju oddałem im moją świętość. Pooglądali, popodniecali się, wreszcie dostałem czasopismo z powrotem. Pierwszy i jedyny artykuł, jaki przeczytałem na lekcji dotyczył powrotu Jordana na parkiet. Pamiętam, że była tam informacja dotycząca tego, że występy zainauguruje meczem z Indiana Pacers i podana była też data. Zapragnąłem zobaczyć legendę w akcji... Niestety, z niepamiętanych przeze mnie przyczyn inauguracyjny występ Jordana umknął mej uwadze. Nie szkodzi, widziałem skrót dzień później. MJ zagrał nawet nieźle. Trochę się gubił, ale przecież dwa lata był poza parkietem. On będzie jeszcze wielki - pomyślałem. Po skrócie wróciłem do "Magica". Przyjrzałem się bliżej. Lektura dość mocno mnie pochłonęła. Niestety byłem jeszcze praktycznie dzieckiem, czytałem wolno, więc i nie dużo. Po przeczytaniu kilku artykułów poszedłem spać. W łóżku myślałem o przeczytanych zdaniach, o artykułach na temat byłych zawodników, rozmyślałem, jak wygląda teraz ich życie. Na dokończenie lektury "Magica" potrzebowałem jeszcze paru ładnych dni, gdyż pismo było spore objętościowo (nie to, co CDA, ale niewiele mu brakowało). Pismo wydawało mi się świetne, pozwalało być tuż obok największej ligi świata, bo oprócz zwykłych artykułów, wywiadów zawierało także dokładne, wielostronicowe raporty z całego, minionego miesiąca rozgrywek. Dla takiego zafascynowanego dzieciaka jak ja to było lepsze niż seks. Moja mama widząc, jak jestem tym całym NBA zafascynowany postanowiła wziąć "Magica" do teczki, którą mieliśmy założoną w kiosku. Już mogłem być spokojny o moje kieszonkowe :). Rodzice widząc moje zainteresowanie ligą zaczęli oglądać razem ze mną mecze w TVP 1. Wcześniej tego nie nawidzili - nawet mój tata, wielki fan sportu. Po obejrzeniu kilku spotkań już zaczęli mnie rozumieć, nawet mama zaczęła się uczyć wymawiania nazwisk. Po pewnym czasie przyszedł czas na finały - pierwsze w życiu, które miałem zaszczyt obejrzeć (tak, wtedy to był dla mnie zaszczyt). Kibicowałem Orlando z młodziutkim Shaq' iem w składzie - niestety Houston z Olajuwoan'em ich rozgromiło. Trudno - pomyślałem. Zapatrzony w gwiazdorów, zaczytany w "Magicu" grałem coraz więcej. Grając nawet z ładnych parę lat starszymi zostawałem wybierany do drużyny na samym początku. Mój kumpel z takimi nie chciał grać, nie wiem dlaczego. Będąc od nich dużo niższym, nadrabiałem techniką, szybkością. Nie zawsze wszystko mi wychodziło, ale nigdy na mnie się nie darli, nieraz tylko z podziwem patrzyli. W ich gronie teoretycznie byłem przecież tym najsłabszym. Jak już wspominałem na kosza chodziłem zawsze z jednym kumplem. W naszej klasie takich ogranych w kosza było jeszcze paru, ale oni mieli swoich kumpli, nie grali z nami. Jeden był prawie takim fanem NBA, jak ja. No, ale o tym później. Tak pod koniec 1995 roku kupiliśmy sobie z tym kumplem, co chodziłem z nim na kosza (notabene to do dzisiaj mój najlepszy kumpel) dżokejki drużyn NBA. Mój kumpel wybrał tę, której logo najbardziej mu się "widziało", ja postawiłem na moją ulubioną. Skończyło się na tym, że on wylądował w czapeczce Charlotte Hornets (dzisiejsze New Orleans), a ja Chicago Bulls. Kumpel od tego czasu jakoś bardziej zaczął lubić "Szerszenie", a "Byki" darzyć zaczął coraz większą antypatią. Jak on może nie Lubić MJ? Do teraz mnie to zastanawia... Sezon 95/96 trwał, ja zaciekle oglądalem mecze, kibicowałem "Bykom," czytałem "Magic Basketball". Byki mnie nie zawiodły, wygrały rywalizację w Dywizji Centralnej, dołączył do nich kontrowersyjny Dennis Rodman. Jordan został królem strzelców NBA, jak i MVP sezonu zasadniczego. Przyszedł czas na Play-Off'y. Byki przeszły wszystkie rundy głaciutko, w finale pokonali Seattle SuperSonics 4:2. Byłem w siódmym niebie. MJ został do tego MVP finałów. W końcu, za namową drugiego fana NBA w mojej klasie zacząłem zbierać karty z zawodnikami. Paczka kosztowała chyba 3,50, a w środku było chyba pięć kart. Pamiętam, że trafiały mi się cacka z sezonu 93/94. Wymienialiśmy się. W pewnym momencie moja kolekcja wynosiła coś lekko ponad sto sztuk. Po sezonie jak zawsze wakacje, mecze ruszyły pełną parą. Byłem coraz lepszy. W szkole były testy do klasy sportowej. Niestety, nie dostałem się :(. Byłem dobry, nawet świetny w kosza (a warto dodać, że w tych latach nasza szkoła zdobywała co roku miejsce na podium Mistrzostw Polski w tej dyscyplinie), ale testy tego nie sprawdzały. Brali nawet ludzi biegających i "gimnastykujących się" jak kaleki. Ale oni byli bardzo wysocy. Żaden z moicj dobrze grających kumpli się nie dostał. Tym krokiem nasza szkoła zapewniła sobie wypadnięcie z koszykarskiej czołówki polski w momencie, kiedy będzie ich reprezentował rocznik '86. Ja choć podłamany, nie miałem zamiaru przestawać grać. Wkrótce nadszedł kolejny sezon NBA. Kolejne wielkie mecze, kolejne numery "Magica" przeczytane. O ile dobrze pamiętam, to rozgrywek w tym sezonie ciężko było się dopatrzeć w TVP. No, ale nie samym TVP człowiek żył. Był DSF, były inne stacje. Wszystko grało. Sezon 96/97 był kopią wcześniejszego - Byki zwyciężyły z niebotyczną przewagą. Finał, to gra jednego aktora (czyli MJ) i zwycięstwo nad Utah Jazz 4:2. W 1996 roku ukazał się specjalny numer "Magica" poświęcony w całości Chicagowskim "Bykom". Po przeczytaniu całej historii miałem łzy w oczach. To było z 50 stron fascynującej lektury. Do teraz czasami to czytam (czasami=raz do roku). Do wydania dołączony był gigantyczny plakat Jordana. Przykleiłem go szybko do ściany. Wisiał tam przez siedem lat - niedawno się przeprowadziłem i niestety ściany ze sobą zabrać nie mogłem :(. Szlag trafił mój cenny skarb. Cholera, może to był tylko plakat, ale strasznie dla mnie cenny. Teraz apeluję: jeżeli ktoś, kto czyta te słowa ma na stanie ten plakat proszę o kontakt. Jestem w stanie go odkupić! Nawet po wysokiej cenie! Podczas trwającego sezonu 96/97 zapisałem się na szkolne SKS. Prowadził je trener klasy sportowej. Wszystko było oczywiście podporządkowane koszykówce. Fajnie, przynajmniej mogłem potrenować trochę bardziej profesjonalnie. Na SKSach graliśmy zawsze na koniec treningu mecz. Trener zawsze sadzał mnie na ławie. Chodziłem tam razem z trzema innymi "koszykarzami" z klasy. Oni też zawsze grzali to miejsce. Podczas któregośtam meczu kogoś nie było, więc trener zadecydował, że zagram w pierwszej piątce jednej z drużyn. Zagrałem dobrze, nawet pewnie najlepiej z całej drużyny. Trener coś tam przebąknął, że nie wiedział, że tyle potrafię. Kolejnych SKSów już nie było - trener poważnie zachorował. Coś z kolanem :(. Wrócił do szkoły dopiero w 2000 r. Po tym wydarzeniu pozostały mi już tylko mecze na boisku szkolnym. Nadszedł kolejny sezon NBA. Znowu wygrały "Byki", znowu w wielkim stylu, znowu z wielką przewagą. Meczów widziałem coraz mniej, w telewizji publicznej przestali puszczać, czasem coś TVN pokazał. Widizałem może dwa mecze w miesiącu. "Magic" nadal żył, trzymał się świetnie. Dzięki niemu wiedziałem coraz więcej. Niestety, szybko po zakończeniu sezonu Jordan ogłosił zakończenie kariery. Byki się rozpadły. Odszedł Rodman, Pippen, Kerr, Longley. Wkrótce i Kukoc. Wszystko przez trenera Jacksona, który postanowił sobie rok od basketu odpocząć, a Jordan powiedział, że może grać tylko dla niego. Na podwórku szło mi coraz lepiej. Mimo niskiego wzrostu wymiatałem ponadprzeciętnie. Za trzy waliłem jak oszalały. Kumpli po kilka lat starszych i o dwie głowy wyższych kiwałem przerzucając im piłkę pod nogami i kończąc akcję dwutaktem. Nie chcę się chwalić, ale po prostu jest mi teraz cholernie żal, że zmarnowałem swój talent. Kolejne sezony NBA już nie były dla mnie tak ciekawe. Nie było mojego idola, nie było na co patrzeć. Moje informacje to był głównie kochany "Magic Basketball", telegazeta oraz magazyny NBA JAM oraz NBA Inside. Obejrzeć jakś mecz to była rzadkość. W końcu nadszedł rok 1999. Rocznik '86 zaczął reprezentować naszą szkołę, która przekształciła się w gimnazjum. Warto dodać, że w tym roku szkołę zakończył ostatni święcący triumfy rocznik razem ze znanym chyba niektórym Łukaszem Koszarkiem na czele. Nasi "sportowcy" za przeproszeniem gówno pokazali przegrywając praktycznie wszstko co możliwe na szczeblu wyżej niż powiatowym. Ja nadal wymiatałem na asfalcie, nikt mnie nie dostrzegł... Nastał magiczny rok 2000. Dostałem komputer. Drugą grą, jaką na nim odpaliłem było NBA Live 2000. Zakochałem się, niestety. Komp zaczął zżerać mi coraz więcej czasu, na meczyki na dworze go praktycznie nie miałem (czasu ofkoz). Kumpel też dostał PieCa, więc nikt nie miał do nikogo pretensji - obydwaj całe dnie graliśmy. Rok 2000, to ostatni w życiu mojego "Magica". Upadli chłopaki. Ciekawe co porabiają teraz redaktorzy, czy gdzieś piszą? Byli tacy świetni. Może teraz na to nie czas, ale chciałbym podziękować redakcji "Magica" za te miłe chwile spędzone nad lekturą ich czasopisma. Za to, że dzięki nim poznałem historię Abdul-Jabbara, Chamberlaina, Mikana, Cousey'a, Birda, Johnsona, Rusella i innych, wielkich, za to, że dzięki nim poznałem bliżej mój ulubiony zespół, czyli Chicago Bulls 91-93 & 95-98. Pałeczkę po "MB" przejęło CDA. I tu moja kariera koszykarza się skończyła...(no, ale telegazetę śledzę cały czas ;) |
| zabójca /zabojca@buziaczek.pl/ |