Pamiętnik Sir Trevora Nonentity
Przemek „TrOOl" Gliniecki
Czy czujesz...
Czy czujesz noc na grobie dnia?
Czy czujesz...
Czy czujesz życie, błyskiem stali mijające?
Czy czujesz...
Czy czujesz oddech nieczystych słów na skroni losu, na oczach życia?
Czy czujesz...
Czy czujesz mgłę zdrady zawisłą nad sercem, ukrytą pod lodem?
Czy czujesz...
Czy czujesz zmęczoną twarz do ściany odwróconego wędrowca, zwanego...
Twoją duszą?
Czy czujesz...
Nie.
Ty myślisz, Człowieku.
Tylko myślisz...
Zabawne...
Stoję i się śmieję. Błyska światło tamtych dni. Światło? Cóż to znaczy? Cóż to znaczy ujrzeć światło? Nic. Otóż to. Jedno wielkie „nic" wypisane, wyorane bezkarnie na lustrze mojej duszy. Gdzie jestem? To już też nie ma znaczenia. Nad jakimś grobem. Opływa go szlam i brud, który zrobiła nie natura, lecz ludzie. Jak to, próbuję sobie przypomnieć. Jak to wszystko się zaczęło? Gdzie jestem? Dlaczego śmierć tak strasznie cuchnie? Dlaczego szaleństwo nie pozostaje stałe? Nie godzi się z losem tak, jak życie? Mój czarny jak noc płaszcz opływają strugi nieprzeniknionego deszczu. Nie widać prawie nic. Prawie nic najpewniej śmiertelny by nie zobaczył. Ja widzę ogromne drzewo. Konary rozłażą się od pnia, jakby z samego piekła wyłaziły jego diabły. Cmentarz. Dość smutne miejsce na rozpoczynanie historii. Na wyjaśnianie czegokolwiek. Trudno. Lepszego nie znajdziesz. Co? Rozproszony błotem, zimnem i niesamowitą ciszą tego miejsca? W uszach tylko ciche „dum, bum, bum" robione przez kropelki. To twoja dusza spada. To spadają istnienia i rozbijają się na czerwonym, stalowym dachu wieczności. O co chodzi? O nic. Przywykniesz. Daję głowę. Przywykniesz... Dlaczego? Nie wiem. Dlaczego, huczy w moim sercu od paru nocy. I wciąż, chociaż wypruwam zgrzyt zębów i kamienie z cienia, nie potrafię sobie odpowiedzieć. Ogromne czarne macki oplatają moją duszę, niszczą cały świat, zalewają oczy i dostają się do ust. Nie mogę oddychać. Nie mogę myśleć. Nie istnieję. Dlaczego... To pytanie mnie zabija.
Wyszedłeś kiedyś na ulicę? Tak? Nie? Nie wiem? Wszystkie odpowiedzi prawidłowe. Wyszedłeś, bo trudno jest nie wyjść w naszych czasach na ulicę. Nie zrobiłeś tego nigdy, bo dla ciebie nie jest to spacer ulicą, a jedynie środek transportu. Przymusowy środek transportu. Nie wiesz... To ciekawa odpowiedź. Podałem taką samą. Którą? Identyczną...
Tamtej nocy ulica jest i zawsze będzie pusta. Pusta? Tak. Zapełniona ludźmi, jak zwykle. Jak zwykle sprawiającymi tysiące kłopotów. Hałas. Dym. Mgła i róże. Setki róż rozsianych po każdym zakamarku Torunia. Cholerne samochody. Robią za dużo niezdrowego wrzasku. Jakby ktoś je mordował, a przecież są martwe. Zabawne. Bardo zabawne. Idę z boku. W cieniu wielkich świateł, które tak bardzo wkurzają mnie, kiedy mam coś do załatwienia. Jest pełnia, a noc wydaje się być zaspokojona. Widziała bowiem już krew. Krwi wymaga noc i ją dostaje. Oto jak działa cały ten świat. Dzień wymaga potu, a noc wymaga krwi. Nieważne. Zaprawdę nieważne. Mijam dwie znajome twarze. Coś tu śmierdzi, przechodzi mi przez umysł. Niebezpieczne, krzyczy serce z całych sił. Powiększam pole widzenia zdejmując zwilżony uliczną wodą kaptur. Prawa ręka wędruje po omacku, sunąć po płaszczu, do lewej kieszeni. Po tkwiącego tam bezpiecznie Glocka. Zauważeni przechodnie mijają mnie bez słowa. Uliczka jest wąska, ma jakieś trzy, może cztery kroki szerokości. Wychodzi na nią chyba z milion malutkich okienek starych, ginących w mroku i chmurach, domów. W każdym oknie przerażona do granic możliwości twarz. Milcząca i głucha. Blada i jakby rozpływająca się w chwili. Nie mająca siły jej złapać. Twarz człowieka. Jedna z twoich twarzy, człowieczku. Echo niesie moje kroki w mniej ważne uliczki, gdzie między nimi, można usłyszeć krzyk i łkanie kolejnych mordowanych istnień. To asfalt tak krzyczy. Budynek, do którego zmierzam nie jest zbyt okazały. W rzeczywistości był to kiedyś szpital, w którym umierali ci, którym to było przeznaczone. Przekształcił się w moje ulubione miejsce spotkań i rozwiewania wszelkich wątpliwości.
Kolejna twarz. Szlag by to trafił. Doskonale mi znajoma. Każda rysa. Każde spojrzenie i każdy najmniejszy gest. A jednak obca... Jakaś kobieta, przemierzająca ulicę prawie niepostrzeżenie, zwraca moją uwagę. Robi mi się zimno. Tak jak nigdy. Wreszcie pcham drzwi i trzypiętrowy brązowy budyneczek staje otworem. Drzwi... Pierwsze drzwi. Drugie. Strażnik.
Wysoki, całkiem wysoki białas, chyba trochę poirytowany sytuacją, w której to musi pełnić honory odźwiernego. Okazałe mięśnie wyrastające spod czarnego t-shirta. Ręka nadal na glocku.
-Hasło.- Ryczy bez przejęcia. Pozwalam, żeby włosy opadły na twarz i zasłoniły okropnie płonące oczy. Widzę kropelki potu osadzone pod jego pachami. Wół powtarza parę razy, zanim dociera do mnie, że nie mam czasu zabijać go za nieuprzejmość i muszę wejść wreszcie do budynku.
-Babcia.- Syczę i mijam gnojka nie patrząc w jego rozlazłe, nierozumne oblicze. Zbyt piękne, żeby moje oczy mogły na nie trafić. Zbyt naturalne. Zbyt niezbytnie. Stop! Jego ręka dość silnie trzyma mnie w pasie. Przesadził. Łokieć w mostek, ręka na stalową, czarną rękojeść spluwy. Pięść w nos, kop w kolano. Niemiły dla myśli trzask i trochę krwi. Złamanie otwarte i kupa wrzasku z jego strony. Powinien nauczyć się tonować głos. Zdecydowanie tą umiejętność powinien posiąść. Glock do gardła. Chwila zastanowienia? Nie... Chwila na jego głupie modły.
-Stara pani.- Gada przez krew, wyciekającą zza jego żółtych zębów. Znowu się pomyliłem.
-Co stara pani?- Seplenię ze złości, opluwając sobie koszulę.
-Hasło...- Jego zimne ręce zaciskają się na moich lodowatych nadgarstkach. Boi się. Prawidłowo.- Hasło to stara pani.
-Wiem...- Strzał. Koszula cała we krwi. Kawałki jego głowy zapełniają powietrze i powierzchnie ściany naprzeciwko. Ktoś zbiega z góry. Wychodzę. Jestem chory, dociera do mnie po chwili. Po chwili jestem już na zewnątrz. Na zewnątrz całkowicie spalony autorytet. Autorytet dawnego władcy. Szlag by to trafił. Kolejny raz nie potrafiłem nad sobą zapanować. Idę wyludnioną Szeroką szybkim korkiem. Nie idę. Biegnę, nie patrząc w tył. Jakiś kanał. Rozwalam sobie palce, żeby podnieść obsmarowaną błotem pokrywę. Krew spływa w dół i czyni to wszystko jeszcze bardziej nierzeczywiste. Bo zawsze było. Ślepiec. Gość z laską i czarnymi okularami mija mnie uderzając drewnianym przyrządem o betonowe płyty ulicy. Skaczę, a klapa leci za mną. Ciemność. Uderzam wzrokiem w nieprzeniknioną czerń. Odpowiada cisza i pustka. Jestem bezpieczny. To znaczy... Tak przynajmniej mi się wydaje. W końcu w pomieszczeniu jestem sam, jeśli to w ogóle pomieszczeniem nazwać można. Sam... Całkiem sam. To cholernie niebezpieczne. Coś kapie mi na twarz. Wyjmuję czarną chustkę i przecieram ogromną dawkę ścieków, które aktualnie opływają mój płaszcz. Gówno. Jedno wielkie gówno, prześlizguje się przez myśl co powoduje niepohamowaną falę złości. Ręce drżą mi i latają, jakbym dawno o nich zapomniał. Budzi się druga dusza, tak okrutniejsza, a tam na ulicy czyhają moi wrogowie. Cała ich masa. I o jednego boga więcej...
-Coś ty kurwa za jeden?- Zapytuje się jakiś nie za wysoki, młodociany ludzki wypierdek, spoglądając na mnie bykiem. Stoi przed wejściem do klubu i myśli, że fakt istnienia policji obroni go przed moimi pazurami. Widzę dokładnie jego postawione głupio włosy, w które wtarł z kilo żelu i skórzaną, czarną kurtkę. Moją duszę powoli opanowuje niepohamowana chęć spuszczenia mu łomotu. Nie... Nie tylko łomotu. Gość zginie, przemyka mi przez serce, a ciało robi swoje. Dłoń sama wędruje do lewej, wewnętrznej kieszeni płaszcza, czując jego fakturę, jakby nigdy tego nie robiła, a gówniarz zaczyna się odsuwać. Szorstki ten płaszcz, a ja już czuję jego smród, jego pot spływający po twarzy, znajdujący ujście we wielkiej dziurze wyrąbanej przez kulę. Moją kulę.
-Nikt ważny.- Jest taki przerażony, że strzał nie sprawia mi najmniejszej przeszkody. Dostaje, a pęd zabiera jego ciało na ziemię. Twardo na ziemię, sprawiając że nie może pobrać ostatniego oddechu. Krztusi się własną krwią, a jego oczy próbują uchwycić punkt, który poświadczy im, że to co widzą jest prawdziwe. Podchodzę do niego i przyciskam go nogą do mokrej ulicy, na której już widzę jego krew. Strzelam jeszcze dwa razy. Oczy stają w miejscu, a kule wyżynają w asfalt i zostają tam na całą wieczność. Tak jak on. Szał mija, a broń za moją sprawą ląduje w kaburze, w lewej kieszeni. Ludzie się gapią. Otrzepuję, pokryty częściowo mieszaniną wody i ludzkich odchodów, płaszcz. Brudzę przy tym rękę. Cała we krwi. Dochodzi mnie stłumione dudnienie szalonej, dzisiejszej muzyki. Nakładam lustrzane okulary, uśmiecham się do ochroniarzy i wchodzę. Nikt nawet mnie nie dotyka. Nikt nie jest na tyle szalony. Może tylko ja.
Pcham dwuskrzydłowe brązowe drzwiczki ze śmiesznymi okrągłymi okienkami, zupełnie jak na jakimś statku. Wchodzę w prawie zupełną ciemność. Gdyby moje zmysły nie były wyostrzone najpewniej zabiłbym się na schodach. Gdybym mógł się zabić. Gdyby to nigdy się nie zaczęło. Moja twarz, przykryta włosami, niewidoczna w nocy, zaczyna przybierać dziwny wyraz. Czuję to. Czuję każdy ruch mięśnia mojej twarzy, a mimo tego nie mam pewności czy tak się dzieje. Boli. Znowu bolą mnie uszy od tego wszystkiego. Błądzę. Błądzę wśród hucznej muzyki, roztańczonych ludzi i mroku. Przeraża mnie i zachwyca. Przeraża i zachwyca.
Siadam przy stoliku, tak żebym widział jak najwięcej. Wyciągam paczkę papierosów i odpalam pierwszego od zapałki. Czekam. Czekam i myślę. Rozpatruję i próbuję sobie przypomnieć jakie było moje zadanie tej nocy. W jakim celu opuściłem Schronienie i udałem się w sieć intryg, gwałtów i gówna, zwanego miastem. Boli mnie łeb od tego wszystkiego, co powoduje że papieros nie smakuje dobrze. Przecinam nim folię pozostałą po opakowaniu. Tak jak katana wchodzi w ciało, tak papieros przecina powietrze i godzi w kawałek sztucznego tworzywa. Gaszę cholerstwo i mam wrażenie, że przypomniałem sobie o celu. Miliard znajomych twarzy mija pustą, odzianą w czerń, puszkę, zwaną Trevorem. Świat przemija, a obłoki się kurczą. Na rękach nadal krew. Mam to gdzieś. W tych ciemnościach nikt nie zauważy. Obserwuję ich. Śmiech. To oni to jeszcze generują... Zabawne. Zawsze myślałem, że dawno oduczyliśmy ich zabawy. Że dawno daliśmy im nauczkę na sto, może milion lat, że ich zadaniem jest nie żyć, ale kontemplować istnienie, a jedyną drogą do tego jest szaleństwo. Tłumię salwę głupkowatego śmiechu. Czuję ich serca. Tłuką niemiłosiernie krew. Opanowuję po raz ostatni dzisiaj szał. Stoję jeszcze chwilę bez celu, po czym trafiam na szlak do biura dyrekcji tego burdelu. Każdej nocy budzę się z wymazaną pamięcią i każdej nocy nie chcę sobie przypomnieć kim jestem. Po prostu. Nie jest mi to na rękę.
Małe pomieszczenie, gdzieś ponad rozszalałym tłumem Nieświadomych. Wchodzę po dużych, typowych dla pedantów, takich jak właściciel, schodkach. Fajne kafelki, stwierdzam w duchu i poddaję się szczegółowemu przeszukaniu goryla, który stoi przed drzwiami wiodącymi do tego innego świata. Trafia ręką na glocka. Moje ślepia spotykają jego oczy. Nie ma mowy, mówią spokojnie. Wreszcie ustępuje, a ja przechodzę dalej. Może jest bardziej świadomy, niż ta cała zgraja pode mną. Może boi się o swoje życie, jakże nieważne wobec całego świata. Nieważne. Plastykowe drzwiczki uchylają się, a ja przenikam do środka. Dotyk pozostaje w pamięci. Gładka faktura, trochę jakbym łapał folię, mocno naciągniętą na ramę obrazu. Nieprzyjemne. Pokój składa się ze stołów, czterech ścian, przyćmionego światła i paru osób siedzących i gaworzących. Czekam, aż małpka mnie zapowie.
-Trevor Nonentity...- Podbiegam szybko. W ułamku sekundy łapię go od tyłu za szyję i przyciągam blisko ciała. Do parteru. W dłoni tkwi już broń. W tym świetle idealnie komponuje się z otoczeniem. Gość poci mi się na rękaw. Kątem oka zauważam parę luf, wycelowanych w moją głowę, mówiących mi: „Przestań robić cyrk". Nie rozumieją. Puszczam zwierzątko i przemierzam pomieszczenie w milczeniu. Na jego końcu również są drzwi. Te, obite skórą, duże drewniane wrota nie stawiają żadnego oporu, kiedy je pcham.
-Sir Trevor Nonentity.- Rzucam odcinając się od pierwszych strażników uroczym trzaśnięciem drzwiami. Nie... Takie drzwi nie trzaskają. Są na to za drogie.
Paradoks. Wiesz co to takiego? Nieważne czy wiesz. Ważne, czy jeszcze słuchasz. Ważne, czy jeszcze istniejesz. Nieważne, czy oddychasz. Paradoks to życie i śmierć. Paradoksem jest równowaga, o którą zabiegasz tracąc wszystko dookoła. Uciekasz przed odpowiedzią. Przed prawdą. Jaką prawdą? Tą, której nie dostrzegasz. Przed tą, która nie istnieje. Biegnij. Spotkamy się w piekle.
Mały, czarny stolik na kawę, a przy nim trzech facetów. Cisza. Panuje niesamowita cisza. Coś, jakby cały świat czekał na mnie. Nie cały. Tylko oni. Jego władcy. Jego fatalne lalki, uwieszone na sznurkach losu. Kiedyś mi powiesz, czy dobiegłeś.
-Sir Trevor Nonentity.- Mój głos rozbija się o ich twarze, masakrując każdy szczegół ich oblicz. Jeden z nich, z długimi, prostymi włosami uśmiecha się szeroko, jakby chciał mi coś powiedzieć. Rzygam ich powitaniami. Rzygam wszystkim, co oni tworzą. Drugi ma na sobie płaszcz i najwyraźniej nie jest zadowolony z mojego wtargnięcia. Ma splecione palce, którymi postukuje oburącz o stolik. Ich facjaty nikną w czerni rozlanej po pokoju. Zaczynam się wkurzać.- Zwany również Nikim Ważnym. I nie. Nie do waszych usług.
-Tak też myślę, drogi Trevorze.- Powiada ten w płaszczu. Nie nadążam z myśleniem nad jego słowami, bo świadomość zajmuje mi odór, którym wypełnia pokój. Jego twarz, dopiero teraz dobrze widoczna, przypomina bardziej obrzydliwą karykaturę tego ludzkiego przymiotu. Obrzydliwą albo piękną. Cóż to za różnica? Żadna. Kwestia gustu. Kwestia równowagi. Zmęczyłeś się? Przestań. On ma znamię śmierci na twarzy. Widać jak bardzo ściska go za gardło. Co z tego? Nic.
-Poczekajmy na resztę i będziemy mogli rozpocząć.- Syczy przez obrzydliwe, białe zęby ten w czarnym garniturze. Kąt. Nie widać mnie wcale. Nie mówią do mnie, ale do mojego imienia. Do tego, co zrobiłem. Nie szanują mnie, a ja wiem, że pewnego dnia zapłacą. Szukaj, a znajdziesz. Ja szukam dostatecznie długo, a nadal mam wrażenie, że nie ma czego. Nie odrywam od nich wzroku i siadam w jakimś ciemnym miejscu. Nie zwykłem do salonowych, pustych dyskusji. Nie jestem pudlem, którego można wystawiać, i którym można się chwalić. Nie mówię, nie myślę, nie istnieję, czuję. Wyjmuję magazynek z pistoletu i liczę kule. Ile? Za dużo. Ile? Za mało. Ile? Wciąż tyle samo. Piętnaście. Rechoczę pod nosem w nagłym przypływie poczucia bezsensu. Jak rzeka może zasilić morze? Proste. Musi do niego wpaść.
Jestem popiołem, który spada z nieba i zamienia się w śnieg. Chcesz sensu? Nie znajdziesz go nigdzie. Chcesz pasji? Musisz odszukać ją w sobie. Chcesz życia? Musisz wyjść na zewnątrz. Chcesz śmierci? Musisz zrobić to samo, tylko przedtem przekonaj sam siebie, że wszystko już widziałeś. Nic nie musisz. O co więc chodzi? Zbuduj manifest. Powołaj armię takich jak ty. Przerób rzeczywistość tak, jak chcesz. Tak, jak powinna według ciebie wyglądać. Zabijaj. Buduj. Naprawiaj. Szybko ci się znudzi. Wszystko i nic. Właśnie to osiągniesz. Kiedyś będziesz zimny, tak jak ja teraz. Ktoś wchodzi do pokoju, a ja już mogę wyczuć zapach tej osoby. To nie małpka. To kobieta. Niech pozostanie bez twarzy. Niech nigdy nie pokazuje się moim oczom. O to błagam los. O to błagam niebiosa i prawo przemian. Nikt nie słucha. Nic już mnie nie słucha.
Nie jest jedną z nas. Cicho wstaję podpierając się prawą ręką. Myśli krążą wokół jej szyi i piersi. Przy okazji zahaczają o oczy i widoczną fakturę skóry. Nie dostrzega mnie. W cieniu przesuwam się za jej plecy. Ma na sobie czarną spódniczkę i kremowy sweterek. Mimo beznadziejnej kompozycji ubioru mogę już poczuć jak moje zęby zagłębiają się w jej skórę. Przez jej gardło przechodzą fale dźwiękowe, które odpowiadają na bełkot generowany przez tych dwóch przy stole. Palce lizać... Jednocześnie coś każe mi przestać. Ktoś ciągnie mnie za płaszcz i szepcze, że jest zbyt cenna, żeby spożytkować ją tylko w ten sposób. Że powinienem wyjść z nią tu i teraz, a wszystkich, którzy mi będą chcieli przeszkodzić - pozabijać. Mam piętnaście zastrzyków śmierci przy sobie i nie zawaham się ich użyć, przeskakuje mi przez myśl z prędkością światła. Nadal w cieniu przygotowuję się do skoku.
-Gdzieś tutaj powinien być Sir Trevor Nonentity, madame.- Mówi dość głośno William, ten w garniturze. Tak. Znam jego imię, ale pozwól, że będę nazywał go Trupem. Bardziej trafne określenie i trzeba przyznać, że niezwykle dostosowane do jego aktualnego stanu. Pozwalasz? Wyśmienicie. Nie zatrzymuj się. Wchodzę w zanikający krąg przyćmionego światła i przylegam do jej pleców jak cień. Chwytam ją mocno. Nie wyrywa się. Jeszcze nie wie, kim jestem.
-Konkretnie tutaj. W tym miejscu.- Mówię cicho. Tylko do niej. Kątem oka widzę zblazowane miny należące do Trupa i tego w płaszczu. Idioci. Kretyni. Najmniejsze drobiny jej zapachu wnikają w mój umysł i wżynają się w niego z ogromną siłą sprawiając, że przestaję myśleć. Zaczynam czuć, a to niebezpieczne. Szczególnie dla niej. Szczególnie dla mnie. Wyrywa się, więc ją puszczam. Zupełnie nieświadoma, impuls przenika przez moją głowę. Absolutna owieczka.
-Dość tych wygłupów!- Krzyczy Trup i wstaje.- Przystąpmy do targu!- Nie powinien był krzyczeć. Nie wkurza mnie to już jednak. Siadam posłusznie, nie spuszczając jej z oka. Prawa dłoń oplata rękojeść glocka stalowym uściskiem. Nie puszczę.
-Otwieramy licytację.- Teraz rozstrzyga się cały los, który tak bardzo wrósł w mój umysł. Teraz ogromne kości Stwórcy kulają się po stole czasu, obliczając nasze straty i zyski. Ujmy i korzyści. W kieszeniach mam sporo kasy. Nie wiem ile. Nigdy jej nie liczę. Nie zajmują mnie liczby.
-Jest moja.- Wypływa z moich ust bardzo głośno, jakby samo z siebie.- Dam każdą sumę. Jest moja.- Nie oddam. Nie puszczę. Niech robią, co chcą. Niech tylko spróbują zrobić, co chcą. Unoszę się na krześle, a ręka wędruje trochę wyżej. Huk. Świst. Kula. Gość w płaszczu spada z krzesła, a o podłogę uderza bezwładne, martwe ciało. Kopię w stół przestrzeliwuję go, raniąc Trupa. Powietrze przepełniają drzazgi i kobiecy krzyk. Łapię ją w pasie i trzymam cholernie mocno. Czekam na reakcję ochrony. Trzy. Dwa. Jeden. Nic! Brak. Drzwi dźwiękoszczelne. Brawo. Okiem zatrzymuję się na oknie. Strzały rozwalają szybę w drobny mak, a ja skaczę w noc. Nie sam. Ból! Dostaję i spadam w mrok. Obok mnie ona, wciąż tkwiąca w żelaznym objęciu. Za mną smuga krwi, wyciekająca z dziurawych pleców. Jednak usłyszeli. Może ty im powiedziałeś... Biegnij. To jeszcze nie koniec. Nie będzie licytacji. Licytacja skończona. Wygrałem, tylko oni jeszcze o tym nie wiedzą. Nie będzie licytacji. Nikt nie będzie się o Nią targował...
Krzyknij,
Kiedy masz ochotę.
Zapłacz,
Kiedy tego potrzebujesz.
Uderz,
Jeśli przyniesie to ulgę.
Spadaj w nicość!
Bo tylko to potrafisz.
Upadek nie boli tak mocno. W locie obracam się tak, aby spaść na plecy. Leżę w mroku pośrodku niczego. Rozpływam się. Wiesz, co to za uczucie? Nie czuć? Nie widzieć? Nie wiedzieć, o co chodzi? Być więźniem własnej głupoty i niemożności? Jak najbardziej ludzkie. W stylu, jak najbardziej przekraczającym moje możliwości. Jakaś ciepła istota budzi się z letargu w moich ramionach. Ból wraca, jakby ktoś nagle włączył głośne radio. Trzypiętrowy budynek. Na trzecim piętrze jest wybita szyba. Tył jakiejś zapyziałej dyskoteki. W oknie pojawia się człowiek. Z ziemi nie mogę dojrzeć jego twarzy, ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że na pewno zawiera ona oczy. Ślepia, które mogą mnie wypatrzyć. Na razie błądzą gdzieś na horyzoncie, szukając, wśród stojących nieregularnie kasztanowców, dostrzec mój zarys. Nie udaję mu się to jednak, a ja próbuję się ukryć. Przyciskam ją do siebie, bardzo mocno i wchodzę pod cień, nadal leżąc. Robiłeś to kiedyś? Włażę tak głęboko, że noc prawie przysłania mi światło z okien speluny. Ona drży. Czy to ja tak bardzo ją ochładzam? Tak. Nie. Przestań. Przestań się trząść, chcę powiedzieć, ale słowa zamierają w płucach, w gardle, aż wreszcie w ustach. Nic złego ci się nie stanie. Ostatkiem sił próbuję ogrzać swoje ciało, tak, żeby jej nie przerażało. Drżenie ustaje, a gość w oknie chowa się w głąb światłości, którą generuje żarówka w, przed chwilą opuszczonym, pomieszczeniu. Z trudem unoszę się na kolana. Ledwo co mogę myśleć. Jej twarz, kompletnie biała w mroku, patrzy na mnie z niepokojem. Jest tak przerażona, że nie może wymówić słowa. Mam dziurę w plerach, przez którą mogliby mi pokazać wpływ tytoniu na moje płuca i może przez to dziewczyna jest lekko zmieszana. Pod osłoną nocy, kompletnie niewidoczny, odchodzę. Niemy znak. Idzie ze mną. Zimno jej. Mi też. Tak cholernie zimno...
Miasto, przez którego ciemne uliczki przenikamy, ciągnie się w nieskończoność. Jest jak ogromna ośmiornica, wciąż rozrastająca się, wciąż oplatająca swoimi mackami coraz to nowe tereny. Miasto żyje samo, a ja wykrwawiam się na jego chodnikach, jeżeli to w ogóle możliwe w moim przypadku. Świat staje się pudełkiem po pizzy, a my rozbijamy się o okruszki czasu. Dochodzimy do opuszczonego dworca. Ogromna hala, zbudowana ze stali i szkła, w której niegdyś śmigały pociągi, teraz jest opuszczona. Na ulicę, która prowadzi prosto na most, wyglądają powybijane okna. Ten budynek się smuci. Płacze.... Nie. On umiera. Tak jak noc. Tak jak ja. Powoli, ale wyraźnie. Słyszę szybkie uderzenia serca różyczki, której dłoń mocno ściskam. Idziemy coraz szybciej. Myślę o wszystkim. Każdy szczegół dociera do mojej świadomości i porywa ją coraz dalej w mrok. W nicość. Czuję...
Małe stalowe drzwiczki, obdrapane przez czas i ludzi, ustępują pod ledwo wykonanym kopniakiem. Moich zmęczonym oczom ukazuje się wielka hala, w której niegdyś jeździły pociągi. Na podłogach masa śmieci. Zniszczone szyny, stare kanapy, zżarte korozją beczki, okapujące szlamem włazy kanalizacyjne. Wszystko przykryte kojącą ręką nocy. Czasami żałuję, że tak świetnie widzę. Krew skapuje mi po spodniach i uderza w ziemię z niemym krzykiem rozpaczy. Widzisz? Biegnij... Może jeszcze mnie uratujesz. Może jeszcze nie będę chciał cię zabić, kiedy dobiegniesz. Może... Może... Na pewno. Zginiesz. Tak jak ja. Cień! Przed oczami przenika mi cień. Cień człowieka? Zwierzęcia? Niczego? Moje omamy. Ciepło Kwiatuszka nie daje mi odpocząć. Znowu. Węszę podobnych mnie.
-Witaj...- Szepcze Ktoś, podlepiony wysoko pod sufitem.- Sir Trevorze...- Cień upada na tory i powoli wstaje. Mój wzrok dostraja się tak, aby mógł przebić zasłonę generowaną przez Cień. Powoli dostrzegam kształty.- Nonentity.- Dłoń gwałtownie szuka broni, tak jak zrozpaczona matka szuka zagubionego dziecka. Celuj. Padnij. Strzał. Biegnij. Kule trafiają w chmurę i uderzają w stare tory. Huk niesie się wysoko, ponad sufit i sprawia, że cały budynek odżywa. Upadam na twarz, a dźwięk, wydany przez spluwę, wciąż drąży dziurę w moich myślach. Wydawało mi się. Tylko wydawało...
Budzę się... Może nadal jestem nieprzytomny. Dla kogoś, kto widział śmierć w całej jej okazałości nie ma to znaczenia. Dlaczego? Bo. Lubisz tą odpowiedź? Ja też. Tutaj nie znajdziesz odpowiedzi. Znajdziesz jedynie pytania. Miliardy pytań, które muszę wyrzucić ze swojej duszy, bo inaczej rozpadnie się i zaśmieci kolejny trawnik plamą popielatej krwi. Biała krew? Bo. Biegnij lepiej. Lepiej biegnij szybciej, bo zaczynam cię doganiać, a z moim apetytem długo nie pociągniesz. Nadal stoisz i słuchasz. Bardzo dobrze. Może czegoś się nauczysz. Coś ciepłego na twarzy. Otwieram oczy, chociaż pozostają zamknięte. Rana powoli zaczyna się zrastać. Moje ślepia oświetlają światła z ulicy, odbite w oknach dworca. Siedzi przy mnie. Siedzi i nadal oddycha. Powinienem był ją zabić. Albo zabić siebie. Nie... Zabić nas oboje. I zniszczyć nasze dusze. Dlaczego? Bo. Nie zadawaj głupich pytań. Otwiera zmarznięte usta.
-Kim jesteś, Trevorze?- Pyta, a ja nie potrafię przez chwilę zrozumieć. Kim jesteś Trevorze? No kim... Krzykiem rozpaczy w ciemnej uliczce? Nocnym deszczem rozbijającym się o dach i spadającym rynną? Nie. Ty nawet deszczem nie jesteś.
-Nikim Ważnym.- Mamroczę i nie mogę uwierzyć, że ona jeszcze żyje. Ma odwagę, żeby ze mną rozmawiać. Za dużo odwagi. Przesiadka. Czerwony pociąg wjeżdża na peron mojej wyobraźni, a ja czekam z bagażami na skraju peronu. Ogromna wielotonowa maszyna oświetlona ogromnym halogenem z hukiem hamuje na mój widok. Za późno. Wpadłem. Noga osuwa się z peronu, a ja spadam pod koła pociągu. Ginę. Już nie boli. Wyjdź. Nie chcę cię więcej oglądać. Próbuję przykuć umysł do rzeczywistości.
-Skup się Trevorze!- Krzyczy moja świadomość, którą wciąż oszukuję. Wstaję i biorę ją za rękę. Wysilam się. Teraźniejszość wraca, a ja wzlatuję wysoko, prawie pod sam dach. Tylko myślami. Tylko duszą. Znowu. Lepiej biegnij. Nie będę więcej powtarzał. Spróbuję jej wszystko wytłumaczyć. Żeby cokolwiek miało sens. Żeby cokolwiek istniało poza mną. Poza światem. Ja nie muszę istnieć. Wystarczy, że będę śnił. A ty lepiej... Wiesz, co masz robić.
-To, co ci teraz powiem, może zdawać się niewyobrażalne.- Zaczynam, choć już mam ochotę skończyć.- Co tydzień, w tym samym miejscu, odbywa się Wystawa.- Źle. Źle. Źle!- Owa Wystawa... To targ tych, których nazywa się wampirami o tych, których nazywa się śmiertelnikami. Jesteś śmiertelnikiem, a ja jestem wieczny.- Robi ogromne oczy. Dodaje dwa do dwóch... Czyżby? Czyżby zaczęła się mnie bać? W jej sercu zagościł mrok.- Przedmiot licytacji nie jest świadomy tego, czym właściwie jest. Zabiliby cię zaraz po tym, jak ustaliliby cenę.- Niedopracowane. Nieskończone. Niemożliwe. Nierzeczywiste. Nieistniejące. Nie. Nie. Nie! Cofa się. Ucieka. Nie patrząc na nic. Ucieka, a ja nie mogę się ruszyć. Broń idealnie wycelowana w jej głowę. Palec powoli zaciska się na spuście. Strzał. Cisza. Cała wieczność umiera za jednym uderzeniem stalowego ułamka snu w drzwi, zwane Zdrowym Rozsądkiem. Mija ją. Mija, mija, mija... Ucieka w mrok. Wrzeszczę. Chciałbym pobiec, ale sny nie dają mi spokoju. Wrzeszczę. Nikt mnie nie słucha. Wrzeszczę. Cały świat patrzy. Wrzeszczę! Odpowiada mi tylko posępny wzrok powybijanych szyb..
.
Gdzie jesteś Kwiatuszku? Leżę na zimnej podłodze pokrytej warstwą szkła. Za szybko. Za wolno. Za szybko wszystko przemija. Za wolno działam. Wypełniacz. Kicz. Wypełniacz programu. Myśl. Wypełniacz czasu. Włosy sklejają się od wody i brudu. Wsłuchuję się w ciszę i pustkę mojej duszy. Wsłuchuję się w ciemny las. Nic. Nic nie słyszę, co nie znaczy, że jestem głuchy. Gdybym był bogiem, powiesiłbym się na samą myśl o świecie. A może on dawno to zrobił? Samobójstwo boga. To by się trzymało kupy. On też sensu nie widział. On też nie widział własnych oczu. Nigdy nie widziałem swojej twarzy. Nigdy nie zobaczę całego okna, wschodu słońca, ciepła rozlanego jak balsam po mojej duszy. Przywykłem. Nawet nie wiesz jak bardzo przywykłem. Brednie. A ty się nie przewróć. Do piekła już tylko trzy kroki. O trzy kroki za mało i o wieczność za dużo. Trzy kroki. Jeden. Śmierć. Dwa. Zwątpienie. Trzy. Samotność. Cztery... To już tylko piekło. No dalej. Zrób mi tą przyjemność. Dołącz do mnie. Do starego Trevora... Na drinka z ludzkich duszy i cierpienia. Nie umiesz się tak bawić? A kto tu mówi o zabawie? To będzie szkoła życia. Szkoła umierania. Życie? Śmierć? Życie to sztuka umierania. Bij mi brawo i spadaj stąd jak najszybciej. Raz. Dwa. Trzy. W podskokach. Biegnij. Odejdź w pokoju i zostaw moją duszę. Jaką duszę? Żadną. No idź już... Nadal pytasz, kim jestem? Zabawne... Myślisz, że masz przed sobą diabła... Wcielenie zła i wszelkiej ohydy. Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz. Gdybym był diabłem, zabrałbym twoją duszę do piekła. Nie jestem nim. Zabieram ją w jeszcze gorsze miejsce. Prosto na Ziemię. Kim, więc jestem? Nikim Ważnym. Nie zadawaj więcej głupich pytań.
Nie czekaj...
Nie myśl...
Rechot rozlany po duszy,
Śmiech zostaje w tyle.
Wszystko się rozpada,
Wszystko ulega przemianie .
Tylu mędrców,
Tylu głupców.
Nie czekaj...
Nie myśl...
Weź broń,
Wyjdź na ulicę.
Postrzelaj w niebo.
Weź broń,
Nie czekaj...
Nie myśl...
Weź broń zwaną,
Twoim sercem...
Zaraz!
Zabawne...
Twoja kabura,
Jest,
Pusta.
-Trevorze...- Szept przebija się przez mgłę snu i trafia do mózgu. Chrapliwy głos pomieszany z odorem rozkładającego się ciała dotarł do mojego nosa i uszu. Gdybym miał siłę rozdrapałbym mu głowę na drobne kawałki. Gdybym miał siłę... Dawny przyjaciel. Bardzo dawny. Piękny Nosferatu. Przeżył tyle. Tyle złego. Tyle niczego. Niczego by nie żałował. Żałował tylko jednego kroku. Kroku w stronę śmierci. W stronę mroku. Teraz obejmuje moją twarz i próbuje mnie uleczyć. To wszystko na nic. Trevor jest martwy tak jak ty Piękny. Bez słowa. Obudził mnie. Kopnął, a ja wstaję. Znika. Przenika przez powietrze. Na zewnątrz. Ma swoje sprawy. Zbyt dużo swoich spraw. Nie mogę się o niego martwić. Nie dzisiaj. Muszę odnaleźć ją. Muszę to ocalić. Czym to jest? Ostatnią cząstką mojej duszy. Ostatnim wołaniem o ratunek człowieka, który we mnie zanika. Tym razem to ja biegnę, ale ty... Nadal nie możesz się zatrzymać.
Na ulicę wypadam szybko. Przemierzam Bulwar bardzo szybko. Płaszcz powiewa z gdzieś za mną tworząc iluzję cienia. Broń w garści. Ta sama. Zimna. Docieram do mostu i zaczynam się zastanawiać. Do mojego serca wdaje się element rozpaczy. Naraz dociera do mnie jedna, smutna wiadomość. Biegnę, biegnę, biegnę... Po nic. Siadam na zimnych betonowych blokach i próbuję pomyśleć. Próbuję przestać myśleć. Nie udaje mi się to. Jak bardzo mi się to nie udaje. Zaczynam jęczeć. Mój głos miesza się z harmiderem ulicy, martwej jak nigdy. Wszystko jest martwe. Światło już mnie nie ogrzewa. Uciekam. Męczące, co? Nieistnienie jest męczące. Miasto rozświetlone milionem serc, uderzających co sekundę. W tym mieście jeden punkt. Bezwładny punkt wciąż przesuwający się w nieskończoność. W dłoniach punktu kawałek metalu. Jeden otwór w kawałku metalu. Jedna chwila. Zimny dotyk lufy na czole. Kropelka krwi oblewa ją i pokonując chłód metalu, podąża do spustu. Kropelka wody spada powoli z czarnego nieba, żeby pomieszać się z kropelką krwi. Zaraz nacisnę. Zaraz przestanę istnieć na dobre.
-Kap, kap...- Powiedziała kropelka krwi.
-Kapu, kap...- Odpowiedziała ta zrobiona z wody... Razem były idealne.
Kątem oka dostrzegam jego przenikliwe spojrzenie. On też jest Wieczny. Czuję to po zapachu. Jakim? Żadnym. I tak właśnie smakuje Nieśmiertelny. Niczym. Wampir smakuje niczym. Ma zupełnie białą twarz, na którą opadają dobrze ostrzyżone włosy. Na szyi ma tatuaż. Odpowiedni klan. Nie wiem jaki. Przestałem je rozpoznawać parę lat temu. Jego czarny, zrobiony praktycznie z gumy płaszcz, przylega do jego ciała tworząc czegoś w rodzaju nadnaturalnej aury. Ręce ma założone tak, jakby stał w kościele. W prawej dłoni trzyma lusterko. Zaczyna mówić, a ja powoli odsuwam pistolet od głowy. Tylko po to, żeby skierować go w jego stronę...
-Jak myślisz... Powiedzieć mu?- To chyba nie do mnie. Może do świata. Może do Tego, Który Mnie Opuścił. Może do wszystkiego jednocześnie.- Powiedzieć, tak? Spokojnie...- Jego głos jest spokojny i wbija się w moją jaźń tak jak szpilka w miękki egzotyczny owoc.- Ja mu powiem.- Spogląda na mnie, a jego martwe oczy wydają się być trochę bardziej ożywione. Chowa lusterko do wewnętrznej kieszeni płaszcza, a ja nie opuszczam broni.
-Drogi Sir Trevorze...- Zaczyna się... Kolejne słowa padają w nicość. Tylko po to, żeby zniknąć w mroku. Nieważne. Wszystko jest już nieważne.- Księciu Torunia...- Niemożliwe! Oto stoi przede mną ktoś, kto pamięta czas moich rządów. Mój czas. Zanim ktoś postanowił wyrzucić mnie w zimną noc. W zimną wodę nierzeczywistości.- Jako twój wierny sługa przynoszę ci wieść niezwykle ważną...- Ważną... Co może być ważne dla złamanego świra? Wszystko... I w tym sęk.- Wiem, gdzie jest to, czego szukasz.
Chwila. Sekunda. Krok. Obezwładnienie. Pazury. Kły. Leży. Leży i spokojnie śmieje mi się w twarz. Leży na zimnym betonowym chodniku i rechocze, jakby ktokolwiek go słuchał. Czas ucieka. Wieczność czeka...
-Powiedz...- Zaciskam uścisk mocniej. On nic nie czuje.- Powiedz... Proszę...- Sięgam po pistolet i przystawiam go tak bardzo, bardzo, bardzo blisko...
-Zaprowadzę cię.- Jego zbyt młoda twarz wykrzywia się w beznadziejnym uśmiechu. Niesie tyle niczego, że mam wrażenie, że coś w tym jest. Że. Że. Żebym skonał tej nocy. Zatrzymałeś się?
Moja dusza uszyta z nicości, podszyta chłodem nie mieści się w dawno martwym ciele. A może dawno jej tam nie ma? Może odpłynęła tak jak poprzednia noc. Tak jak to, czego nie pamiętam? Nie... Nadal tu jest. Nadal mogę myśleć. Nadal upewniam się, że tak jest. Nadal biegnę. Dość szybko. Za nim. Przeskakuję między wysokimi budynkami z obrzydliwymi gargulcami, umieszczonymi tak, jakby szeptały bogu na ucho. Jestem jak noc. Tylko, że ja nigdy nie przechodzę. Nigdy nie daję nadziei na dzień. Skąpany w mroku. Bij mi brawo i... Biegnij.
Po drodze zaglądam do skrytki. Moje ręce same znajdują katanę, którą chowam w płaszczu, przypinając sobie ją na plecach. Drżą. Palce wibrują i próbują uspokoić się nawzajem.
-Idź stąd Trevor!- Ktoś mi podpowiada. To już nie ja. To już nie Mrok. To już tylko Bestia.
Mały budyneczek, pośrodku lasu, ogrodzony wysokim płotem, po chwili ukazał się moim oczom. Zasłonięte okna. Strażnik, wyglądający na człowieka spaceruje w tą
i z powrotem. Zasłaniam się jego niedoskonałością. Jego słabością. Jego wzrokiem, który nie jest tak dokładny jak wzrok wilka. Jak wzrok czegokolwiek, co nie jest człowiekiem. Moje kroki, prawie niesłyszalne, przekazują mu niemy sygnał.
-Alarm! Alarm!- Krzyczy, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie zdaje sobie z tego sprawy, choć ginie. Nikt nie krzyczy... Katana zagłębia się w jego szyi, a moje ręce zaciskają na jego mordzie. Cisza. Już cicho... Teraz uciekaj. Teraz mam broń. Teraz wszystko załatwię. Podkradam się do drzwi i ustawiając się bokiem podsłuchuję. Za dużo dźwięków. Za mało jej głosu. Co, jeżeli chatka jest pusta? Co wtedy? Co zrobię? Co, jeśli to podstęp? Jeżeli ktoś wrabia mnie po same uszy w coś, czego wcale nie chciałem dotykać? Jeżeli tam w środku nikogo nie ma? Nic... To tylko ryzyko. Tak jak przejście przez ulicę. Tak jak wstanie rano z łóżka. Tak jak zejście ze schodów. Tak jak słońce. Tak jak księżyc. Tak jak wszystko. I nic... Nic się nie stanie.
Drzwi przelatują przez pokój i uderzają jakiegoś człowieka, powalając go z hukiem na podłogę. Zaczyna się. Gdzieś w kącie widzę ją. Skaczę. Strzelam. Dorywam pierwszego z nich. Moje pazury rozrywają jego twarz, z której wydobywa się wodnisty krzyk. Wodnisty. Przepełniony krwią. Odbijam się od jego, jeszcze stojącego ciała i następny jest już mój. Strzał. Kula przebija moje oba płuca i wychodzi tuż przed moją twarzą, tylko po to, żeby wbić się w ścianę. Kłuje jak cholera. Odwracam się mordując następnego. Stoi tam. Trzyma rewolwer i uśmiecha się. Trup. Jak miło. Same trupy dzisiaj, przemyka mi przez myśl. Nie przemyka. Nie myślę. Nie czuję. Skaczę, a jego wiotkie ciało wpada w moje szpony, zupełnie bezwładnie. Rozrywam i niszczę. Po pazurami mam sporo krwi. Sporo krwi mam na łokciach i na płaszczu. Wzrokiem sięgam w kąt. Przez chwilę widzę ją, skuloną i roztrzęsioną. Potem iluzja mija, a moim oczom ukazuje się otwarte okno i wpadający przez nie Mrok. Gdzie jesteś Kwiatuszku... Gdzie jesteś? Gdzie jesteś?!
A kiedy nadejdzie mój czas,
Rozpłynę się w mroku.
Tak, jak od wieków nakazuje,
Prawo Nocy.
Stoję i się śmieję. Nie mogę uwierzyć. Cmentarz. Cisza. Macki już dawno mnie oplotły, wyssały resztki i przebiły moje ciało na wylot uwalniając kałużę krwi, ociekającej grób. Upadam, nie przestając się śmiać. Mój głos rozrywa niebo. Dom Tego, Który Mnie Opuścił. Właśnie jego dom! Dobiegłeś. Stoisz przy mnie i oddychasz szybko i płytko ze zmęczenia. Ciebie też zaraz zaczną oplatać. Co zrobiłem tamtej nocy? Nie pamiętam. Wolę zapomnieć. Chyba nic. Chyba pozwoliłem, żeby świat strawił mój ból ogromnym żołądkiem zwanym Czasem. Nieistotne. Siedem lat zajęło mi wykuwanie tego nagrobka. Ładny, prawda? Wiedziałem, że nie odpowiesz. Skąd wiedziałeś, że tu jestem? Nie wiedziałeś? Po prostu przybiegłeś? Bardzo dobrze. Będę miał świadka. Jesteś jednak źle ubrany. To pogrzeb, a nie zwykła noc. Tutaj coś umarło dawno temu. Ty znikasz, a ja powoli przytulam się do zimnego kamiennego grobu. Niebo zamiera. Zamiera czas. Słyszę strzał. Ostatni strzał w moim życiu. Sir Trevor Nonentity ginie. Oto rozpływa się w mroku, bowiem nastał jego czas. Widzisz? To moja krew. To moje nieruchome oczy i moje zesztywniałe ciało. Moje drzewo, ostatni obraz. To mój grób. Z jej nazwiskiem. Z Kwiatuszkiem wyrytym na twardej skale zwanej... Miłością.
(2004-01-12, Toruń)
Dla mojej drużyny, która pomogła stworzyć mi tą piękną postać:
Dla Marcina – Pięknego Nosferatu,
Dla Michała – szaleńca z klanu Lasombre,
Dla Łukasza – najwierniejszego, jakiego znam.
Dla Kwiatuszka, który istniał naprawdę.
|