Krzywe zwierciadło
Przebudzenie było jak nagłe połknięcie lodów - szybkie, bolesne, lecz na swój sposób przyjemne, kiedy zaczęło się już odczuwać ich smak. Lecz czemu skojarzyła to z lodami...? Przypominała sobie ten smak, jednocześnie czując iż nigdy naprawdę go nie zaznała.
Otworzyła szerzej oczy; za szeregiem długich rzęs pojawiły się brązowe niczym jesienne liście tęczówki; źrenice powiększyły się pod wpływem ostrego, białego światła. Dziewczyna zmrużyła oczy i delikatnie poruszyła głową. Zaczęły do niej dochodzić przytłumione dźwięki, które z czasem klarowały się i po kilkunastu sekundach zrozumiała, że jej osoba, leżąca w nieokreślonym pomieszczeniu, najwyraźniej wywołuje dookoła spore poruszenie. Kilkunastu ludzi krzątało się w pośpiechu, coś do siebie szepcząc krzykliwym i panicznym nieraz głosem. Nie mogła jednak dostrzec ich twarzy; wszystko, co widziała, rozmazywało się niczym obraz za szybą, po której gęsto spływają grube krople deszczu.
"Okulary. Gdzie są moje okulary?"
- Coś powiedziała? - mruknął chrapliwe jakiś mężczyzna; na dźwięk jego słów wszyscy zamarli, wpatrując się w dziewczynę.
Poruszyła się nieśmiało, jakby z wahaniem, i zadrżała czując powolne napinanie się mięśni. Przez kręgosłup przeszedł elektryzujący impuls, nakazujący jak najbardziej rozciągnąć zapadłe w letarg ciało. Uniosła rękę, wciąż czując na sobie wzrok kilkunastu obserwatorów i z trwogą stwierdziła, że jest naga; spróbowała się osłonić, skulić w pozycję płodową, lecz zbyt gwałtowne ruchy spowodowały iż nogi odmówiły współpracy, a głową wstrząsnęły nagłe i bolesne zawroty.
- Co robimy? - zapytał ktoś nieśmiało, przerywając pełną napięcia ciszę.
- Musimy się skonsultować - odparła, westchnąwszy ciężko, niska kobieta, której kształt zamajaczył dziewczynie przed oczyma. - Na razie ubierzcie ją i zamknijcie w izolatce.
Obcy ludzie wyszli już ponad godzinę temu, lecz wciąż nie miała śmiałości by powstać i spojrzeć w wiszące nad muszlą klozetową lustro. Wpatrywała się w iskrzące się bielą, wyściełane gąbką ściany, zaznając nowych, intrygujących odczuć. Delikatnie przesuwała dłonią po udzie, rozkoszując się dotykiem; następnie przeczesała włosy, rozszerzając ich sięgające ramion kosmyki smukłymi palcami. Ze zdumieniem odkrywała kolejne rodzaje doznań. Pisnęła cicho, szczypiąc się w ramię.
To wyrwało ją z apatycznego transu; poczuła przypływ odwagi i zerwała się z podłogi. Opanowała zawroty głowy i zbliżyła się do wtopionej w ścianę tafli lustra, z wolna kierując ku niej oczy. Uniosła głowę, przesuwając wzrokiem po ofiarowanym jej fartuchu - odkrywającym delikatne ramiona i sięgającym nieco powyżej kolan - aby zatrzymać spojrzenie na podbródku. Zmrużyła oczy, by widzieć wyraźniej.
Jej twarz była okrągła; szlachetny podbródek przechodził w delikatną linię ust, skrytą pod kształtnym nosem. Duże, brązowe oczy i zakrzywiona intrygująco lewa brew nadawały spojrzeniu inteligentnego wyrazu. Po bokach odsłoniętego czoła spływały ciemnoblond włosy, drgając lekko przy końcach wraz z każdym nabieranym oddechem.
Dziewczyna otworzyła usta, zdziwiona obcością własnej twarzy. Przyłożyła do niej dłoń i przesunęła nią po nad wyraz delikatnej skórze, jak gdyby chciała się upewnić że to siebie widzi w zwierciadle.
Powoli pokręciła głową na boki, chcąc obejrzeć swój profil. Uśmiechnęła się, następnie zmarszczyła czoło i zaczęła, z uwagą przyglądając się rozciągającym się mięśniom, przybierać szereg różnych min. Niektóre wydały jej się zabawne, i spoglądając na swe odbicie roześmiewała się serdecznie. Wkrótce dobry humor zagościł u dziewczyny na dobre - zaczęła klaskać, podskakiwać, tańczyć. Nie przeszkadzał jej ból stóp, które bose szalały po kratowanej podłodze; istniał tylko świat odczuć, które poznawała z każdą chwilą.
Dwaj umundurowani strażnicy wkroczyli niespodziewanie do izolatki i zaprowadzili jej lokatorkę do równie białego pokoju, pośrodku którego stały dwa beżowe, plastikowe krzesła. Na jednym z nich rozsiadł się człowiek w powłóczystym kitlu, ściskający w jednej dłoni długopis, a w drugiej gruby notatnik z wystającymi zeń skrawkami papieru. Mężczyzna nie mógł być wiele starszy od dziewczyny; jego twarz, choć poważna, nie wyglądała staro. Niedogolony zarost kontrastował dziwnie z zatroskanym wyrazem twarzy, nadając poważnemu człowiekowi nieco niechlujny wygląd. Okulary na jego twarzy błyszczały odbitym światłem lamp jarzeniowych.
Zdezorientowanego gościa posadzono naprzeciw mężczyzny, który gestem nakazał strażnikom wycofać się z pomieszczenia. Odprowadził ich wzrokiem, a następnie zapatrzył się w oczy dziewczyny, wyraźnie przestraszonej przymusową wizytą. Pochylił się w fotelu, wtórując niemym poruszaniem warg zbieraniu słów, jakie miał zamiar wypowiedzieć.
- Słuchaj mnie uważnie - zaczął mówić powoli i wyraźnie, tak jak rodzic mówi do dziecka kiedy chce, aby to powtórzyło jakieś słowo. - Jestem doktor Milecki. Mi.. le.. cki. Rozumiesz?
Dziewczyna przechyliła głowę, z zaciekawieniem wpatrując się w oponenta. Wzruszyła ramionami i pokiwała głową twierdząco.
- Doktor Milecki - powtórzyła szybko i bez najmniejszych trudności.
Naukowiec otworzył ze zdumienia usta, jednocześnie unosząc brwi.
- Umiesz mówić? - spytał już bardziej naturalnym tonem.
- Umiem - odparła dziewczyna, zaskoczona niecodziennym pytaniem, choć ją samą nieco zdziwiło, że rozumie dźwięki wydawane przez tą osobę; dźwięki na pozór zupełnie bezsensowne.
Milecki rozparł się w krześle, najwyraźniej obawiając się następnego pytania.
- Czy wiesz, kim jesteś? - przemógł się w końcu. Zdenerwowanie mimo to go nie opuściło; czuł się niepewnie w obecności pięknej nastolatki, niezależnie od tego czy była tylko przedmiotem badań, czy nie.
Zapytana zająknęła się z zakłopotaniem. Nie zastanawiała się nad kwestią swego istnienia; była zbyt zajęta poznawaniem świata, żeby poznawać samą siebie. Poza tym - co to jest istnienie...?
Spojrzała na mężczyznę z przepraszającym uśmiechem.
- Żyję... - szepnęła. - Czy to nie wystarczy?
- Wystarczy... - przytaknął.
- Ty jesteś Milecki... Jak ja się nazywam? - padło nieoczekiwanie pytanie.
Doktor wzruszył nerwowo ramionami, nie wiedząc co odpowiedzieć. Przygryzł wargę w zamyśleniu, po czym rzekł:
- Atena. Nazywasz się Atena.
Atena uśmiechnęła się delikatnie, wyłaniając z odmętów pamięci swe imię. Czuła, że je lubi; nie mogła jednakże wyjaśnić - dlaczego.
Naukowiec skrzętnie coś zanotował, po czym odłożył notes i z kieszeni kitla wyjął granatowe etui.
- Powinny ci się przydać - rzekł, wręczając prezent dziewczynie.
Atena po kilkunastu sekundach poradziła sobie z zamkiem pudełka, a następnie wyjęła znajdujące się w nim okulary. Podziękowała i instynktownie nałożyła je na nos, choć przez moment zdało jej się, że nie wie czemu to robi; kiedy wzrok jej się wyostrzył, poczuła się dużo lepiej i uznała wykonaną czynność za coś zupełnie naturalnego.
Mogła teraz dokładnie obejrzeć nowy świat. Mimo że okulary nie leżały wygodnie - a czuła, że powinno być inaczej - dobrze jej było podziwiać otoczenie zza szkieł; tak samo profil jej twarzy współgrał z delikatnymi, prostokątnymi oprawkami.
- Czy pamiętasz coś sprzed momentu, w którym znalazłaś się w tym miejscu? - spytał Milecki, notując reakcje dziewczyny.
- Nie - odparła. - "Przed"... nie było nic. Chociaż... - mężczyzna oderwał wzrok od kartki - pamiętam jakieś rzeczy, lecz nie wiem czym one są.
- Potrafisz je opisać?
Zawahała się, szukając słów.
- Tylko jedno. Tylko jedną rzecz mogę nazwać.
- Co takiego?
- Drzewo.
Milecki przytaknął, patrząc Atenie prosto w oczy. Dostrzegał jej niepokój, najwyraźniej wynikający z ograniczenia, jakim była niemożność określenia obrazów widzianych w przebłyskach pamięci.
- Co czujesz w związku z tym... drzewem?
- Jest fascynujące - odparła natychmiast, znów działając intuicyjnie. - Jego kształty... Nie ma dwóch takich samych drzew, choć istnieją miliony hektarów lasów - "lecz cóż to jest hektar?", zapytała samą siebie - Każde drzewo jest niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju; na to, jakie będzie w przyszłości, wpływa bardzo wiele różnych... czynników. Mimo tego każde jest piękne, nawet kiedy umiera w zimę, po to tylko aby znów się odrodzić. Nie ma dwóch takich samych drzew... tak jak nie ma dwóch takich samych ludzi.
Mężczyzna uśmiechnął się smutno, robiąc głęboki wdech. Starał się ukryć zdumienie. Siedział w milczeniu przez dłuższą chwilę, przyglądając się młodej Atenie.
- Wystarczy na dziś - oświadczył. - Wezwę strażników, żeby zabrali cię do twojego pokoju. Niedługo powinnaś dostać kolację... Zobaczymy się jutro.
To powiedziawszy, wyszedł.
Stało się tak, jak naukowiec zapowiedział. Wkrótce jakaś kobieta przyniosła Atenie posiłek, składający się z soku pomarańczowego i nieokreślonej, złocistej i kleistej substancji. Jednak wygląd nie miał dla dziewczyny znaczenia; delektowała się smakiem. Gdy poczuła na języku ciepły kleik, mruknęła z przyjemności; słodkawy smak rozszedł się po całym jej ciele, wprawiając Atenę w otępienie. Pozwalała, by kolejne porcje mazi powoli rozpływały się w ustach, gładząc gardło, które nigdy wcześniej nie doznało tak przyjemnych chwil.
Niedługo potem zasnęła.
- Witaj, Ateno - głos doktora Mileckiego był bardziej oficjalny, niż poprzedniego dnia, a jednak dało się w nim wyczuć nutkę smutku.
- Dzień dobry - przywitała się dziewczyna, przyjmując pocieszający wyraz twarzy. - Śniłam - odezwała się, nie czekając na jakiekolwiek słowa ze strony mężczyzny.
- Doprawdy? - zaintrygował się naukowiec. - Opowiesz mi o tym?
- Śniłam... o pięknych krainach, pełnych ludzi we wspaniałych strojach i ogromnych, strzelistych budynków - opowiadała entuzjastycznie. - Nie wiem, czy istnieje takie miejsce, lecz było to coś wspaniałego. Przeżyłam tam wspaniałą przygodę, wraz z innymi ludźmi. Wraz z moimi przyjaciółmi. Doktorze... Czy kiedyś zobaczę, jak jest poza tymi ścianami? - zapytała nieśmiało.
Milecki pochylił głowę, uciekając przed wzrokiem dziewczyny.
- Na pewno - odparł.
- Czemu jest pan smutny?
Mężczyzna zignorował pytanie; mrucząc coś niezrozumiale, zaczął grzebać w skórzanej teczce, którą przyniósł był tego dnia ze sobą. Wydobył masywny, choć niewielki, opakowany w kolorowy papier przedmiot, który wręczył Atenie.
- To prezent dla ciebie - wyjaśnił.
Rozradowana dziewczyna rozerwała czerwoną wstążkę oplatającą zawiniątko, po czym otworzyła pakunek. Drżącymi dłońmi chwyciła grubą, pięknie oprawioną książkę z wygrawerowanym złotą czcionką tytułem.
- "Władca Pierścieni" - przeczytała na głos. - Książka... Uwielbiam książki - rzekła, mimowolnie zastanawiając się czemu tak powiedziała, skoro nigdy wcześniej nie miała z książkami do czynienia. Rozgoniła jednak te wątpliwości, gdyż była zbyt szczęśliwa aby zaprzątać sobie nimi głowę. - Skąd pan wiedział...?
- Tak przypuszczałem... - szepnął Milecki, uśmiechając się gorzko. - Miłej lektury...
Chciał jeszcze coś dodać, lecz powstrzymał się i, przytakując sobie w milczeniu, opuścił pomieszczenie, jednocześnie obiecując dziewczynie, iż spotkają się następnego dnia.
Będąc znów w swej celi, Atena ułożyła się na koi i czym prędzej przewróciła pierwszą stronę powieści. Łapczywie pochłaniała kolejne zdania, z emocjami śledząc losy bohaterów i wyobrażając sobie wspaniałe krainy, które zwiedzali. W pewnym momencie całkowicie zatraciła się w lekturze, zapadając w połowiczny letarg i przenosząc się do innego świata. Jej umysł oddalił bohaterów powieści, koncentrując się na opisach tego, co tak bardzo Atena chciała ujrzeć; malując pod powiekami obrazy pełne zieleni traw, tajemniczego mroku lasów i posępnych górskich szczytów. Iluzja była tak doskonała, że dziewczyna mogła poczuć woń nieznanej przyrody; usłyszeć wycie wilków w oddali czy melodyjny śpiew skowronków.
Stała tam. Dookoła niej roztaczała się polana, umiejscowiona na łagodnie pnącym się ku niebu wzgórzu. W oddali majaczył las okryty płaszczem delikatnej mgły; stamtąd właśnie dochodziło zawodzenie ponurych zwierząt. Jednak nie było powodów do zmartwień; pomiędzy zwalistymi, stalowymi chmurami lśniły promienie złocistego słońca, przecinające niczym sztylet ciężki nieboskłon i padające plamami jasności na rozwiane wiatrem, wysokie trawy.
Odwróciła się, delektując się smaganiem aksamitnych policzków przez powiew niosący zapach wrzosowisk. Te bowiem widniały hen, daleko, za kolejnymi wzgórzami i wstęgą rzeki, przecinającą odosobnioną równinę. Daleko w tle, pośród chmur, falował zaśnieżony, górski szczyt.
Atena poderwała się do biegu.
Była wolna.
Kolejnego ranka zbudzili ją strażnicy. Nadszedł czas spotkania z doktorem Mileckim - na tę wiadomość Atena poderwała się z łóżka, patrząc z tęsknotą na odłożoną książkę. Nie zwlekając dłużej, dała się zaprowadzić do znanego już jej pokoju. Z impetem otworzyła drzwi i wbiegła do środka, nie zważając na pytające spojrzenie naukowca. Rzuciła mu się na szyję i obejmując go podziękowała.
Milecki zapewnił dziewczynę, że naprawdę nie jest to konieczne, i nakazał jej usiąść, co też uczyniła.
- Książka jest wspaniała - rzekła.
- Skończyłaś czytać? - spytał cicho; ciszej niż zwykle mówił, a jego głos zdawał się z trudem wydobywać z krtani.
- Jeszcze nie.
Doktor zakasłał i potarł spotniałe ręce, jednocześnie wstając z krzesła.
- Chodź ze mną - powiedział.
Atena bez słowa podążyła za mężczyzną. Kierowali się kolejnymi korytarzami, mijając strażników i naukowców, którym Milecki pokazywał przypiętą do kitla przepustkę. Białe ściany korytarzy wkrótce zostały zastąpione murami innych kolorów, wśród których dominowała jasna zieleń. Przejścia stały się szersze, a drzwi nie miały już zamków i mógł przez nie przejść każdy.
Podeszli do ogromnych wrót z wyciętymi w nich małymi okienkami. Zatrzymali się i Milecki położył rękę na ramieniu dziewczyny, chcąc dodać otuchy nie tyle jej, co sobie.
- Zaraz dowiesz się - zaczął łamiącym się głosem - dlaczego tu jesteś. Dowiesz się, kim jesteś. Tylko muszę być pewien, czy naprawdę tego chcesz.
Po chwili namysłu dziewczyna przytaknęła, w głębi duszy jednak obawiając się swej decyzji. Musiała jednak się zgodzić - wszak czasami, siedząc samotnie, rozmyślała nad celem swego istnienia jak i własnym pochodzeniem, a teraz miała być może jedyną okazję, aby się o nich dowiedzieć.
Doktor odchylił ręką jedno skrzydło drzwi, wpuszczając Atenę do przestronnego pomieszczenia. Mimo rozmiarów, pokój był niemal pusty. Tylko niewielka kapsuła - przypominająca białą, plastikową trumnę - wyrastała na jego środku, mrugając na jednym z boków serią kolorowych świateł.
Dziewczyna zbliżyła się powoli do tajemniczej skrzyni, słysząc za sobą ciężkie sapanie zdenerwowanego mężczyzny. Pochyliła się nad przeszkloną pokrywą urządzenia.
Serce zabiło jej szybciej, a zimny dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa, rozchodząc się po całym ciele. Zbladła.
Wewnątrz zautomatyzowanej trumny leżała... Atena. Jej biała twarz spoczywała bez ruchu na aksamitnej poduszce; włosy rozłożyły się na twarzy, najwyraźniej rozrzucone jakimś dawnym powiewem. Nozdrza jednak nie drgały; dziewczyna nie wykonywała żadnego ruchu. Wyglądała na śpiącą.
Lub martwą.
- To... - wyszeptała z trudem - Kto to jest?
- To ty - odparł z zimną rezygnacją naukowiec. - To Aneta. Jesteś niczym jej lustrzane odbicie, nieprawdaż? - stanął nad dziewczyną, z pewnym niedowierzaniem wpatrując się we wdzięczne twarze identycznych, równie pięknych istot.
- Ale... jak? - szepnęła.
Milecki roześmiał się nerwowo.
- Niektórzy mogą wszystko. To córka jednego z najbardziej wpływowych ludzi w kraju. Jest śmiertelnie chora na serce... Którego ty, w zamierzeniach, miałaś jej dostarczyć. Jesteś jej kopią.
Atena spojrzała wściekle na mężczyznę. Z oczu popłynęły jej łzy; pierś unosiła się ciężko; dziewczyna z trudem łapała powietrze. Wiedziała, co znaczą słowa doktora. Czuła to. Prawda była zbyt trudna do zniesienia.
- Jak mogliście...? - zaczęła, lecz głos jej się załamał.
- To nie nasza wina - usprawiedliwił się smutno naukowiec. - Miałaś się nie obudzić. Miałaś być tylko ciałem, bez duszy i umysłu. Nikt nie przewidywał, że twój mózg będzie w pełni sprawny. Wykorzystaliśmy eksperymentalną metodę kopiowania komórek...
- Czy wy - przerwała mu - nadal chcecie...
- Dać jej twoje serce? - dokończył Milecki, wbijając wzrok w podłogę. - Tak.
Dziewczyna niemal zemdlała; padła na kolana, kryjąc twarz w rękach.
- Próbowałem go przekonać... - podjął mężczyzna - lecz nie mogłem. On chce za wszelką cenę odzyskać córkę - przyklęknął. - Ale ona jest taka sama, jak ty. Będziesz żyć w niej. Będziesz nią.
- Nie będę... - zaszlochała. - Pamiętasz, co mówiłam o drzewach? Ludzie są tacy sami, jak one - niepowtarzalni. Nie jestem taka, jak ona - łkała Atena. - Czy myślisz, że same przyzwyczajenia stanowią o naszej identyczności? A jeśli nawet, to czy ona zna ciebie? Co do ciebie czuje?
Milecki nie odpowiedział; zamiast tego rozchylił ręce w geście bezradności.
- Dlaczego nie stworzyliście samego serca? - zapytała z bezradnością.
- To miał być eksperyment... Nie powinnaś się obudzić, nie powinnaś mieć świadomości. To była jedyna okazja aby przekonać się czy da się skopiować człowieka. A teraz... - westchnął ciężko i zaniemówił na chwilę. - Nie chciałem ci tego mówić, lecz... Nie mogłem cię okłamywać. Twoje serce już się uodporniło i jest gotowe do przeszczepu. Kiedy pójdziesz dziś spać, już się nie obudzisz...
Leżała na koi w swej celi. Nie tknęła nawet podanej jej kolacji. Ten gest - ostatni posiłek - wydawał jej się najokrutniejszym żartem, jaki można sobie wyobrazić. Ale teraz nie myślała już o niczym - apatia i zrezygnowanie doprowadziły Atenę do stanu, w którym mogła tylko płytko oddychać. Leżała więc bez ruchu, wpatrując się w otwartą książkę leżącą u stóp łóżka.
Ruszyła ręką. Przysunęła powieść do oczu. Zaczęła czytać.
I znów wiatr powiał na aksamitną cerę, strząsając z niej łzy. Atena poderwała się z miejsca; biegła po wzgórzu, biegła przez trawiastą równinę, biegła przez rzekę, tak miło chłodzącą zmęczone nogi; biegła aż na wrzosowiska, skąd unosił się tak cudowny zapach; biegła ku majaczącej gdzieś w oddali górze. Biegła, gdyż mogła.
Gdyż była wolna.
military
militarypolice@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||