:::: Maciek "black grzywa" Partyka ::::

Sąd ostateczny



Był całkiem normalny dzień. Zdaje się, że koniec grudnia. Choć śnieg nie leżał na ulicach, było pochmurnie i zimno. W taki szary, zimowy dzień M. postanowił wybrać się do Urzędu Rady Gminy. Niespełna miesiąc temu skończył osiemnaście lat i tak jak wszyscy osiemnastolatkowie chciał wyrobić sobie dowód osobisty. W domu starannie wypełnił stosowny wniosek, zrobił sobie zdjęcia, wreszcie zdobył skrócony odpis aktu urodzenia. Teraz pozostawało tylko złożyć wniosek w urzędzie i cierpliwie czekać na wydanie dokumentu.
Wszystko wydawało się bardzo proste, dopóki M. nie znalazł się w urzędowym budynku. Już przy wejściu zadziwiła go ogromna liczba korytarzy, pomieszczeń biurowych i innych, których przeznaczenia mógł się tylko domyślać.
Próżno szukał drzwi z napisem "dowody osobiste". Nie mógł też dowiedzieć się wiele z wiszących na ścianach obwieszczeń i rozporządzeń. Nie dość, że pisane były urzędowym językiem niezrozumiałym dla normalnego człowieka, to w dodatku dotyczyły nie tego co trzeba. Zdesperowany M. poszedł zapytać się w informacji.
- Przepraszam, gdzie mam pójść w sprawie dowodu osobistego? - zapytał zaspanego urzędnika siedzącego za biurkiem.
- Dowód osobisty? Proszę bardzo, tu jest wniosek - odpowiedział urzędnik wskazując plik papierów piętrzących się przed nim.
- Ale ja już mam wszystkie dokumenty - tłumaczył M.
- A, trzeba było tak od razu - powiedział urzędnik ziewając - zapraszam do pokoju 103 na pierwszym piętrze.
M. wszedł schodami na piętro i uważnie się rozejrzał. Jego oczom ukazał się bardzo długi, wąski korytarz. Na zielonych tablicach umieszczonych na ścianie znajdowały się setki ogłoszeń. Od czasu do czasu z lewej lub prawej strony pojawiały się drzwi. Były pomalowane na zielono lub na niebiesko, na każdych widniał srebrny numerek. 118, 117, 115... wszystko wskazywało na to, że pokój nr 103 znajdował się na końcu korytarza. M. zatrzymał się w miejscu, gdzie kończyła się jakaś kolejka.
- Przepraszam - zapytał tęgiej kobiety stojącej tuż przed nim - czy to kolejka do pokoju nr 103?
- Tak, młody człowieku - odpowiedziała uprzejmie.
- Wygląda na to, że długo się będzie stać.
- Niestety, do pokoju wpuszczają tylko pojedyncze osoby. Taka nowa procedura.
- Aha, rozumiem...
Po chwili za M. pojawił się mały łysiejący człowieczek w skórzanej kurtce i bojówkach.
- Czy ta kolejka to do 103? - zapytał.
- Tak, niestety tak - mruknął M.
Przed nim stało około trzydziestu osób. Zarówno młodzi ludzie, podobni do M, jak również kobiety z dziećmi i emeryci. Obserwując stopień znużenia tych, którzy znajdowali się z przodu, M. starał się ocenić ile czasu już tu czekają. Niektórzy interesanci sprawiali wrażenie znudzonych do tego stopnia, że można było odnieść wrażenie, że stoją kilku godzin, a nawet kilku dni. Wizja człowieka stojącego z jakimś kwitem przez więcej niż dobę wydawała się absurdalna, ale niczego nie można było wykluczyć. Wszak nigdy nie wiadomo do czego może doprowadzić biurokracja.
W ciągu pierwszych dwóch godzin oczekiwania z kolejki ubyło dziesięć lub jedenaście osób. Pojawiły się za to dwa tuziny następnych. Większość z nich zajęła miejsce za M. , choć znaleźli się również tacy, którzy za wszelką cenę starali się dostać bliżej drzwi z numerem 103. Jedni narzekali, że miejsce na przedzie kolejki należy im się z racji wieku, stanowiska czy urzędu, inni wyjaśniali, że spieszą się do domu na obiad, albo na przedstawienie w teatrze. Znaleźli się też tacy, którzy zamiast siły argumentu próbowali zastosować argument siły. Jednak mięśnie na niewiele im się zdały, bo zaraz zostali wyproszeni przez ochronę. Im dłużej ludzie stali bezczynnie, tym bardziej narzekali.
- Bo widzi pani - mówiła emerytka w czerwonym kapeluszu - ja już tu trzeci dzień stoję. Jak przyszłam przedwczoraj to postałam w kolejce godzinę i zrezygnowałam, wczoraj już prawie mi się udało, ale zamknęli urząd przed nosem. To dzisiaj przyszłam i tak czekam od rana.
- Jak by ktoś tym dobrze pokierował, to od razu by szybciej poszło - odezwał się pokurcz w skórzanej kurtce.
- Jak bym pana stąd wyrzucił to też by było szybciej - krzyknął brodacz z końca korytarza - zawsze to jeden mniej!
- Gadaj pan co chcesz, ja swoje wiem - upierał się pokurcz - pewnie tam siedzą trzy urzędniczki, jedna pije herbatkę, druga biadoli, a trzecia czasem obsłuży klienta.
- Chciałbyś, żeby cię obsłużyła, co? - powiedział krótko ostrzyżony młodzieniec z perwersyjnym uśmiechem.
- Tan pan ma rację - stwierdziła emerytka - w tych urzędach to zawsze tak jest, człowiek swoje musi odstać, żeby wreszcie ktoś się nim zainteresował.
- Tak, święte słowa - poparła ochoczo farbowana na blond trzydziestolatka - w dodatku jak chce się na nich złożyć skargę to trzeba stać drugie tyle.
- I dlatego nikt nie składa - krzyknął triumfalnie pokurcz.
- Jak się nie zamkniesz to ja cię złożę! - krzyknął brodacz - w ofierze!
- Proszę pana! To jest miejsce publiczne -oburzyła się emerytka - proszę się zachowywać spokojnie.
- Ja jestem spokojny - krzyknął pan z końca - tylko ten facet mnie wkurza.
- Te, młody! Po co stoisz? - zapytał ostrzyżony, szturchając łokciem M..
- A co pana obchodzi - wzburzył się staruszek stojący tuż obok - to jest jego prywatna sprawa.
- Po dowód stoję - powiedział zrezygnowany M.
- To fajnie, bo ja też.
Minęły kolejne trzy kwadranse. Kolejka posuwała się bardzo powoli, a M. musiał wysłuchiwać nieustannych kłótni kolejkowiczów. Z czasem stało się to nawet zabawne. Tym bardziej, że w większości przypadków odległość między zwaśnionymi stronami sięgała kilkunastu metrów. Ludzie albo krzyczeli przez cały korytarz albo wysyłali posłańca, który powtarzał obelżywe treści. Co chwila M. słyszał jak ktoś konspiracyjnym szeptem mówi: niech pani przekaże temu grubemu z końca, że jak tylko stąd wyjdę to mu nogi połamię, albo niech pan powie temu durniowi w okularkach, że ma mordę jak niewypał.
Co jakiś czas bardziej zbulwersowani oczekujący ostentacyjnie opuszczali kolejkę, ale byli w zdecydowanej mniejszości. Większość wytrwale czekała, z zainteresowaniem przysłuchując się temu, co mówili inni.
M. znalazł sobie ciekawe zajęcie w postaci podglądania dokumentów najbliższych jemu oczekujących. Czytał wszelkie dane: imiona, nazwiska, adresy. Teraz miał przed oczyma pełno literek i cyfr. Były bardzo różne; niebieskie, czarne, choć zdarzały się też ciemnozielone (M. nie był pewien czy przyjmuje się jakiekolwiek pisma wypełnione takim kolorem). Niektóre były starannie wykaligrafowane, inne nabazgrane w ostatniej chwili, niektóre słowa pisane były dużymi litrami, inne drobnym maczkiem, były pochylone w lewo albo w prawo, trzymały się wytyczonych linijek lub radośnie falowały po całej kartce. Teraz przed oczyma miał tego pełno. Joanna Kosowska, urodzona 5 czerwca w Żelazowej Woli, Marian Langiewicz, Siemieradzkiego 4, m 27, Józef Śliwa, Władysław Tomczak, Katarzyna Przybylska, adres zameldowania stały, Skierniewicka 17, mieszkania 56, numer PESEL 75062917895.
- Te, młody. Wiesz, że trzeba mieć dowód wpłaty.
- Jaki dowód wpłaty? - zdziwił się M. , miał wrażenie, że na chwilę stracił kontakt z rzeczywistością.
- Musisz zapłacić jakąś opłatę skarbową czy coś takiego. Bez tego nie rozpatrzą wniosku. Spytaj się w kasie na dole.
- Dzięki! Sam bym na to nie wpadł. Zapłacę to i zaraz wracam, zajmiesz mi kolejkę dobra?
- Dobra, tylko nie spiesz się za bardzo. Jeszcze trochę tu postoimy.
M. pobiegł na dół i zapytał o dowód wpłaty w informacji. Ziewający urzędnik powiedział mu, że istotnie do dowodu osobistego potrzeba potwierdzenia dokonania opłaty skarbowej i skierował M. do kasy znajdującej się tuż obok. M. uiścił stosowną opłatę, zabrał kwitek i wrócił na pierwsze piętro.
Jak tylko znalazł się na górze z przerażeniem stwierdził, że w kolejce stoi już ponad stu zniecierpliwionych klientów. Nie miał pojęcia jakim cudem w tak krótkim czasie przybyło tylu ludzi. Jednak fakt, że na korytarzu czeka ponad setka, a on powoli zbliżał się do pierwszej dziesiątki, napawał go nie lada optymizmem.
Przepychając się przez długi korytarz dotarł na swoje miejsce.
- Wreszcie jest jakiś postęp - powiedział pokurcz w kurtce - nareszcie widzę te cholerne drzwi.
Rzeczywiście, poza grupą ludzi tłoczących się przed sobą M. widział zielone drzwi z numerem 103. Był już naprawdę bardzo blisko. Niestety, im bliżej do drzwi tym kolejka przesuwała się wolniej. W początkowej fazie oczekiwania na jednego klienta przypadało jakieś dziesięć minut, teraz załatwienie jednego trwało dwadzieścia minut albo nawet pół godziny. Jeden facet siedział w pokoju prawie godzinę, a zaraz po nim musiała wejść sprzątaczka (co zajęło kolejny ciągnący się w nieskończoność kwadrans).
M. miał już dosyć wysłuchiwania cudzych narzekań. Też postanowił sobie trochę ulżyć.
- Jestem w tym urzędzie pierwszy i ostatni raz - oświadczył - jak można tak długo czekać na załatwienie jednej sprawy!
- Nie umie pan docenić tego co jest - pouczyła go staruszka ze środka kolejki - kiedyś trzeba było do sklepu stać w kolejce i też nie zawsze udawało się coś kupić. A teraz to te wszystkie gigamarkety, leklerki i te inne. Bierzesz z półki co chcesz i idziesz do domu. A kiedyś przecież było inaczej, tylko pan tego nie pamięta.
- Święte słowa, psze pani - poparł mały człowieczek w kurteczce. Ludzie nie potrafią docenić tego co jest. Kiedyś były pieniądze, tylko pusto na półkach. A teraz są supermarkety, promocje, giełdy komputerowe, wszystkiego pod dostatkiem, tylko, że pieniędzy nie ma na to wszystko. I widzą państwo, i tak źle, i tak niedobrze...
- No właśnie, ja za tą moją skromną emeryturę to nic sobie teraz nie kupię, takie czasy przyszły...
- Pani nic nie kupi, bo jest recesja - zauważył chudzielec w okularach.
- A co za różnica, czy recesja, czy inflacja, mnie to wszystko jedno, tylko żebym miała z czego żyć.
- Proszę pani, pani nie rozumie - tłumaczył okularnik - jak się chce, żeby były pełne półki w sklepie, żeby była gospodarka wolnorynkowa, żeby były demokratyczne rządy, to trzeba się liczyć z tym, ze jak wkraczamy w fazę transformacji ustrojowej to nie może być tak, że wszystkim nagle się zacznie dobrze powodzić. Trzeba się na coś zdecydować; albo mamy państwo prawa albo wracamy do państwa realnego socjalizmu.
- Ale tu nie chodzi o ustrój - zaprotestował M. - chodzi o niesprawne urzędy.
- Jak nie wiadomo o co chodzi to zawsze chodzi o pieniądze! - krzyknął brodacz gdzieś ze środka.
- Myślę, że połowę tych spraw można by załatwić przez internet, nie trzeba by nawet wychodzić z domu - zauważył M..
- I pan myśli, że starsi ludzie to by chcieli przez internet? - wzburzyła się emerytka - przecież ja nawet nie wiem, gdzie się ten internet kupuje.
- Najlepiej w spożywczym - zaproponował M..
- Ładnie to tak? Żartować sobie ze starszych ludzi?! - krzyknął ktoś z tyłu - ja cię nauczę kultury!
- Rodzice go powinni nauczyć!
- Pozwalają dzieciom na wszystko i takie są skutki!
- Ma pan rację, chyba zapytam w tym spożywczym - powiedziała emerytka.
Kolejna godzina oczekiwania doprowadziła M. to totalnego załamania. Przestał już wierzyć w to, że kolejka się przesuwa. Miał wrażenie, że wciąż stoi w miejscu, a ludzie tylko zamieniają się miejscami. Przyszły dwie panie, które twierdziły, że stały przed nim już dużo wcześniej. Na domiar złego ten fakt potwierdziła jakaś trzecia. W korytarzu było gorąco i duszno. Szukanie otwartego okna było jedynie startą czasu. W całym korytarzu było tylko jedno, w dodatku zabite gwoździami.
Bolała go głowa. Nie był pewien, czy jest to skutek wysłuchiwania wrzasków, czy efekt wyczerpania organizmu. Miał tego wszystkiego dosyć. Mógł w każdej chwili zrezygnować, ale to oznaczałoby zaprzepaszczenie kilku godzin oczekiwania. Po zastanowieniu doszedł do wniosku, że nie warto ryzykować, lepiej czekać do końca. Tym bardziej, że nie miał pojęcia ilu ludzi przyjdzie tu następnego dnia. Zauważył, że ludzie znajdujący się najbliżej drzwi zrezygnowali już z utarczek słownych z przeciwnikami z końca korytarza, nie mieli już na to siły i ochoty. Liczne zaczepki dobiegały natomiast od strony schodów. Tak, M. nie miał już teraz żadnych wątpliwości, kolejka rozciągnęła się na schody i nie można było wykluczyć, że ciągnęła się przez cały budynek. Ile czasu potrzeba, żeby obsłużyć ich wszystkich? Tydzień, może dwa?
- Jak tylko wejdę do tego cholernego pokoju to podpiszę wszystko - powiedział M. sam do siebie - wszystko, nawet akt własnego zgonu, jest mi już naprawdę wszystko jedno!
- Jak panu wszystko jedno, to niech pan idzie do domu, a ja zajmę pana miejsce - zaproponowała kobieta z jamnikiem na smyczy.
- Patrzcie ją, jaka cwana! - krzyczał facet w szarym dresie - ty lepiej uważaj na mojego pitbula!
- Co tu robią ludzie z psami? - zapytał nieprzytomnie M..
- Z tego co słyszałem w pokoju 103 dokonuje się rejestracji wszystkich zwierząt domowych - odpowiedział pokurcz w kurtce.
- A ja myślałem, że wszyscy z wnioskiem o dowód... A może... - w umyśle M zaświtała straszna myśl - może stoję w niewłaściwej kolejce!
- Pytałeś się faceta na dole? Jak powiedział, że 103, to dobrze stoisz.
- Całe szczęście - powiedział z ulgą M..
- Zresztą już tylko cztery osoby przed nami, damy radę.
Jeszcze tylko cztery osoby - to rzeczywiście dobrze brzmiało. Co mieli powiedzieć inni?! Jeszcze tylko 47, tylko 89, tylko 112...
- A pan po co tu stoi? - M. zapytał pierwszego człowieka, który był w pobliżu.
- Po odbiór prawa jazdy. Zabrali mu już dwa razy. Jazda po pijanemu i takie tam...
- A pani?
- Chcę zmienić adres zameldowania.
- Aha...
M. wreszcie uświadomił sobie, że niemal każdy człowiek stoi tu z innego powodu. W takim razie jakie ma znaczenie skierowanie do pokoju 103? Czemu nikt nie wchodzi do pokoju obok? No, może poza sprzątaczką z mopem i wiaderkiem? To wszystko bez sensu.
Chciało mu się pić. Był gotów oddać wszystkie pieniądze za szklankę zimnej wody. Wiedział, że na dole znajduje się automat z kawą, jednak perspektywa przebijania się przez korytarz pełen ludzi i w równym stopniu zapchane schody wydała mu się beznadziejna.
W momencie największego zwątpienia nadeszła jego kolej. Był do tego stopnia zaskoczony, że zamiast od razu wejść do środka, nieprzytomnie patrzył przed siebie. Wreszcie napierający tłum pchnął go do przodu i M. znalazł się za zielonymi drzwiami. Pomieszczenie, do którego wszedł, było równie ciasne jak znienawidzony korytarz. Jego wielkość M. szacował na jakieś cztery lub pięć metrów kwadratowych. Pod ścianą stało biurko, za biurkiem urzędniczka - stara, gruba i wyraźnie znudzona życiem. Obok biurka piętrzyły się różne dokumenty: kwity, paszporty, zaświadczenia, książeczki zdrowia, podania, rozporządzenia i inne prawne. Podzielone zostały na 3 stosy. Największy z nich sięgał aż do sufitu, drugi mniej więcej do wysokości biurka, trzeci liczył zaledwie kilka egzemplarzy.
M. podszedł chwiejnym krokiem do biurka.
- Dzień dobry, ja chciałem...
- Tak, wiem - odpowiedziała urzędniczka - proszę podać mi wszystkie dokumenty.
M. położył na biurko wszystko, co ze sobą przyniósł. Miał nadzieję, ze niczego nie brakuje. Kobieta przejrzała wszystkie, po czym przystąpiła do pisania notatki. Pisała bardzo powoli. Kiedy skończyła zaatakowała M. gradem pytań:
Imię?
Nazwisko?
Imię ojca?
Imię matki?
Data urodzenia?
Miejsce urodzenia?
Miejsce zamieszkania?
Skrzętnie zapisała wszystkie dane, złożyła pieczątki w odpowiednich miejscach.
- Mówił pan, że stoi pan w tej kolejce po raz pierwszy i ostatni, tak?
- Tak, proszę pani.
- To doskonale, proszę podpisać jeszcze tutaj.
M. podpisał dokument, który podsunięto mu pod nos. Kiedy czekał na zakończenie skomplikowanej procedury, kobieta wyjęła z szuflady pistolet z tłumikiem i strzeliła mu w głowę. Notatkę wraz z resztą dokumentów wrzuciła na stos - ten największy.
- Ten pan już odszedł, następny proszę!
Ogłosiła wszem i wobec.
- Pani Jadziu, pani to posprząta.
Dodała po chwili.

Kiedy M. otworzył oczy był całkowicie pewien, gdzie się znajduje. Drażniący zapach siarki, ogromna temperatura i ściana ognia przed nim dobitnie świadczyły o jednym. Trafił do piekła. Szedł przed siebie, licząc na to, że znajdzie kogoś, kto się nim zajmie. Zamiast tego zobaczył tłum ludzi. Sto tysięcy, może nawet więcej. Wszyscy ze spuszczonymi głowami zmierzali przed siebie.
Błagam tylko nie to! - krzyknął M. - znowu trzeba będzie stać w kolejce!!!


Maciek "black grzywa" Partyka

blackgrzywa@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||