:::: Rob Neiklot ::::

Uwikłani



Bad day


Nieduża, nasączona wodą grudka śniegu leżąca na chodniku rozbryzgała się pod ciężarem jego czarnego buta. Następnie drogę zagrodziła mu kałuża. Dariusz przeskoczył nad nią i pomaszerował dalej. Był zły. Pogoda tej zimy była wyjątkowo paskudna, a dziś temperatura sięgała minus trzynastu stopni. To nie był jego szczęśliwy dzień. Pokłócił się z rodzicami, w szkole oblał test semestralny z matematyki, a na dodatek było mu zimno w uszy. Szedł po chodniku przy jednej z mniej ruchliwych ulic, nie wyjmując rąk z kieszeni swojej zimowej kurtki. Nie była to najbezpieczniejsza droga, ale na pewno najkrótsza, a jemu było dziś wszystko jedno. Kolejną przeszkodą okazała się czerwona puszka po piwie z rzucającym się w oczy, żółtym napisem DIT. Kopnął ją z całej siły, a ta poszybowała wysoko w górę i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, iż jej niedokończona zawartość oblała mu spodnie. Chciał zakląć, ale doszedł do wniosku, że to niczego nie zmieni i ruszył dalej przyspieszając nieco. Po chwili skręcił w jedną z bocznych uliczek i stanął w pół kroku. Około dwudziestu metrów przed nim stało dwóch młodych mężczyzn ubranych w stare, znoszone rzeczy. Ich łyse głowy wskazywałyby na przynależność do subkultury skinhead' ów, ale czerwone, dresowe spodnie z trzema paskami szybko rozwiały jego nadzieję. Przez moment stał nieruchomo wpatrzony w dwie postacie. Ceremonialnie przełknął ślinę, zwiesił głowę, utkwił wzrok w czubkach swoich butów i powoli zaczął iść w ich stronę. Serce przyśpieszyło swoje tępo. Armia ciarek przebiegła mu po plecach. Znał to uczucie. To był strach.

***

Stefan miał dziś zły dzień. Od rana wszystko go wkurzało. W sklepie skończyło się jego ulubione piwo. Kasa także się skończyła i to zarówno ta w portfelu, jak i ta na komórce. Kumple mówili mu, żeby wykupił sobie abonament, ale on był ekonomiczny. Doszedł do wniosku, że mając numer w systemie pre-paid zaoszczędzi przy przekładaniu chip' a z jednego skradzionego telefonu do drugiego. Była to oczywiście bzdura, ale Stefan był dumny za swego pomysłu i chyba nigdy nie zmieni zdania. Teraz stał przed ukochanym sklepem monopolowym ze swoim kompanem Tomkiem, który zresztą też go wkurzał. Rozmawiali o filmie, który wczoraj leciał w telewizji. Nagle Stefan kątem oka dostrzegł chłopaka ubranego w czarną, zimową kurtkę, idącego w ich stronę. Szybko szturchnął towarzysza. Był zły, czuł że musi komuś wkopać. Musi się wyładować. Splunął na ziemię i uśmiechnął się złowrogo.
- Ej ty - krzyknął Stefan.
Ciarki przebiegły mu po plecach. Znał to uczucie. To była radość.

***

- Ej ty - Dariusz usłyszał krzyk jednego z mężczyzn.
Serce waliło mu jak młotem. To był zdecydowanie zły dzień.
- Co?! - odparł.
- Gówno! Co się gapisz?!
- Nie gapię się.
- Patrz mądralę - powiedział Stefan do Tomka i dodał po chwili - chodź no tu.
- Nie mogę, spieszę się - odrzekł natychmiast Dariusz.
- Choć tu, bo ci jebnę!
- Co?
- Już ci mówiłem, gówno! Dawaj kasę!
- Nie mam.
- A chcesz wpierdol?!
- Nie.
- To dawaj!
- Ale ja naprawdę nic nie mam.
- No dobra, wierzę ci - powiedział Stefan.
- Dzięki - powiedział Dariusz i odetchnął z ulgą.
- Ale mam dziś zły dzień i jak to mówią carpe diem - dodał Stefan i uderzył go z całej siły w brzuch.
Dariusz zgiął się z bólu. Tomek nie pozostał bierny i kopnął Dariusza w twarz tak, że ich ofiara straciła przytomność. Natychmiast go przeszukali. Nic nie zaleźli. Stefan zaklął i znów powiedział coś o złym dniu. Popatrzyli przez chwilę na ciało Dariusza, a że plama krwi wyciekająca z jego nosa ciągle się powiększała, toteż oddalili się jak najszybciej. Po drodze Tomek zagadał.
- Co to znaczy "carpe diem"?
- Nie wiesz?!
- Nie.
- Co ty kurde! Do szkoły nie chodziłeś?!
- Nie.
- No tak, zapomniałem.
- To powiesz mi czy nie?
- Co?! - wydarł się na niego Stefan.
- No co to znaczy te "carpe diem"?
- Eh Tomek, poczytałbyś czasem jakąś książkę. "Carpe diem" to znaczy "muszę się wyżyć".

Error


Przeróżne kolory emitowane przez nieduży telewizor wesoło tańczyły na twarzy Jack' a. W pokoju panował mrok. W telewizji leciał jakiś teleturniej. Jeden z wielu, w których to uczestnik jest już o krok od wygrania pokaźnej sumki i przegrywa w ostatniej rundzie. Jack spojrzał na zielony, prostokątny zegar z dziwnie pochylonymi liczbami zawieszony na jasno-zielonej ścianie. Układ wskazówek sugerował, że dochodziła siódma. Uśmiechnął się. Zawsze gdy zasuwał rolety, które szczelnie zagradzały dojście światłu dziennemu, wydawało mu się, że jest już noc. W głębi pokoju rozległ się świdrujący dźwięk. Po chwili dźwięk powtórzył się. Jack opuścił wygodny, skórzany fotel i udał się do kuchni. Na jednej z kuchennych ścian wisiał sprawca całego zamieszania. Czarny telefon z długim kablem i wielkimi, białymi cyframi.
- Halo? - powiedział Jack podnosząc słuchawkę.
- Cześć Jack - odpowiedział mu głos po drugiej stronie telefonicznego kabla.
- Cześć kochanie - odparł wesoło, rozpoznając głos swojej dziewczyny.
- Co porabiasz?
- Mam mnóstwo pracy, gonią mnie terminy. Jednym słowem siedzę i się nudzę.
- To świetnie, bo ja też.
- Kino?
- Kocham cię! - krzyknęła i cmoknęła do słuchawki.
Jack roześmiał się.
- Ja ciebie też, Betty. Będę o dziewiątej.
- OK! Kocham cię! Pa pa! - cmoknęła ponownie i rozłączyła się.
- Pa - powiedział Jack odkładając słuchawkę.
Spojrzał na kalendarz zawieszony obok telefonu. Był dwudziesty października.
- Taaa. To już miesiąc - powiedział do siebie i westchnął głęboko.
Faktycznie tego dnia mijał dokładnie miesiąc, od kiedy sprowadził się do Arhtown. Kupił dom, znalazł pracę i wszystko wskazuje na to, że niedługo dostanie awans. Jednak najważniejsze było to, że spotkał Betty. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia i od tego czasu nic nie przerwało ich szczęścia.
Jack spojrzał ponownie na kalendarz.
- Ehhh, życie jest piękne.
Przebrał się, umył, wsiadł do auta zaparkowanego przed domem i pojechał na umówione spotkanie z dziewczyną, potocznie zwane randką. Po drodze postanowił kupić ukochanej jakiś kwiatek. Wybrał trzy czerwone róże, lecz gdy podchodził już do kasy inny kwiat przykuł jego uwagę. Czarna róża. W życiu nie widział czegoś tak pięknego. Spojrzał na cenę. W życiu nie widział czegoś tak pięknego i tak drogiego. Czuł jednak, że ten kwiat wart jest swojej ceny. Zresztą dla Betty był w stanie wydać każde pieniądze.
Podjechał pod jej dom i zatrąbił dwa razy. Wziął kwiatek do ręki i wysiadł z samochodu nie zamykając za sobą drzwi. W drzwiach domu pojawiła się znajoma sylwetka. Uśmiech mimowolnie wpełzł na jego twarz. Ruszył w jej stronę. Ona także zaczęła iść w jego kierunku. Piękna jak zwykle, pomyślał Jack. Widział radość w jej oczach. Był taki szczęśliwy.
Nagle Betty zatrzymała się w pół kroku, on także. Nie mógł się ruszyć. Wydawało mu się, że wraz z nim zatrzymało się wszystko, nawet czas.
.
- Noż jasna cholera - zaklął James i uderzył z całej siły myszką o blat biurka - pieprzony złom. To ja ci kurwa RAM' u dokładam, a ty się dalej wieszasz. Boże ty widzisz i nie grzmisz, a na dodatek, kurcza flak, nie save' nąłem gry.
.
Nie mógł nawet poruszać oczami. Wzrok miał nieruchomo utkwiony w twarzy ukochanej. Równie szczęśliwej jak przed chwilą. Nie miał pojęcia co się dzieje, ale ta potworna niemoc przerażała go jak jeszcze nic w życiu. W dolnej części horyzontu, jaki obejmował jego nieruchomy wzrok, dojrzał kawałek czarnej róży.
.
James nerwowo wykonał dwa okrężne ruchy myszką po podkładce mając nadzieję, że dostrzeże chociaż ślad ruchu kursora. Nic z tego. Na monitorze widniał jedynie nieruchomy obraz dwóch idących ku sobie postaci na ścieżce prowadzącej do domu.
- No tak, jak zwykle. Znowu zaczynać od nowa. Pieprzę to, teraz zagram sobie w jakąś strategię - powiedział nie odrywając wzroku od obrazu. Po chwili schylił się i wcisnął mały, niebieski guzik u dołu obudowy jego komputera. Widniejący pod nim napis starł się już, po wielu latach użytkowania. Wprawne oko umiałoby jednak odczytać napis RESET.
.
Spróbował wpatrzeć się w jej czarne płatki. Zdziwiony ujrzał swoje odbicie. Zaczął wpatrywać się głębiej. Zobaczył swoje marzenia. Marzenia o szczęśliwym życiu, żonie, dwójce dzieci. Ujrzał twarz Betty, uśmiechniętą jak tego dnia, gdy się poznali. Czerń płatków zaczęła ogarniać całe jego pole widzenia i nagle wszystko zgasło jak wyłączany telewizor. Pozostawiając jedynie mały, biały, dogasający kwadracik. Potem była już tylko ciemność.

Jimmy


Tego dnia Jimmy' ego obudził wyjątkowo ciepły i słoneczny poranek. Otworzył swoje duże, zielone oczy i przeciągnął się ceremonialnie. Wstał ze swego posłania. Długie, białe promienie prześwitywały przez szczeliny desek, z których zbudowane było jego lokum. Jimmy rozejrzał się po pomieszczeniu. Obskurne, małe, ciasne, ale własne - pomyślał i wyszedł na podwórko. Odruchowo zmrużył oczy, gdy zaatakowało je światło słoneczne. Przeciągnął się ponownie i ruszył nad strumyk. Wróciwszy po krótkiej porannej toalecie Jimmy leniwie powiódł po zagraconym podwórku. Podrapał się za uchem i pomyślał, że dziś wybierze się do miasta. W jego przypadku od myśli do czynu prowadziła z reguły krótka droga, toteż bezzwłocznie ruszył w kierunku najbliższych ludzkich zabudowań. Fakt, iż mieszkał na dalekich obrzeżach miasta czynił podróż dość długą, a przez to monotonną, lecz dzięki temu Jimmy miał sporo czasu do namysłu nad sensem swej wyprawy. Na razie jedynym powodem, dla którego wyruszył była nagła zachcianka, więc zastanawiał się co mógłby tam robić. Może zjeść obiad? Obiad! Poniósł głowę i popatrzył w bezchmurne niebo. Było południe. Znowu spał do późna po wczorajszych, nocnych zabawach z płcią przeciwną. Tak to jest, jak się nie ma zegarka - pomyślał - budzisz się, myślisz że to poranek, a tu wielkimi krokami zbliża się pora obiadu. Obiad. Taaa, to dobry powód, aby wybrać się do miasta. Zadowolony sam z siebie przyspieszył nieco kroku. Po chwili zobaczył w oddali pierwsze zabudowania i postanowił ostatnie metry przebyć biegiem. Nie zwolnił tempa i wpadł jak burza do miasta, błyskawicznie minął szewca, piekarnię oraz nie ciesząca się zbyt dobrą reputacją karczmę. Zatrzymał się dopiero na rynku, sapiąc ciężko. Nie te lata - powiedział w myślach i rozejrzał się ciekawie. Jak zwykle panował tu tłok, ludzie przekrzykiwali się i biegali, tworząc potworny zamęt. Jimmy nie lubił tego. Postanowił obejść rynek boczną uliczką. Gdy tylko w nią wszedł, zderzył się z olbrzymim facetem.
- Spadaj - warknął mężczyzna i splunął na ziemię.
Widok takiej twarzy przed obiadem może skutecznie odebrać apetyt, a budowa ciała mówiąca, że brak szarych komórek zastąpiono masą mięśniową przy dodatkowym dwumetrowym wzroście sygnalizuje, że granicą odwagi jest głupota. Biorąc to pod uwagę Jimmy posłał nieznajomemu pogardliwe spojrzenie i ominął go szerokim łukiem. Tak kiepski początek wizyty w mieście nie wróżył nic dobrego, więc postanowił jak najszybciej coś skonsumować i wracać do domu. Jednak tu pojawił się drobny problem, gdyż ambicje podpowiadały mu, aby poszukał innego niż zwykle miejsca, w którym można zjeść dobry posiłek. Okazało się to jednak nieprostym zadaniem i po dwóch godzinach poszukiwań, odwiedzeniu wszystkich zakątków miasta oraz stwierdzeniu, że jego pusty żołądek woła o pomstę do nieba Jimmy poddał się. Kierowany przez, zamieszkujący mózg, ośrodek głodu udał się do dobrze mu znanej karczmy "Bełt". Przekroczył jej próg i wszedł do dużego, aczkolwiek słabo oświetlonego pomieszczenia. Jak w każdy dzień roboczy panował tu tłok podobny temu, jaki widział na rynku. Jednakże zgromadzeni tu ludzie nie krzyczeli, ponieważ zwilżanie ust uważali za bardziej przyjemne. Jimmy upatrzył sobie stolik w rogu, przy którym siedział dobrze znany mu Bob, zwany Wielkim Bobem. Swoją droga zawsze zastanawiał się dlaczego tak nazywano tego mężczyznę. Był łysy, miał długą, rudą brodę, piwne oczy i "metr pięćdziesiąt" w kapeluszu. Pewnie nigdy nie będzie mu dane poznać toku rozumowania tutejszych mieszkańców.
- Jimmy! - krzyknął wesoło Bob na przywitanie starego przyjaciela.
Usiadł obok znajomego i przyjrzał mu się dokładnie. Tak, stary Bob miał już nieźle w czubie.
- Gdzieś ty się podziewał, stary druhu - ciągnął dalej Wielki Bob. - Głodny?
Jimmy kiwnął głową potwierdzając tym samym domysły swego towarzysza.
- Barman - wydarł się Bob - jeszcze dwa kufle piwa i coś do żarcia dla mojego kumpla.
Szynkarz popatrzył krzywo na zamawiającego i jego kompana, ale klient nasz pan, więc nie odrzekł ani słowa i szybko obsłużył gości.
- Znowu będziesz biesiadował za moje pieniądze huncwocie, ale co mi tam - powiedział rudobrody śmiejąc się przy tym obleśnie i klepnął Jimmy' ego w plecy tak, ze o mało ducha nie wyzionął. Szczerze powiedziawszy to Bob wyglądał i zachowywał się jak świnia. Niezbyt go lubił, ale tylko on był na tyle głupi by stawiać komuś "żarcie", szczególnie komuś takiemu jak on. Jednak, gdy Wielki Bob postawił przed nim kufel piwa przemyślenia szybko znikły, a po czwartym łyku Jimmy doszedł do wniosku, że w sumie może go polubić. Później było coraz lepiej. Po posiłku i drugim kuflu stwierdził, że go kocha i nie opuści aż do śmierci. Ściemniało się, trzeba było zbierać się do domu. Bob spał jak dziecko z głowa złożoną na stole. Jimmy zeskoczył akrobatycznie z ławki i pobiegł do wyjścia. Biegnąc zobaczył przed sobą dwoje drzwi. Wybrał te po prawej. Wybrał źle. Z impetem huknął głową w ścianę. Zakręcił się i wypadł przez właściwe drzwi na ulicę. Był lekko wstawiony, może nawet bardziej niż mu się zdawało. Będę miał paskudnego guza - pomyślał i zdecydował się wracać do domu. Droga zajęła mu więcej czasu niż zwykle, ale za to zwiedził chyba wszystkie przydrożne rowy. Dotarłszy na swoje podwórko chciał pójść nad strumyk w celu odbycia wieczornej toalety. Rozmyślił się jednak, gdy przypomniał sobie, że ostatnio w tym stanie mało brakowało, aby się utopił. Postanowił więc iść jak najszybciej spać. Jednak z racji tego, iż piwo jest płynem moczopędnym postanowił zaspokoić przed snem swoje potrzeby fizjologiczne. Podszedł do bramy wjazdowej, która była jednocześnie wejściem na podwórko. Podniósł nogę i dokładnie zaznaczył swoje terytorium. Następnie ceremonialnie sypnął piaskiem w stronę bramy używając do tego tylnich łap i poszedł spać. Był psem. No i co z tego?


Rob Neiklot

robakfx@poczta.onet.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||