Ostatnia wola
Dziwna historia jaką przedstawię w mych zapiskach przydarzyła mi się stosunkowo niedawno, powiem więcej, nadal trwa. Wszystko zaczęło się w moim mieszkaniu, zaciągałem się akurat dymem z fajki gdy ktoś zapukał do drzwi. Niemal podskoczyłem na fotelu, nie spodziewałem się gości. Spokojnie podszedłem pod drzwi i otworzyłem. Zań stał listonosz dzierżący w ręku jakąś paczkę.
- Pan Edward Marson? - spytał donośnym głosem.
Potwierdziłem. Podpisałem jakieś papiery i odebrałem przesyłkę.
Znów rozsiadłem się w fotelu i delektując smakiem tytoniu zerknąłem na nadawcę. Jakież było moje zdziwienie - ów przesyłkę nadał mój brat. Cóż było w środku? Rozerwałem kartonowe pudełko i wyciągnąłem z niego jakąś książkę. Jak się później okazało był to pamiętnik mego brata. Wraz z paczką dostałem również list, po którego przeczytaniu zamarłem.
"Prosi się pana Edwarda Marsona, brata Marcusa Marsona, o stawienie się u adwokata Rustina Blacka w celu odczytania testamentu"
Był to tylko fragment. Dowiedziałem się, że mój brat zmarł i został pochowany tydzień temu w małym miasteczku House Sun. Postanowiłem wyjechać i dowiedzieć się, jaka była przyczyna zgonu. Z listu wynikało, że postępująca choroba psychiczna mojego brata nie dawała mu żyć, a on sam poderżnął sobie gardło w swym gabinecie.
Do House Sun udałem się dorożką zaprzężoną w dwa konie. Siedząc w ciasnym pokoiku i co chwila spoglądając na zmieniający się krajobraz, postanowiłem przeczytać pamiętnik mojego zmarłego brata, nadany przez jego samego. Wynikało z tego, że paczka została wysłana jeszcze przed jego śmiercią. Chociaż czytając kolejne strony powoli przestawałem w to wierzyć.
W pamiętniku Marcus zapisywał dziwne wizje. Widywał zjawy przechadzające się po jego niemałej posiadłości. Jak sam napisał: "W tym domu dzieje się coś dziwnego". Dlaczego nie uciekł, może przebywał w więzieniu własnego umysłu. Poruszające się przedmioty, zjawy, znikające drzwi, ożywające postacie z obrazów - gdy czytałem kolejne akapity jego zapisków aż włosy stawały mi dęba. Jego choroba była faktem.
Czytając pamiętnik coraz bardziej zagłębiałem się w sprawę śmierci mojego brata. Nawet nie zauważyłem, gdy ta okropna historia całkowicie pochłonęła mój umysł. Nie myślałem o niczym innym. Chciałem za wszelką cenę dociec prawdy i wyjaśnić zagadkę.
Okazało się, że mój brat został sam w ogromnym domostwie, które zakupił kilka lat temu - od tego czasu już go nie odwiedzałem - służba widząc jego dziwne zachowanie postanowiła zrezygnować z posady w trosce o własne życie. Podobno Marcus niszczył wiszące na ścianach obrazy szpadą, raz raniąc poważnie sprzątaczkę. Jednak najbardziej zainteresowała mnie ostatnia zapisana strona; pisał w niej o zjawie, która po niego idzie, cytuję: "Dzień w dzień, przychodzi do mnie. Dziś też mnie odwiedzi. Słyszę jej kroki, drzwi, otworzyły się..." tu kończyły się zapiski. Pod nimi jest czerwona kreska, jakby krew chlusnęła na kartkę... BOŻE, on w tym momencie poderżnął sobie gardło - gdyż z takiej przyczyny zginął.
Przeraziła mnie ta myśl. Jednak zdziwiło mnie coś bardziej. Jak paczka została wysłana skoro mój brat się zabił, a służby nie było już wtedy w domostwie. Przecież policja nie wysłała by mi jej. Odnalazłem też znaczącą różnicę pomiędzy pismem mojego brata z pamiętnika, a tym którym zapisany był nadawca na paczce. Poza tym atrament na paczce był czerwony.
W tej chwili nie dopuściłem do głowy myśli, że ów czerwony atrament może być krwią mojego brata. Wiedziałem, że tak jest, ale nie chciałem w to wierzyć. Czyżby Marcus konając zdążył zapisać adres do mojego mieszkania, włożyć pamiętnik do paczki, pójść na pocztę i wysłać go?
W tej chwili mogło wydawać się to śmieszne, ale ja specjalnych powodów do śmiechu nie miałem. Dojeżdżałem do House Sun. Nie miałem pojęcia, że to tak ponura i mroczna okolica. Z resztą nigdy tu nie byłem. Może wiosną - a uwieczniana przez mnie historia wydarzyła się jesienią - jest tu ładniej. Nie zmienia to jednak faktu, iż czułem się tam dziwnie.
Był pochmurny dzionek, aż dziw, że nie padało. Przewoźnik wysadził mnie przy gabinecie pana Rustina Blacka, adwokata mego brata.
W środku zdawało się być pusto. Podłoga skrzypiała od mych kroków sprawiając, że ciarki przechodziły mi po plecach.
- Halo! - krzyknąłem. - Jest tu kto?
Na odpowiedź nie czekałem długo. Gdzieś zza sterty ksiąg wychyliła się ludzka głowa. Był to Black.
- W czym mogę pomóc? - odpowiedział ze szczęściem w głosie.
Szybko mu odrzekłem.
- Jestem Edward Marson, brat Marcusa. Przyjechałem zobaczyć testament.
- Aaa - znów radosny ton głosu. - Mam tu gdzieś testament pańskiego brata.
Wyciągnął zaraz jakąś kopertę ze sterty innych i podał mi ją.
- Ma pan przeczytać testament sam! Taką dostałem informację.
- A widział się pan z moim bratem?
- Ależ nie. Niech się pan nie obraża, ale ja się go bałem. Podobnie jak większość mieszkańców tego miasta. Powiadomił mnie o tym listownie.
Coś mi zaświtało.
- Czy mógłby pan pokazać mi ten list?
- Jeśli go znajdę - i znów zanurkował w stosie kopert i kartek i po chwili się wynurzył. - Proszę.
Podał mi kopertę. Na jej przedzie znów ten czerwony atrament, taki sam jak na testamencie i paczce, którą dostałem.
- Czy mógłbym zatrzymać ten list?
- Ależ oczywiście - odrzekł Black. - To strasznie niemiła pamiątka.
Adwokat zaprowadził mnie do miejsca, gdzie spokojnie mogłem przeczytać testament. Był on napisany czerwonym atramentem - dziwne.
Marcus napisał, że wszystko co miał przekazuje mnie. Ziemię, dom i całą jego zawartość. Najwidoczniej Black był słabym adwokatem, bo nie wiedział, że testament napisany bez świadków jest nic niewart. Poprosiłem go, by zawiózł mnie do posiadłości mego brata.
Zaraz po prośbie jego do tej pory wesoła mina znikła z twarzy.
- Zaprowadzę pana, ale na teren nie wejdę. Musi pan wiedzieć, że to dziwne miejsce. Przyprawia mnie o gęsią skórkę.
Nie musieliśmy długo iść. Dom był największy w całym miasteczku i stał nieco na uboczu. Dziwnym zbiegiem okoliczności był również fakt, że nieopodal stał cmentarz, na którym mój świętej pamięci brat został pochowany.
Wreszcie stanęliśmy przed przerażającym obliczem tego domostwa. Trudno by je opisać. Pomalowany na czarno budynek, okiennice ledwo trzymające się na zawiasach. Trzy piętra, dziesiątki okien z których nie bije nic poza ciemnością. Wokoło pełno uschniętych drzew. Brat stracił służbę dwa miesiące przed samobójstwem, sam nie wychodził z domu, można by powiedzieć, że był jego więźniem. Nic dziwnego, że to była rudera. Kiedyś podobno był to wspaniały budynek, pełen przepychu, jeden z najwspanialszych.
- Kto znalazł mego brata? - spytałem Blacka.
- I to jest bardzo dziwna historia. Jeden z mieszkańców, Nigel jakiś tam, teraz nie pamiętam, wracał nocą z pola. Tak się składało, że przechodził obok tego domu - wskazał palcem na budynek. - Przechodząc obok bramy wejściowej usłyszał wołanie o pomoc dochodzące gdzieś zza budynku. Pomimo tego, że piekielnie boi się tego miejsca wbiegł na teren posiadłości - słuchałem kolejnych zdań wypowiadanych przez Blacka - za budynkiem jednak nikogo nie było. W pewnej chwili zauważył kątem oka jakąś postać za oknem na pierwszym piętrze. Przepraszam, że to powiem, ale wszyscy bali się pańskiego brata i wiedzieli do czego może być zdolny. Nigel myślał, że pan Marson porwał jakąś kobietę i chce ją zabić. Wbiegł więc do budynku przez otwarte drzwi. W środku było ciemno. Wbiegł schodami na górę, znów usłyszał krzyk, jeno tym razem z drugiego piętra. Wbiegł więc wyżej. Znalazł się na korytarzu. Zauważył kawałek sukni wchodzący do gabinetu pańskiego brata. Wbiegł więc tam. Wszystko co zobaczył to zwłoki pańskiego brata z podciętym gardłem. Szybko wybiegł z domostwa. Gdy uciekał podobno czuł, że coś chce go chwycić za rękę. Opowiedział wszystko policji.
Ledwo przełknąłem ślinę.
- Da mi pan adres tego Nigela?
Wyciągnął jakąś teczkę. Były tam nazwiska. Napisał coś na małym skrawku kartki, oderwał go i wręczył mi. Później pożegnał się i poszedł sobie - nie dał mi klucza ni nic innego. Po prostu odszedł.
Spojrzałem jeszcze raz na dom. Odczuwam nieuzasadniony lęk do tego miejsca. Chwyciłem swą podręczną walizkę i udałem się do wnętrza domostwa. Black przed odejściem dał mi dobrą radę - jeśli mam uczulenie na kurz, lepiej żebym tam nie wchodził. Miał rację, tyle kurzu to jeszcze nie widziałem. Stawał mi w gardle, swędząc niemiłosiernie. Przyłożyłem więc chusteczkę do nosa i ust - ruszyłem. Był dzień i światło jakoś wpadało przez brudne szyby okienne. Podłoga skrzypiała pod mymi stopami, czasem nawet wydawało mi się, że to nie moje kroki zmuszają podłogę do tego przerażającego pisku. Ale nie było tu nikogo prócz mnie.
Zbliżał się zmierzch. Byłem strasznie zmęczony po podróży. Dziś zdecydowanie nie chciałem wchodzić do pomieszczenia, w którym zabił się mój brat. Zadomowiłem się w jednej z wielu sypialń. Rozpakowałem się. Teraz to wszystko jest moje. Noc przyszła tak szybko, jak odszedł Black. Położyłem się w wielkim łożu. Wcześniej musiałem pozbyć się centymetrowej warstwy kurzu z pościeli. Zgasiłem światło. Leżałem przez chwilę myśląc co tak naprawdę skłoniło mego brata do samobójstwa. Spojrzałem na obraz wiszący na ścianie naprzeciw mnie. Przedstawiał on Jezusa Chrystusa. Padało akurat na Niego światło księżyca, tylko ten obraz był widoczny. Nie chciałem tam patrzeć, ale coś mi kazało. Co chwila więc nerwowo spoglądałem na twarz Jezusa. Oderwałem wzrok, ale chwilę później on tam wracał. Chrystus patrzył na mnie swymi oczami. W pamiętniku było zapisane coś o żywych obrazach. Ten wydawał się żyć. Powoli wchodziłem w wir szaleństwa, zacząłem czuć to co przeżywał mój brat mieszkający tu zupełnie sam przez dwa miesiące.
Śnił mi się mój brat. Siedział sam w gabinecie, kończył pisać pamiętnik. Robił to w pośpiechu. Co chwila nerwowo spoglądał na drzwi. Nagle te zaczęły się otwierać, nie widziałem kto stał za nimi. Nagle Marcus chwycił brzytwę, przystawił ją do gardła i pociągnął. Krew chlusnęła na kartkę pamiętnika. W tym momencie obudziłem się. Ale nie jak się spodziewałem w dzień, lecz w środku nocy.
Spojrzałem na ścianę. Nie było już tam Jezusa, tylko ciemność. Firanka przy oknie falowała lekko. Bałem się. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Chciałem krzyknąć, ale nie mogłem. Gardło było suche. Jednak wstałem. Postawiłem bosą stopę na podłodze, która zaskrzypiała przerażająco. Podszedłem pod okno i spojrzałem na miasteczko. Jednak zaraz po tym usłyszałem coś na korytarzu. Zamknąłem okno i zwróciłem się w stronę drzwi. Powoli przeszedłem wszerz cały pokój i chwyciłem za klamkę. W tej chwili wydarzyło się coś przerażającego - ja chwyciłem za klamkę, a ta zaczęła się ruszać, jakby coś z drugiej strony drzwi szarpało ją i chciało wejść do pokoju. Zamknąłem drzwi - zrazu sobie przypomniałem. Odskoczyłem od wejścia. Klamka dalej sama unosiła się do góry i zaraz opadała na dół. Ciągle wpatrywałem się w jej ruchy. W pewnej chwili wstąpił we mnie duch odwagi. Podbiegłem pod stojącą obok łóżka szafeczkę i wziąłem z niej klucz. Wsadziłem go zaraz potem w zamek drzwi i przekręciłem. W tej chwili usłyszałem zgrzytanie podłogi, szybkie, jakby coś po niej biegło. Otworzy drzwi i wybiegłem na korytarz. Było ciemno, ale zauważyłem, że żyrandol się buja! Do przodu... do tyłu... do przodu... do tyłu. Czułem jakby coś ciągle było za moimi plecami, więc obracałem się nerwowo.
Co było później. Wróciłem do łóżka zamykając uprzednio drzwi na klucz. To była najdłuższa noc w moim życiu. Czas uciekał tak wolno. Ja ciągle z otwartymi oczami wpatrywałem się w otaczającą mnie ciemność i nasłuchiwałem dziwnych skrzypień dobiegających z piętra wyżej.
Jednak dzień nastał. Z podkrążonymi oczyma zbiegłem czym prędzej na dół i opuściłem posiadłość. Postanowiłem udać się do człowieka który znalazł mego brata martwego.
Mężczyzna ten mieszkał w małym domu w środku miasteczka. Zapukałem do drzwi, otworzył mi je Nigel.
- Dzień dobry - przywitałem się uprzejmie - pan Nigel?
- Taaa - odrzekł prostacko.
- Czy to pan znalazł Marcusa Marsona martwego w biurze?
- Nie chcę o tym mówić! - i zwrócił się w stronę wejścia.
- Niech pan zaczeka! Jestem bratem Marsona! - Nigel momentalnie się odwrócił. - Chciałbym dowiedzieć się, co tak naprawdę pan widział.
Długo musiałem namawiać go do opowiedzenia mi całej historii, która się mu przydarzyła. Brzmiała mniej więcej tak, jak opowiadał to Black.
- Jeszcze jedno, panie Nigel... czy to pan wysłał mi pamiętnik mego brata? Pan był tam pierwszy. Policja mówiła, że nie było tam żadnego pamiętnika.
- Ja również nie widziałem żadnego pamiętnika.
- Niech pan sobie przypomni.
- Nie chcę. Ciągle widzę go przed oczyma. Z jego gardła wypływała jeszcze świeża krew - po tych słowach Nigel wrócił biegiem do domu.
Nie wiedziałem co robić. Nie chciałem wracać do domu. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, czym tak naprawdę jest to domostwo. Coraz bardziej zagłębiałem się w sprawę śmierci mego brata.
Cóż miałem robić? Wróciłem do domu po południu pomimo tego, że mój strach przed tym miejscem rósł z minuty na minutę. Udałem się do pokoju w którym zapisane zostały ostatnie strony pamiętnika - a przynajmniej tak przypuszczam. Długo wahałem się czy otworzyć te drzwi i wejść do tego miejsca. Wszedłem. Na biurku były jeszcze ślady zakrzepniętej krwi. Policja działała tak profesjonalnie, że zostawiła nawet brzytwę, którą prawdopodobnie Marcus podciął sobie gardło. Usiadłem na krześle. Wyciągnąłem z kieszeni testament, pamiętnik i list do Blacka. Charakter pisma w pamiętniku znacznie się różnił od tego w ostatniej woli i liście. Coraz bardziej przekonywałem się do tego, że ów czerwony tusz to krew Marcusa, ale w takim razie kto to wszystko napisał?
"Domostwo, którego jestem właścicielem wraz z całą jego zawartością, zostawiam memu bratu Edwardowi Marsonowi, którego proszę o odnowienie budynku i najlepiej jego sprzedaż osobie, która będzie chciała zająć się budynkiem na stałe. Niech ma ostatnia wola będzie wypełniona."
Testament Marcusa Marsona
Nastała noc. Położyłem się w łożu i znów spoglądałem na oświetlony promieniami księżyca obraz Jezusa. Nim się obejrzałem, pochwycił mnie w swe sidła sen.
Znów miałem koszmar.
Widziałem Marcusa biegnącego korytarzem. W pewnej chwili wbiegł do swego gabinetu i usiadł za biurkiem. Za nim ktoś biegł. Jakaś postać. Słyszałem kroki. Podłoga trzeszczała. Marcus znów pisał coś w pamiętniku, zauważyłem też jak wkładał jakąś kartkę do szuflady. Klucz przekręcił. Nagle drzwi się otworzyły. Mój brat chwycił za brzytwę i poderżnął sobie gardło. Krew trysnęła na ostatnią stronę pamiętnika. Marcus zepchnął go na ziemię opadającą martwą ręką. Do gabinetu wbiegł Nigel. Chwilę przyglądał się tryskającej z szyi krwi i przestraszony zbiegł na dół. Później zobaczyłem coś jeszcze bardziej przerażającego. Pióro, którym wcześniej pisał Marcus poczęło lewitować i co chwila mocząc końcówkę w krwi zapisywało coś na czystej kartce. Później na drugiej. Dokładnie nie widziałem co to jest. Później lewitować zaczął pamiętnik. Leciał w stronę drzwi wyjściowych. Później obudziłem się.
Czy Marcus zabił się słysząc Nigela, czy może było tam coś jeszcze?
Wstałem szybko na proste nogi i ubrałem się. Był środek nocy, ale cóż z tego. Jeśli wierząc snowi, rozwiązanie zagadki może kryć się w szufladzie. Chwyciłem lampę naftową i udałem się do gabinetu Marcusa. Od razu podbiegłem do biurka. Szuflada była zamknięta. Znając opieszałość tutejszej policji począłem szukać na podłodze klucza. Zobaczyłem go dokładnie pod biurkiem. Już chciałem go chwycić, gdy ten zaczął "jechać" po podłodze. Wyglądało to mniej więcej tak jak kulka zlatująca z góry. Nie zdołał przede mną uciec.
Sądzę, iż coś, co zamieszkiwało ten dom, rozpaczliwie próbowało schować przede mną klucz. Nie udało się.
Otworzyłem szybko szufladę. Była w niej koperta z napisem "Testament Marcusa Marsona". Przeraziłem się. Przecież testament miałem w kieszeni. Jednak na tym widniał charakter pisma mego brata - a przynajmniej go przypominał. Otworzyłem szybko kopertę i czytając kolejne akapity mało języka nie połknąłem.
"Bracie mój. Już nie żyję, jednak musisz o czymś wiedzieć. Kupiłem ten dom kilka lat temu, już sam nie wiem ile. Od tego czasu jestem jego więźniem. Wiem, że brzmi to dziwnie. Nie odwiedzałem cię, bo nie mogę się stąd wydostać i jeśli to czytasz to znaczy, że się nie wydostałem. Widuję tu dziwne istoty. Sam nie wiem, czym są. Służba mnie opuściła. Nie słuchali mnie, nie chcieli mi pomóc. Oto moja ostatnia wola. Nie wchodź do budynku. Przyjedź do House Sun i spal ten przeklęty dom, jeśli tego nie zrobisz, moja dusza będzie niewolnikiem tego domostwa na wieki, tak jak niewolnikami są uwięzione tu wcześniej dusze - to chyba one są tymi istotami. Nie musisz mi wierzyć. Proszę cię tylko o jedno. Spal ten dom, to nic nie kosztuje. W przeciwnym wypadku ktoś tu zamieszka, a dom znów będzie zbierał żniwa."
Teraz spisałem to wszystko przy biurku mego zmarłego brata. Ciągle czuję, że ktoś na mnie patrzy. Zaraz wybiegnę z tego domostwa i spalę to wszystko. Nie wiem, czy to co napisał Marcus jest prawdą. Wykonam jego ostatnią wolę!
***
- Co tam czytasz, Marry? - zawołała radośnie młoda dziewczyna.
- Pamiętnik mojego wujka Edwarda - odpowiedziała - Przyniósł go dziś listonosz.
- Co tam pisze?
- Jakieś dziwactwa. Mam pojechać do jakiegoś miasteczka.
- Po co?
...
***
Przed bramą stoi tablica, na której napisane jest:
"Przed pięcioma laty posiadłość Marsonów spłonęła. W pożarze zginął Edward Marson, wcześniej w tym budynku samobójstwo popełnił Marcus Marson. Jednak pomimo tej okropnej historii władze miasta postanowiły odbudować budynek, jako zabytek - bowiem piękno nie może zginąć".
W oddali zaś ludzie odbudowywali dom. Pożar nie zniszczył wszystkiego.
Winix
winix@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||