:::: Lenny ::::

Gdyby jutro miał skończyć się świat...



Wśród całego tego zgiełku, szumu i ruchu znajdował się on. Szedł wraz z tłumem, zewsząd tylko krzyki, czyjeś płacze, skowyty. Okropieństwo. I jeszcze oni - bili mocno, z całych sił. Nie patrzyli gdzie, po plecach, po głowie. Aż strach było na to patrzeć, ale on nie odwracał wzroku, trzymał głowę prosto - dumnie. Nie chciał dać się upodlić. Jakiś mężczyzna idący przed nim krzyczał, wołał za swoją żoną.
Zbliżali się do pociągu idąc szeregiem - dziesiątki, setki ludzi.
Na ziemi zobaczył kilka trupów. Nawet dziecko z rozwaloną głową. Leżało niewinnie, oczy miało otwarte. Ruszało jeszcze ręką. Może to był odruch pośmiertny? Mijał go nieobojętnie. Dzieciak miał około 4 lat, może mniej.
Kurz, wrzask. Jak bardzo chciał uciec stąd, nie widzieć tego wszystkiego. Albo zniknąć chociaż. Znaleźć się gdzieś na końcu innego świata, w którym nie ma tego hałasu.
Ludzie w szeregu przed nim stanęli. On też się zatrzymał. Spojrzał za siebie, spostrzegł, że jest praktycznie na samym końcu tej ludzkiej kolumny.
Już się nie poruszał, jednak wkoło wciąż wrzało. Nie nikły drewniane pałki, które zadawały tak dotkliwy ból fizyczny. Obrócił się przodem do wagonu, już otwartego. Domyślił się już przedtem o co chodzi, więc niezbyt się spiesząc podchodził. Rozejrzał się, zobaczył współtowarzyszy niedoli - ludzie młodzi, starzy, bogaci, ubodzy. Ale wszyscy łączeni byli wspólną cechą - szli potulnie, z głowami opuszczonymi. Zbyt wystraszeni by zachowywać się inaczej. Obejrzał się do tyłu. Nawet nie zdążył się zasłonić, mocno oberwał pałką po głowie. Zakręciło mu się w głowie i upadł.
Jakiś starszy mężczyzna zaczął go podnosić. Ludzie zaczęli po nim deptać. Opierając się rękami zdołał unieść sylwetkę. Powoli, opierając się na starcu zdołał stanąć na nogi. Lekko się zachwiał, próbował stanąć by utrzymać równowagę, jednak tłum napierał do przodu.
obrócił głowę wstecz, krzycząc "dziękuję" do kogoś, kogo sylwetka znikła w tłumie. Został wepchany do wagonu, upadł na podłogę głową uderzając o ścianę. Nagle wszystko zaczęło się rozmywać, widział kolejnych ludzi wrzucanych do wagonu i... ciemność.

* * *

Jednostajny stukot, jakby tykanie zegara. Słyszał także cichy pisk. Nagle zaczął docierać do niego głos... damski.
- Proszę pana, proszę pana!
Musiał włożyć niemały wysiłek by choć trochę podnieść powieki. Wszystko było rozmyte, bezbarwne.
Poczuł jak mocno boli go głowa, ale nie miał nawet siły wystarczającej na podniesienie ręki do czoła. Lekko tylko ścisnął dłoń .
- Żyje! - znów ten sam damski głos, jakby oznajmująco.
Stukot nabierał na sile, robił się coraz głośniejszy. Powoli zaczął odzyskiwać siły. Otworzył oczy, podniósł rękę i pomasował się po skroni. Rozejrzał się. Leżał w rogu wagonu, który co jakiś czas podrygiwał. W wagonie było ciemno, widział tylko sylwetki kilku ludzi, skupionych przy naprzeciwległej ścianie wagonu. Jedni leżeli na ziemi, spali, inni siedzieli. Spostrzegł, że ktoś siedzi obok niego.
- Jak się czujesz?
Obrócił głowę, by spojrzeć kto go pyta. Dostrzegł w półcieniu młodą dziewczynę nachyloną nad nim i patrzącą na niego błyszczącymi oczami. Oczami jakby łzawiącymi.
- Już lepiej, dziękuję - odpowiedział cicho.
Lekko się podniósł i oparł o ścianę. Tak - na siedząco było mu wygodniej. Mniej uciążliwe były podskoki wagonu, nawet monotonny stukot wydawał się cichszy. Teraz mógł lepiej ocenić sytuację - była już noc i większość współpasażerów spała.
- Dokąd jedziemy? - zapytał cicho.
- Spokojnie, odpoczywaj.
Kobieta wstała, i odeszła w drugi róg wagonu. Tam się położyła.
Powoli przywykał do cichego stukotu. Wyczuł na głowie niemałego guza.
Nagle naszła go jakaś dziwna obawa. Zaczął się zastanawiać. Wodził wzrokiem po ciemnej przestrzeni. Nagle zrobiło mu się gorąco.
- A może to sen, jakiś koszmar. I tylko muszę się obudzić - myśli krążyły mu po głowie.
Stukot robił się coraz głośniejszy
- Co tam ze mną będzie?
Coraz głośniejszy
- Co tu się dzieje? Nie chcę tu być...
I coraz głośniejszy
- NIE CHCĘ... WYPUŚCIE MNIE - zaczął krzyczeć, uderzając łokciami o ściany wagonu.
- Zwariował? - odezwał się ktoś z końca. Opamiętał się.
Zaczął przypominać sobie wydarzenia sprzed kilku godzin, w chwili gdy tu wylądował. Zaczął się uspokajać.
- Co z resztą? - zapytał głośno.
- Jaką resztą? - znów odezwała się ta sama osoba.
- Kiedy szliśmy... było dużo ludzi. A tutaj jest... kilka osób. Co z resztą? - powtórzył pytanie.
- Upchali ich do innych wagonów. Nasz wagon jest ostatni, przez to jest tu mniej osób. Można nazwać to luksusem.
- A dokąd nas wiozą? - miał głowę pełną pytań.
- Śpij, musisz odpocząć. Do pracy.
- Ale... - chciał dowiedzieć się jak najwięcej.
- Śpij już... lub chociaż pozwól spać - osoba definitywnie zakończyła dyskusję.
Nie mówił już nic. Rozglądał się tylko z niedowierzaniem, wodził wzrokiem po ciemnej pustce. Po raz kolejny złapał się za głowę, by zmierzyć rozmiar guza.
Skupił wszystkie swoje siły, by wstać. Gdy już mu się to udało, zaczął iść wzdłuż ściany, podpierając się o nią ręką. Podszedł do dziewczyny, która go cuciła. Leżała skulona, szybko spostrzegł, że nie spała. Usiadł obok niej.
- Chciałem Ci podziękować - powiedział cicho.
Ona nie reagowała. Pewien, że nie usłyszała, chciał powtórzyć, lecz ona w tym momencie odwróciła głowę w jego kierunku. Spostrzegł łzy płynące po jej policzku.
- Co z nami będzie? - zapytała.
- Nie mam pojęcia... - zaczął niepewnie - ktoś mówił, że jedziemy do pracy.
- A ty jak myślisz? - spojrzała mu prosto w oczy.
- Sam nie wiem... może... - nie za bardzo wiedział jak odpowiedzieć - ...jakoś to będzie...
- Gdzie jest twoja rodzina? - Dziewczyna wciąż patrzyła mu w oczy, on wolał unikać jej wzroku.
- Nie wiem... zresztą czy to ważne? Powinienem się teraz martwić o siebie.
- Nie obchodzi cię, czy twoja matka nie umiera w tej chwili w okropnościach?
- Tak... obchodzi... ale czy mogę jakoś temu zaradzić?
Spojrzał na nią. Tym razem to ona odwróciła wzrok.
- A twoja... - zniżyła ton głosu - ...miłość?
Uśmiechnął się w lekko, prawie niezauważalnie i kiwnął przecząco głową.
Znów poczuł na sobie jej wzrok.
- A gdyby jutro miał umrzeć świat? Umrzesz niekochany? - zapytała niepewnie -... nieszczęśliwie - dodała cicho.
- Może to i lepiej. Bo gdybym kochał, ciężej byłoby mi się z miłością rozstać... - przerwał i spojrzał przed siebie - ...dlatego płaczesz? Boisz się, że już nigdy nie zobaczysz ukochanej osoby?
Nie odpowiadała. Ręką zaczesała kosmyk włosów do tyłu.
- Dlaczego nie idziesz spać - znów zadał pytanie.
- Boję się... że jutro... że nie będzie jutra. Ty też masz takie obawy?
Myślał w milczeniu. Po chwili odpowiedział:
- Gdyby jutro miał umrzeć świat, chciałbym, aby dziś się narodził.
Tym razem spojrzeli sobie w oczy, oboje wiedzieli, że los w niedalekiej przyszłości nie będzie łaskawy.
- Najśmieszniejsze jest to... - powiedziała, uśmiechając się - że ja nigdy nie wiedziałam jak to jest być kochaną. - łza popłynęła po jej policzku.
Nic nie mówił. Powoli wyciągnął rękę i chwycił jej dłoń lekko ściskając. Patrząc jej w oczy wyszeptał:
- Żyjmy dziś chwilą, jak gdyby jutro miał umrzeć świat...


Lenny

lennyv@poczta.onet.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||