Gracz
Biegł. Asfalt mknął pod jego stopami coraz szybciej. Krótkie, szare pasy, które z pewnością były kiedyś białe, powoli przemieniały się w jeden, długi, niekończący się pas. Łzy napływały mu do oczu. Mimo, iż biegł tak już od dłuższego czasu nie czuł zmęczenia, strach dodawał mu sił.
- Szybciej Brigod, są tuż za nami! - krzyknął Traul, będący metr za nim. Brigod usłuchał i przyśpieszył. Puste ulice miasta pogrążone były w lekkiej mgle. Z kratek ściekowych unosiły się opary. Tylko nieliczne latarnie oświetlały drogę, lecz mokry asfalt świecił się jak gwiazdy na niebie, poprawiając widoczność, a przynajmniej tak wydawało się Brigodowi.
- Tutaj! - wrzasnął Traul, skręcając w zaułek. Brigod zatrzymał się, popatrzył w stronę skąd przybiegli i natychmiast pobiegł za Traulem. Ogarnęła go ciemność, wysokie ściany budynków nie dopuszczały do zaułka żadnego światła. Brigod nie widział nawet czubka własnego nosa, mimo to biegł nie zważając na ciągłe potykanie się o zalegające zaułek śmieci. Nagle Brigod potknął się o coś większego i runął na ziemię, sądząc po odgłosie był to przewrócony kosz na śmieci. Wstał.
- Traul?! - krzyknął, lecz nie usłyszał odpowiedzi - Traul, Tra...- nagle przerwał, bo zdał sobie sprawę, że widzi przed sobą własny cień. Powoli odwrócił głowę.
- O kurwa - powiedział, lecz słowa te były tylko szeptem, gdyż ściśnięte strachem gardło nie pozwalało wydać z siebie mocniejszego dźwięku. Przed nim stała ogromna postać, z pochodnią w ręku i płaszczu z kapturem naciągniętym głęboko na głowę, tak by nie pozwalał na zobaczenie twarzy noszącego. Ciarki przebiegły mu po plecach, włosy na karku zjeżyły się. Mimo, iż pochodnia płonęła żywym ogniem, czuł, jak ogarnia go potworne zimno.
Biegł. Ściany budynków sunęły jak klatki filmu. Czuł, że powoli opuszczają go siły. Brigod biegł przed nim.
- Szybciej Brigod, są tuż za nami! - krzyknął Traul i przyśpieszył. Puste ulice miasta pogrążone były w lekkiej mgle. Z kratek ściekowych unosiły się opary. Tylko nieliczne latarnie oświetlały drogę. Traul kątem oka dostrzegł zaułek.
- Tutaj! - wrzasnął i skręcił. W zaułku panowały grobowe ciemności. Mimo śmieci zalegających zaułek biegł przed siebie. Nagle potknął się o kosz na śmieci i runął na ziemię, odruchowo odturlał się na bok i oparł plecami o najbliższy śmietnik. Kilka minut zajęło mu zanim złapał oddech. "Już po mnie", pomyślał. Jakiś trzask przerwał mu myślenie.
- Traul?! - usłyszał krzyk Brigoda - Traul, Tra... - Ujrzał światło pochodni, zobaczył go, był ogromny, straszny, niósł w ręku pochodnię, a na sobie miał płaszcz z głęboko nasuniętym na głowę kapturem. "O kurwa", pomyślał. Zobaczył w świetle pochodni, jak Brigod powoli obraca się w stronę tajemniczej postaci, jak staje z otwartymi ustami przed nią. Po plecach przebiegły mu ciarki. Postać był prawie dwa razy większa od Brigoda. Strach sparaliżował jego ciało.
Sunął. Widział ich. Unosząc się kilkanaście centymetrów nad ziemią, ze szlachecką dostojnością ścigał dwóch zbiegów. Przyświecał sobie pochodnią. Dwie identyczne postacie sunęły obok niego. Zobaczył, że uciekający skręcają w zaułek. Wolnym, lecz stanowczym ruchem ręki nakazał swym kompanom, aby się rozdzielili. Sam skręcił za ofiarami. Przyśpieszył. Usłyszał trzask. Wyczuł, że ofiary zatrzymały się. Z gracją zszedł na ziemię. Ujrzał podnoszącego się z ziemi jednego z nich, drugi musiał być w pobliżu. Zbliżył się do niego. Ofiara powoli odwróciła się i spojrzała na niego.
- Kurwa - powiedział Brigod.
- Kurwa - powiedział Traul.
- Gdzie!? - odparła metalicznym głosem tajemnicza postać i rozejrzała się nerwowo.
Wybuchnęli śmiechem. Pokój pogrążony w półmroku, w którym jeszcze przed chwilą panowała cisza przerywana jedynie monotonnych głosem Roba, teraz wypełniał głośny śmiech. Siedzieli przy okrągłym stole, na którym rozłożone były jakieś papiery, gruba, zniszczona już książka oraz cztero-, sześcio-, ośmio-, dwunasto-, dwudziesto- i stuścienne kości. Rob siedział na wysokim krześle i z odrzuconą na oparcie głową śmiał się najgłośniej ze wszystkich. Dwaj jego towarzysze siedzieli naprzeciw niego na starej, skrzypiącej kanapie. Starszy z nich, Ted, zwiną się w kłębek i trzymając się obiema rękoma za brzuch próbował złapać oddech, lecz śmiech nie pozwalał mu na to. Bart, młodszy z nich, lekko pochylił się i schował czerwoną od śmiechu twarz w ręce. Trochę czasu minęło, zanim zdołali się uspokoić. Rob otarł łzy i rzekł:
- Dobra panowie, koniec żartów, gramy dalej. To ma być poważna gra. Ted, co robisz? Ten gość za chwilę rozwali ci kompana.
- Czy znajdzie się coś w pobliżu, co mogłoby posłużyć mi za broń?
- To jest śmietnik. Z pewnością znajdzie się jakaś rura, butelka albo kij.
- W takim razie szukam czegoś takiego i będę próbował powalić tego kapturnika.
- Dobra.
- A ja? - zapytał Bart.
- Co ty? - odparł Rob.
- No, co ze mną?
- Ile masz SW?
- Co?
- Ile masz Siły Woli?
- Aaa, czekaj - Bart spojrzał na kartkę leżącą przed nim. - Mam trzydzieści pięć.
- Zobaczmy - powiedział jakby do siebie Rob i rzucił szybko kośćmi. - Uuuu. Strach to okropna cecha, potrafi zwalić z nóg, sparaliżować, nawet zabić.
Brigot czuł jak opuszczają go siły, jak nogi uginają się pod nim. Nie wiedział kiedy znalazł się na kolanach, ale wiedział, że teraz tajemnicza postać wyglądała na jeszcze większą niż w rzeczywistości. Pocił się i wiedział, że nie jest to spowodowane szaleńczym biegiem.
Traul rozejrzał się nerwowo. Zobaczył krótką, metalową rurę. "To będzie idealne", pomyślał. Ostrożnie, tak by nie wydać żadnego dźwięku, podniósł ją. Powoli, ciągle wsparty plecami o śmietnik, podniósł się na równe nogi. Teraz albo nigdy, pomyślał. Odczekał jeszcze chwilę i skoczył w kierunku zakapturzonej postaci.
Widział, jak ten mały, marny człowieczek pada przed nim na kolana. W świetle pochodni widział dokładnie strach malujący się na jego twarzy, otwarte usta, wytrzeszczone oczy. Nagle kątem oka dostrzegł jakiś ruch.
Brigot czuł się jak w transie. Mimo to dostrzegł wybiegającego nagle zza śmietnika Traula.
Traul z krzykiem i furią wpadł na zakapturzoną postać. Z impetem uderzył ją prosto w twarz. Ta padła na ziemię, nakrywając swoim ciałem pochodnię. Prawie natychmiast jej płaszcz zajął się ogniem, a powietrze wypełnił smród spalonego mięsa.
Zobaczył błysk, potem poczuł niewyobrażalny ból. Stracił równowagę i runął na ziemię. Poczuł, że robi się gorąco, a potem potwornie zimno. Zobaczył chmury, światło, ogromną złotą bramę. "Za jakie grzechy", pomyślał, "za jakie grzechy trafiłem do nieba?"
Brigot patrzył z niedowierzaniem na swego kompana.
- Myślałem, że mnie zostawiłeś.
- No co ty? - odparł Traul - wisisz mi jeszcze dwadzieścia srebrników, kto by mi je oddał, jakbyś zginął?
Brigot uśmiechnął się i podniósł do góry rękę. Jego towarzysz odpowiedział uśmiechem i podając mu rękę pomógł wstać.
- Jest ich więcej?
- Na pewno.
- To ruszmy się, może jeszcze uda nam się uciec.
Pobiegli przed siebie. Znów mordercze tempo. Znów ciemność. Znów pustka. Skręcili w pierwszy zakręt. Potem w drugi. I wtedy go zobaczyli, był tam. Kolejny cień. Kolejny wróg. Kolejna przeszkoda. Dwu i pół metrowe, zakapturzone zło z pochodnią w ręku. Zwiastun końca. Wcielenie śmierci. Zentar.
- Cholera - powiedział Ted.
- A żebyś wiedział - odparł Rob.
- Mówiłem żeby biec na zachód, a nie na północny wschód!
- A skąd mogłem wiedzieć, że on tam będzie? - zaprotestował Bart.
- Daj mu spokój, ma rację. Nie mógł wiedzieć, że traficie na kolejnego Zentara.
- No dobra. Tamtego rozwaliliśmy dzięki elementowi zaskoczenia. Z tym w otwartej walce szans nie mamy - przeanalizował Ted.
- To co robimy? - zapytał Bart.
- Spierdalamy! - powiedział Ted i zwrócił się do Roba - Słuchaj Rob, robię tak: rzucam metalowa rurą w tego Zentara i uciekamy.
- Jaką rurą? Nie masz żadnej.
- Tą, którą znalazłem na śmietniku.
- Nie mówiłeś, że bierzesz ją ze sobą.
- Kurwa, ale nie mówiłem, że ją zostawiam.
- Dobra, ale to będzie ostatni raz. Następnym razem jak nic nie wspomnisz to będzie tak, jak ja mówię. Jasne?
- Jasne.
"Kurwa", pomyślał Traul. Wziął zamach i cisnął w Zentara metalową rurą, którą wcześniej znalazł na śmietniku. Natychmiast obrócił się i, pociągając za sobą Brigota, rzucił się do ucieczki.
"Nie, nie", powtarzał w myślach Brigot. "Już po nas, już po nas", myślał. Nagle poczuł szarpnięcie i wybudzony z wywołanego strachem transu rzucił się do ucieczki.
"Wódz zawiódł", pomyślał, widząc dwie małe sylwetki stojące przed nim; trzeba wykonać zadanie do końca. Jego oczy po mutacji nie miały już dawnej świetności, mimo to zobaczył, że jedna z sylwetek bierze zamach i rzuciwszy czymś w jego kierunku, zaczyna uciekać. Szybkim ruchem uniknął lecącego przedmiotu i ruszył za swymi ofiarami. Czuł się dobrze w roli myśliwego. Bardzo dobrze.
Traul, który nie wiadomo skąd znalazł w sobie tyle sił, wyprzedził Brigota o kilkanaście metrów. Szybko skręcił w pierwszy zakręt, na jaki się natknął. Nic nie czuł, nic nie słyszał, o niczym nie myślał, tylko biegł.
Brigot próbował dogonić Traula, który miał nad nim sporą przewagę, lecz nie potrafił. Nagle zahaczył czubkiem buta o piętę drugiej nogi. Po raz drugi tego dnia poczuł twardość betonu.
Zbliżył się do leżącej na ziemi postaci. Szybkim ruchem podniósł ją do góry i rzucił o ścianę. Postać odbiwszy się ponownie padła na ziemię i straciła przytomność.
- Oj stary, no to kredki, po tobie - powiedział Ted.
- Kurczę - odparł Bart patrząc na kartkę położoną przed nim na stole.
- Ostatecznie możesz poświęcić punkt przeznaczenia - zaproponował Rob.
- A co to takiego?
- Punkt przeznaczenia? Hmm, to jakby ingerencja Bogów, takie dodatkowe życie, szczęście, czasem nawet cofnięcie czasu.
- Dobra, to jeżeli jest to możliwe, to poświęcam ten punkt przeznaczenia.
Brigot dogonił Traula i biegnąc równym tempem skręcali w kolejne uliczki zaułka.
Stanął na rozstaju dróg. Nie widział ich, nie czuł ich zapachu, stracił ich, zawiódł.
- Nieeeee - krzyknął metalicznym, grubym głosem.
- Nieeeee - usłyszeli w oddali. Włosy zjeżyły im się na karku, lecz nadal biegli, nie oglądając się za siebie.
- No to się wam udało - powiedział z uśmiechem Rob.
- Fajny ten scenariusz, szczególnie to zakończenie z pościgiem - podsumował Ted.
- Też mi się podobało - przytaknął Bart.
- Całkiem nieźle grałeś, jak na pierwszy raz.
- Dzięki. A ty ile już grasz? - zapytał Bart.
- Cztery, może pięć lat.
- To dużo.
- Znam ludzi, którzy grają dłużej.
Bart spojrzał na zegarek.
- Kurde, sorry chłopaki, ale na mnie już pora. Właściwie to miałem być już dawno w domu.
- No, my też - odparł Ted, zbierając papiery i kości ze stołu.
- To do jutra - rzucił Rob otwierając drzwi altanki posiadającej tylko jeden pokój, w którym przed chwilą toczyła się gra.
- Do jutra - odpowiedział Bart i skierował się w stronę swego domu.
Ted podał kości Robowi i razem ruszyli ulicą w przeciwnym niż Bart kierunku.
- Ciemno już - zagadał Rob, podrzucając dwudziestościenną kość.
- Nic dziwnego, jest już po dziewiątej.
- Kurczę.
- Co?
- Nie wziąłem ze sobą mojej pałki, pewnie została w domu.
- Po co ci pałka?
- W tej okolicy nie trudno o guza, a ja lubię mieć się czym bronić.
- W sumie masz rację.
Szli chwilę w milczeniu. Na niebie pokazały się już pierwsze gwiazdy. Zapowiadała się piękna, bezchmurna noc.
Nagle usłyszeli za swoimi plecami krzyk:
- Ej wy!
- Kurwa, w nogi! - wrzasnął Rob i zaczął biec przed siebie.
Biegł tak dobre kilkadziesiąt sekund, gdy nagle poczuł że ktoś łapie go za ramię i mocno popycha. Stracił równowagę i uderzył w ziemię. Zobaczył, jak Ted ląduje na kolanach obok niego i dostaje pięścią w twarz od jakiegoś łysego, wysokiego, barczystego i ubranego w niebieski dres typa. Ted padł na ziemię, a Rob zobaczył jeszcze trzech podobnych typów, którzy zaczęli kopać leżącego Teda.
- Nieeeee! - wrzasnął Rob.
- Zamknij się! - odparł jeden z agresorów i kopnął go w twarz.
Rob poczuł otępiający ból. "Dlaczego nie wziąłem pałki? Ile bym dał, żeby ją teraz mieć!", pomyślał. Jeden kopniak, potem drugi, po chwili kopała go już cała czwórka. Jakiś czas później znudziło im się i zakończywszy kopnięciem w krocze zaczęli iść w kierunku skąd przybiegli. Rob otworzył oczy. Bolało go chyba wszystko i czuł jakby twarz miał pod wodą. Kątem oka dostrzegł Teda, który leżał w kałuży krwi. Podczołgał się niego. Sprawdził tętno. Nic nie wyczuł.
- Punkt przeznaczenia, poświęć punkt przeznaczenia - wyszeptał plując krwią.
Jęknął. Dźwignął się na łokciu i popatrzył za odchodzącymi.
- Skurwiele! - krzyknął ostatkiem sił.
Jeden z nich obrócił się i biorąc rozpęd z całych sił kopnął Roba w twarz.
Jego głowa z impetem uderzyła o asfalt ulicy. Kości wyleciały z wolno otwierającej się ręki i poturlały się z lekkim stukotem. Ogarnął go mrok. Ciemność.
W zamyśleniu głaskał swą brodę wpatrując się w dwie kartki i kości położone na dębowym biurku, za którym siedział. Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi.
- Proszę - rzekł.
Do jego gabinetu weszła młoda kobieta w białej sukience.
- Pan wybaczy, ale Archanioł Gabriel prosi o natychmiastową rozmowę.
- Powiedz, że już do niego idę.
- Dobrze.
Kobieta zamknęła drzwi.
- Powoli otworzył szufladę i równie powolnym ruchem ręki zgarnął do niej kości. Popatrzył na kartki.
- Szkoda, że nie mieliście już punktów przeznaczenia, chłopcy - mruknął.
Złożył kartki razem i przedarł je. Następnie zgniatając je wstał. Podszedł do drzwi i wrzucił je do kosza znajdującego się obok wieszaka na kapelusze. Ostatni raz spojrzał w ich stronę.
- Cóż, życie Boga to nie bułka z masłem - powiedział.
Nałożył kapelusz i wyszedł zamykając za sobą drzwi, a zegar wybił kolejną pełną godzinę.
Utwór dedykowany pani
Katarzynie Stachyrze
za "otwarcie oczy".
Rob Neiklot
robakfx@poczta.onet.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||