:::: NoNameMan ::::

Raz na wozie raz pod wozem



Stał w korku ulicznym, typowym dla tej pory dnia, kiedy to tłumy podobnych mu yuppieszonów gnały swoimi nowiutkimi, lśniącymi samochodami do miejsca pracy, by tam gnić cały dzień za biurkiem i harować na te wszystkie rzeczy, których jeszcze nie mają, a które mieć po prostu muszą. No bo jak to wygląda, gdy sąsiad z posesji obok ma dwa porcelanowe flamingi, krasnala ogrodowego, a oni nie? Gdy od innego dochodzą dźwięki najnowszego zestawu stereofonicznego czy innego kina domowego, a od nich nie? Dlatego trzeba codziennie zasuwać do roboty, by tam zarabiać pieniądze, za pomocą których można dorównać innym, a nawet ich przebić.
Alan Cramer, bo tak zowie się nasza tajemnicza postać, to właśnie taki typowy członek młodego pokolenia ludzi pracujących, nastawionych na konsumencki tryb życia. W ten sposób chce pokazać pozostałym, że nie jest gorszy, mimo iż pochodzi z nizin społecznych.
Ale od pewnego czasu coś dręczy Alana, jakaś niespokojna myśl, echo bijące się po głowie, psujące jego uporządkowaną rzeczywistość. Ten irytujący stan trwał aż do dziś, kiedy to oświecenie spłynęło w dosyć niepozornej chwili, bo podczas wrzucania drugiego biegu na drodze wiodącej do kolejnego zatłoczonego skrzyżowania. Zrozumiał, iż codzienny schemat porannego wstawania o szóstej trzydzieści, mycia się, ubierania się w świeży, wczoraj przygotowany i uprasowany przez żonę garnitur, jedzenia miski płatków z mlekiem, dwóch tostów z dżemem, zapijania tego szklanką soku pomarańczowego, pakowania aktówki, podwożenia dzieci do szkoły oraz połowicy do pracy, stania w porannych korkach na zadymionych i hałaśliwych ulicach, siedzenia w biurze po godzinach, wieczornego powrotu do domu na równie zapchanych co rano arteriach miejskich, spożywania odgrzewanego obiadu, oglądania wiadomości oraz kolejnego filmu o ratowaniu świata, wieczornej toalety i w końcu położenia się spać bez krzty pożycia seksualnego przywodzi mu na myśl jedno słowo - RUTYNA. To ona zabija w człowieku spontaniczność, powoduje, iż dni zlewają się w jeden, nudny ciąg tych samych i przewidywalnych wydarzeń, przez co nie pamięta się, czy indyk był na obiad wczoraj, czy tydzień temu.
Nagle zapragnął to zmienić, nie być jak otaczająca go tłuszcza i zrobić coś nieprzemyślanego, szalonego, czego nigdy jeszcze nie uczynił. Co prawda zastanawianie się nad następnym posunięciem trudno nazwać spontanicznością, ale za to Alan przynajmniej postanowił coś zmienić w swoim życiu, nieprawdaż?
Po głowie krążyło mu mnóstwo pomysłów, ale odrzucał je równie szybko jak się pojawiały. Przyczyną takiego stanu rzeczy była świadomość konsekwencji, które mogły im towarzyszyć. Najpierw chciał przejechać przez skrzyżowanie na czerwonym świetle, ale darował to sobie, gdyż mogłoby się to skończyć uszkodzeniem samochodu i zagrożeniem dla pozostałych kierowców. Potem chciał zrobić slalom między sunącymi autami, ale zrezygnował z tego z przyczyn identycznych jak w poprzednim wypadku, nie wspominając o tym, że jakby zgarnęła go policja, to miałby notkę w papierach, która przekreślałaby całą jego zawodową przyszłość. A może by tak wjechać na chodnik i potrącić kogoś, jakąś staruszkę albo matkę z dzieckiem? Nie, pomyślał, to też głupie, ba, chore! Jeszcze kogoś zabijesz i pójdziesz siedzieć! Ech, jak trudno teraz zrobić coś szalonego, wszędzie jakieś ograniczenia...
Zatrzymał się na kolejnym skrzyżowaniu i znudzonym wzrokiem rozglądał się po otoczeniu w poszukiwaniu inspiracji, jednakże nigdzie nie umiał jej znaleźć. W końcu, z pewną dozą zrezygnowania, spojrzał w lewo. Za sklepu na rogu wyszedł łysiejący już Meksykanin z czarnym, krzaczastym wąsem, w brudnym, przepoconym podkoszulku, niedostatecznie zakrywającym jego wylewający się z przyciasnych spodni brzuch. Za każdym krokiem facet falował tak, jakby był galarety.
Alan sam nie wiedział czemu, ale uchylił okno, wystawił rękę z wyprostowanym środkowym palcem, po czym krzyknął:
- Spierdalaj, kutasie!
Gruby, usłyszawszy to, upuścił swoje papierowe torby z zakupami i zaczął coś krzyczeć po hiszpańsku w połączeniu z żywą gestykulacją. Alan popatrzył w lusterko wsteczne i zauważył, jak czterech młodych mężczyzn biegnie w kierunku jego samochodu. Nie namyślając się wiele, ruszył z piskiem opon, pomimo czerwonego światła nakazującego stać w miejscu. Zaledwie o centymetry wyminął innych uczestników ruchu i pognał przed siebie. Myślał, że w ten sposób ich zgubi i przez chwilę wydawało mu się, iż tak rzeczywiście się stało, ale przekonanie to prysło niczym bańka mydlana, gdy zobaczył, jak ścigający go ludzie przeciskają się swoim kabrioletem między innymi samochodami w jego kierunku. Poczuł, jak serce mu przyśpiesza, rozprowadzając wyzwalaną właśnie adrenalinę po organizmie.
Miał wrażenie, że lawiruje między samochodami już z godzinę, choć trwało to zaledwie od kilku minut, w trakcie których złamał więcej przepisów niż kobiecych serc w całym swoim życiu. A oni nadal siedzieli mu na ogonie, z każdą chwilą zmniejszając dystans. Czego oni chcą, pomyślał?! Przecież ja tylko pokazałem mu palec! Czy nawet za to można teraz zginąć?! Cholera, zachciało mi się spontaniczności! Już nigdy więcej!
Skręcił w boczną uliczkę, co rusz potrącając walające się po niej kosze na śmieci, roztrzaskując stare, spróchniałe drewniane pudła i podrywając w powietrze stosy porozrzucanych papierów. Jedna z gazet przyczepiła mu się do szyby, zasłaniając widok. Zepchnął ją wycieraczką tylko po to, by zobaczyć, jak przed nim znikąd wyrasta wysoka, ceglana ściana. Nacisnął hamulec w nadziei, że za chwilę nie stanie się jej częścią. Na szczęście, pieniądze zainwestowane w samochód zwróciły się i udało mu się zatrzymać pojazd kilkadziesiąt centymetrów przed murem. Opadł na kierownicę dysząc ciężko. Ludzie, pomyślał, tak mało brakowało! Był cały spocony, czuł krew pulsującą po całym ciele, ale żył. Był zbawiony!
Usłyszał warkot obcego silnika i strach zajął miejsce przedwczesnej radości. Popatrzył w lusterko. To byli oni, jego prześladowcy. Jednak go dopadli, nie uciekł. Widział, jak bez pośpiechu wysiadają z kabrioletu i zmierzają ku niemu: czterej młodzi, dobrze zbudowani mężczyźni oraz gruby facet, którego wyzwał.
- Wysiadaj - powiedział jeden z oprawców, ze sporym tatuażem, pokrywającym połowę ogolonej czaszki.
- Już... - wysapał przerażony Alan.
Odpiął pas bezpieczeństwa i opuścił auto, po czym stanął plecami do ściany unosząc ręce do góry. W tej chwili był przygotowany na wszystko, prócz tego, co się po tym stało.
Otaczający go mężczyźni wybuchnęli gromkim, serdecznym śmiechem, a tłuścioch w podkoszulku, będący najwyraźniej ich przywódcą, podszedł do Alana i klepnął go w ramię.
- No, no! - powiedział grubas łapiąc oddech. - Chyba trochę przegiąłeś! Przyjechałeś nieco wcześniej, niż się umawialiśmy.
- Co...? - zapytał Alan nieco zdezorientowany całą sytuacją.
- Ha ha ha! - wąsacz zdawał się nie zwracać uwagi na stan naszego bohatera. - Ale odstawiliśmy cyrk! Dawno już się tak nie bawiłem! Trochę przesadziłeś z tą ucieczką, ale myślę, że szopka dla publiczności spełniła swoje zadanie. Swoją drogą to niezłe przebranie. Wyglądasz tak jak jedna z tych pierdolonych cipek, co to liżą dupę swoim dyrektorom i podkładają świnię kumplom z roboty! Szczerze mówiąc, to wyobrażałem sobie ciebie trochę inaczej, choć wiesz jak to jest - pozory mylą! He he he!
Cramer nie odpowiedział. Zimny pot wystąpił mu na nieopaloną skórę. W przerwach między koniecznością zapanowania nad zwieraczem, a wypuszczeniem i zaczerpnięciem powietrza, z całej siły starał się dojść o co tu właściwie chodzi.
- No, ale dość ględzenia. Pora przejść do interesów. Masz mój towar? - zapytał Meksykanin z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Nie! - wykrzyknął Alan, jego nerwy nie wytrzymały wzbierającego napięcia. - Czego wy ode mnie chcecie?! Nie wiem o co chodzi!
- No, uspokój się. Już koniec ze scenkami rodzajowymi...
- Jezu! Zostawcie mnie w spokoju! Przepraszam! Już więcej nie będę, przepraszam!
- Co jest, kurwa?!
- Hej, Butcho, może to nie jest nasz człowiek - rzucił do grubasa rozmawiającego z Cramerem wysoki, chudy chłopak z grzywką postawioną na żelu i grubym, srebrnym łańcuchem, nieproporcjonalnie dużym w stosunku do jego cienkiej szyi.
- Hmmm... - Butcho zmrużył oczy i jego oblicze w jednej chwili straciło cały swój życzliwy wyraz, ustępując miejsca chłodnej obojętności. - Może tak... Cóż, jest jeden sposób, aby to sprawdzić. Julio, Enrico, Domingo, przeszukajcie wóz. Raul, pilnuj naszego gringo, by nie robił numerów.
Alan z przerażeniem patrzył, jak ci kryminaliści zaglądają mu do bagażnika, pod maskę, otwierają różne schowki, przeczesują apteczkę, przekłuwają opony, zrywają tapicerkę i rozpruwają siedzenia w poszukiwaniu "czegoś". Co to było? Nie wiedział i był przekonany, że gdyby miał możliwość poznania tej tajemnicy, to i tak by z niej nie skorzystał.
- Pusto - stwierdził ten z wytatuowaną czaszką. Pozostali w milczeniu mu zawtórowali, przecząco kręcąc głowami.
Butcho chwycił Cramera za błękitną, naznaczoną mokrymi plamami koszulę i bez najmniejszych problemów uniósł do góry, po czym przybliżył go sobie do twarzy na tyle, by Alan mógł poczuć jego nieświeży, pachnący czosnkiem oddech oraz smród wydzielany przez gruczoły potowe. Oczy przywódcy bandy przeszywały naszego bohatera na wylot, powodując u niego nieprzyjemne, nie rokujące niczego dobrego uczucie w podbrzuszu.
- Masz to?
- Nie! Nie wiem o czym mówicie! - Cramer poczuł, jak łzy zaczynają spływać mu po policzkach, a strumień ciepłej uryny cieknie po lewej nodze. - To był impuls! Nie wiem czemu to zrobiłem! Przepraszam! Już nie będę! Nigdy więcej!
- Zamknij pysk! - ryknął gruby Meksykanin, ciskając Alanem o ścianę niczym szmacianą lalką, po czym wskazał go palcem. - Sprawdźcie chuja!
- Nic nie ma. - powiedział ten z kajdanem na szyi. - Żadnych dokumentów, prawa jazdy, nic. To co z nim, szefie?
- Cóż... Widocznie to nie nasz towarzysz. Przez tego kutasa możemy mieć problemy z transakcją, dlatego też myślę, że powinniście dać mu nauczkę, by na przyszłość nie pokazywał swojego zasranego palca-grzebalca tym, którzy nie powinni go oglądać. - rzekł Butcho.
Popatrzył jeszcze na leżącego przed nim człowieka, skinął na swoich ludzi, po czym odwrócił się na pięcie i podążył ku wyjściu z zaułka. W momencie, gdy go opuszczał, oszołomiony Cramer podniósł się z ziemi tylko po to, by po otrzymaniu ciosu w nerki znów na niej wylądować, uderzając głową w brudny bruk, nieraz już obsikany przez bezpańskie psy. W ustach poczuł miedziany smak krwi. W ostatnim przebłysku świadomości widział sadystyczne uśmiechy swoich oprawców i demoniczne ogniki tańczące im w oczach. Moment potem spadły na niego kolejne ciosy i świat odpłynął w dal.

* * *

- ...i wracamy do naszego regionu. Uwaga, materiał tylko dla dorosłych! Prosimy nieletnią widownię o odejście sprzed odbiorników! Wczoraj wieczorem, w jednym z portowych magazynów, policja znalazła zmasakrowane zwłoki pięciu ludzi, częściowo odartych ze skóry i powieszonych na hakach za żebra. Według informacji udostępnionych przez władze, byli oni już wielokrotnie notowani i podejrzewani o działalność w meksykańskim kartelu narkotykowym, rzekomo mającym w ostatnim czasie nawiązać współpracę z jakąś silną grupą z Los Angeles. Szczegóły nie są znane, ale nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że ich śmierć była odwetem za zabicie kuriera, którym według naszych źródeł miał być niezidentyfikowany mężczyzna, znaleziony trzy dni temu w jednym z zaułków. Przypominamy, że na ciele denata były liczne sińce i rany kłute, a poza tym miał on ucięty środkowy palec, który został mu wsadzony głęboko w gardło. Ta seria bestialskich mordów grozi eskalacją...
Gienadij wybuchnął śmiechem. Twarz prezenterki zniknęła z ekranu, a jej słodki głos przestał go drażnić. Rzucił pilota w kąt i dopił szklankę szkockiej, zastanawiając się co też się teraz dzieje na świecie. No bo jak nie nazwać paranoją sytuacji, gdy napudrowana lalunia z niezmiennym uśmiechem mówi o tym, że w kraju jest sytuacja kryzysowa, ludzie zaczynają protestować na ulicach, na świecie powódź pustoszy Europę, a w trzęsieniu ziemi w Azji zginęło ileś tam tysięcy ludzi? Tak, pomyślał kręcąc głową, już pora stąd uciekać. Nigdy więcej może nie mieć takiej okazji.
Spojrzał w kąt, gdzie stały dwie walizki. Jedna z nich zawierała typowy asortyment każdego turysty jak ubrania i przybory higieniczne, plus mały zestaw podstawowych narzędzi obronnych charakterystyczny tylko dla jego fachu, czyli zapasową Berettę, tłumik oraz kilka magazynków. Druga zaś była jego "przepustką", pozwalającą opuścić to przeklęte miejsce. Uśmiechnął się do siebie. Nadal nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Dzięki nadmiernej gadatliwości tego grubego, wąsatego Meksykańca, dowiedział się, że pewien idiota wcześniej przypadkiem wykonał umówiony sygnał i został z nim, Gienadijem, pomylony. Wtedy też w jego głowie zrodził się POMYSŁ. Nikt go tu nie zna, więc wszyscy myślą, że nie żyje. Wystarczyło jeszcze zlikwidować tych gości, z którymi prowadził interesy ( co też uczynił bez problemu, w końcu przez te lata nie z takimi sobie radził ) i mógł prysnąć z gotówką na drugi koniec świata. Nim jego mocodawcy zorientują się w całej sytuacji, on już będzie daleko stąd. Każdy inny człowiek zapewne zatrzymałby jeszcze walizę z towarem i spieniężył jej zawartość, ale nie on. Od zawsze żył zasadą, jaką ojciec wpoił mu w dziecinnych latach: "Chciwość zgubą frajerów." Zresztą, cały proces zająłby za dużo czasu, nie mówiąc o ogromnym ryzyku bycia złapanym, a w końcu forsy i tak miał na tyle, by móc żyć z samych procentów.
Taaaak, pomyślał, jednak jesteś szczęściarzem! Jutro wrzucisz jeszcze pieniążki na parę kont, "wypierzesz" kilka razy i BUM! Cały świat jest twój! Ech, gdzie by się tu osiedlić? Może wrócić do Rodiny? Nie, tam też źle się dzieje. A może jakiś ciepły kraj..?
Gienadij zasnął, gdy jego umysł, zdekoncentrowany rozmyślaniami, przegrał batalię z krążącym we krwi alkoholem. Gdy obudził się następnego ranka jego walizek nie było. Delikatne podmuchy wiatru muskały firankę w otwartym oknie pokoju motelowego.


Opole
30 grudnia 2003 - 4 stycznia 2004


NoNameMan

nonameman@tlen.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||