Pod św. Brutusem
// Uwaga, opowiadanie może urazić niektóre religijne przekonania, ale autor zapewnia, że nie miał takich zamiarów. Jest to po prostu kontrowersyjna opowieść. (przyp. autora)//
"Pod Św. Brutusem". Niezła nazwa na bar tego typu. Znaczy zwykłego. Takiego jak zawsze spotykamy w brudnych, szarych kamienicach. Poznać możemy, że to bar przecież, tylko po neonie jakimś, reklamującym markę piwa lub samą nazwę, co też teraz czynił. Święty bar psia mać, pewnie to tutaj odprężają się anioły po ciężkim dniu.
Wnętrze jak każdy bar, znaczy zadymione i zastawione stolikami. Naprzeciw wejścia lada i bar główny, a za nim barman, również główny. Po skosie, patrząc od lady zawieszony telewizor, odpowiednio nachylony do tępych, mniej lub bardziej przepitych mord wpatrujących się w niego.
Sam wystrój także normalny, znaczy barowy. Żadnych tam upiększaczy i arystokratycznych ceregieli. Ściany, może kiedyś jasne dziś takie niemrawe, światła i neony informują tych, co zaćmy alkoholowej dostali, gdzie łazienka, wyjście, bar.
Niczym nie wyróżniała się ta knajpa od innych, nawet muzyka jakaś taka ściszona i grobowa, znaczy zwykła, barowa. No, może tylko nazwą. Ja pierdolę, co za nazwa dla takiej speluny.
Przemaszerowałem obok stolików. Myślę sobie, nie siadnę przy żadnym, bo od razu ktoś pozna, żem samotny, a tego mi nie trzeba. Zarówno pośmiewisk jak i współczucia nie potrzebuję.
Siadłem więc na miękkim stołku przy barze, wykładając Sobieskie na ladę. Wyglądałem teraz raczej jak znajomy barmana, co już zmniejszało ryzyko ochrzczenia mnie samotnym.
Barman obsługiwał jakąś gówniarę, która sobie dwa Piasty duże zamawiała. Nie, nie mam do niego pretensji. Do niej też nie. Tak tylko powiedziałem, tak się już przyjęło w naszym kraju przecież. Jakby nie patrzeć, też przecież tak robiłem. Knajpy i koncerty, elegancko wtedy było...
Barman podszedł. Taki jakiś nie niezwykły ten barman, znaczy zupełnie normalny. Wyższy ode mnie, acz nie robił kolosalnego wrażenia, nie ogolony nawet w luźnej koszulinie. Poruszał się nawet jak każdy inny barman w każdej innej spelunie.
- Co podać? - zapytał, rzucając mi krótkie spojrzenie.
- Tyskie. I ognia, jeśli można - odpowiedziałem również normalnie i zwykle jak każdy inny barowicz.
Barman kiwnął lekko głową, sięgnął pod bar, gdzie pewnie obok zapalniczki trzymał spluwę i szybko zapalił mi papierosa.
Zaciągnąłem się, jakąś taką ulgę poczułem, ale i nudę, beznadzieję. Ot, normalna wizyta w barze, normalny papieros i normalne myśli, gdy się samemu taki bar najdzie. Pierdoły, mam na myśli.
Siedziałem na tym stołku, lekko pochylony opierając się łokciami o blat, a przede mną na podstawce marki Warka Strong stało piwo Tyskie w szklance Lecha. Pierdolony misz masz z kapustą.
Co robią samotne osoby w zwykłym barze? Oglądają telewizor, znaczy udają że oglądają bo tak naprawdę myślą o swym marnym żywocie. Gorzej jak nie ma telewizorni, to wtedy przerąbane na całej linii. Nie dość, że wyglądam jak skończony pustelnik, to jeszcze zawieszam się w jednym punkcie (lampie, czy to na ścianie) i sprawiam wrażenie idioty. Za to jak patrzysz na telewizor to jakoś łatwiej, bo przynajmniej obrazy w środku tego cudu się poruszają.
No i siedzę tak jakoś niemrawo, krzywo na tym stołku miękkim jednak i patrzę na ten telewizor co prosty, choć pogrążony w dymie jest.
Palę, ciągnę łyka i znów wdycham substancje smoliste w mym kochanym przyjacielu, co wzajemnie się niszczymy. Myślę sobie, Świetlicki rację miał.
I wtedy nagle odzywa się do mnie facet. Znaczy mężczyzna z długimi włosami o jasnym kolorze. Obraca głowę w moją stronę, bo też siedzi przy barze, tylko oddalony o parę siedzeń dalej.
- Masz może papierosa? - zapytał takim dziwnym głosem, trochę smutnym i zdołowanym, ale niepokojąco beztroskim.
Nawet cieszę się, że mnie zagaił, choć nie lubię częstować papierosami. Mniejsze zło wybrałem i wyciągając lekko jednego z papierosów wyciągnąłem w jego stronę, a on ze swoim piwem zasiadł na sąsiednim stołku, opuszkami palców macając nowy nabytek.
I on ma misz masz z kapustą, zauważyłem, patrząc na jego piwo.
- Dziękuję - rzekł wkładając go do ust i czym prędzej odpalając.
Siedzę chwilę w ciszy, udając że oglądam program telewizyjny, a w rzeczywistości próbuję zwalczyć idiotyczną atmosferę czekania. Na co? Na to, żeby ten jegomość obok mnie wreszcie się odezwał, bo to już jest pewne, mówię wam, mam do tego głowę i jestem pewny, że on się zaraz odezwie.
- Mogę? - zapytał całkiem spodziewanie wskazując miejsce obok mnie.
Kiwnąłem głową, przecież wtedy nie będę wyglądał na samotnika, chociaż z drugiej strony nie mam ochoty na pogawędki o niczym i wszystkim.
Mężczyzna dosiadł się. Dopiero teraz zauważyłem jego dziwny ubiór. Miał na sobie tenisówki, tak jestem pewny. Skórzane spodnie, pas z ćwiekami i bluzę jakiejś firmy próbującej podrobić Adidasa ilością pasków na ramieniu. W swoim życiu widziałem wiele ludzi, tych co chodzili cali w skórach i tych co cali w dresach, ale to już jest przegięcie.
Mężczyzna chyba zauważył moją dezaprobatę, choć ja zwykle ukrywam się z tym jak mogę, bo szybko się usprawiedliwił.
- Nie jestem obeznany z dzisiejszą modą.
Kiwnąłem głową, no przecież nie będę go skreślał za same szmaty, które na sobie nosi.
- Ja też, szczerze mówiąc - powiedziałem. - Za dużo dziś w sklepach wyboru.
Mężczyzna uśmiechnął się smutno.
- Rację masz, przyjacielu - rzekł. - Tyle wyborów, zawsze mieli wybór. Wśród miliona dróg wybierali tę złą.
Trochę zaniepokoiło mnie to zdanie, bo pomyślałem sobie, że to albo religijny fanatyk, albo jakiś sekciarz, a tych dwóch grup nie cierpię.
Mimo tego coś ciągło mnie do dyskusji. Sprowokował mnie, zacierając me niedawne postanowienie nie wdawania się w dialog.
- Zło? Jakie zło? Nie ma zła - powiedziałem z uśmiechem.
Mężczyzna popatrzył na mnie, potem wlepił wzrok w piwo.
- Nie ma? Nie ma. Tyle czasu myślałem, że jest. Tyle czasu...
Szczerze mówiąc, to nie wiedziałem co myśleć. Może pracuje w policji? Wątpię. Może jest jakimś hippisem?
Zaintrygował mnie, postanowiłem więc ciągnąć:
- Chodziło mi o to, że dla każdego zło jest inne. Nie ma dualizmu w czystej formie. Zło jest dobrem, a dobro złem. Patrzysz na pijącą młodzież, myślisz, zło. Ja na nich patrzę, myślę - mają przed sobą całe życie, dajmy im szansę na zabawę.
- Ale przecież czeka na nich nagroda poza tym życiem - oponował.
- Jesteś pewny? Bo ja nie. To zależy, kto w co wierzy. Jedni w Boga, czy Jezusa, wyznając chrześcijański Dekalog stosują się do praw, które przecież są zupełnie niepraktyczne w dzisiejszym świecie, a drudzy...
- Niepraktyczne? A ja myślałem, że one są ponadczasowe - przerwał mi.
Pokręciłem głową.
- Przecież wiemy jaki mamy świat. Kroniki policyjne, afery, przekręty... To nie jest zgodne z Dekalogiem. Ci ludzie uznali, nawet nieświadomie, że to stek bzdur i nierealność.
Mężczyzna patrzył na mnie bardzo dziwnie. Tak jakbym otwierał mu oczy, jakby budził się z beztroskiego letargu i zderzał się z załadowaną towarami ciężarówką.
Postanowiłem go dobić, wbić ostatni gwóźdź do trumny z jego idealistycznymi wartościami.
- I wiesz dlaczego? - zapytałem go.
Zaciągnął się papierosem, jakby miał to być jego ostatni mach w życiu.
- Bo przez wszystkie te lata, te wszystkie wieki żaden ze świętych nie pofatygował się ze swojego Królestwa i przypomniał o swojej obecności, o tym, że ktoś tam na nich czeka, że ktoś ich kocha...
Mężczyzna spuścił głowę, oparł łokcie o blat. Był skończony, odniósł porażkę, wypadł z toru. Jak kat pozbawia skazańców głów, tak ja pozbawiłem go złudzeń, lub nawet niezbitych wartości. Teraz jak ja niegdyś przed laty, zanurzył się w mazi zepsucia, beznadziejności, niczego zmieszanego ze smutkiem i dekadencją. Byłem dla niego deską ratunku, jakimś samarytaninem, który rzuca linę zagubionemu dziecku na bagnach. Chciał tego, czekał na moje kolejne posunięcie, na radę, wskazanie celu i drogi. Widziałem to w jego oczach, widziałem to w jego całym ciele.
Ale nie miałem zamiaru. Nie chcę mu pomóc, sam musi dojść do ładu, do zaskakującego wniosku, że dziś liczy się tylko on, a nie inni. Po co mu pomagać? Nie chcę być autorytetem, jego jedynym celem, jedyną szansą.
- Bywaj - powiedział wstając. - Było miło.
Odwróciłem się i ruszyłem w kierunku wyjścia.
***
Noc była piękna, wspaniale oddychało się deszczowym powietrzem. Ciemne miastowe ulice tworzyły pogrążony w mistycyzmie i tajemniczości klimat.
Szedłem wolno w kierunku zaułka, wpatrując się to w niebo, to w brukowaną ulicę.
Gdy upewniłem się, że nikogo nie ma, jednym gestem otworzyłem portal do swojego królestwa. Wchodząc przez bramę usłyszałem powitalne głosy tych, którym udało się zrozumieć, udało się otworzyć oczy i wreszcie zauważyć, że przez tyle lat to ja byłem ich wybawieniem, to ja byłem bogiem dającym życie wieczne:
- Witaj Lucyferze, mój przyjacielu a nie władco! - krzyczeli.
- Dajcie spokój. Asmodeusz jest u siebie?
***
Mężczyzna siedział jeszcze długo przy barze, dopijając kończące się piwo i modląc się, by te jednak nie pokazało swego dna. Wziął od kogoś papierosa i siedział pogrążony w panicznych myślach, kłębiących się w zastraszającym tempie. Miał w głowie pustkę, ale jednocześnie pękała mu ona od nadmiaru koncepcji. Co zrobić? Jak? I przede wszystkim - po co?
Wstał wreszcie, wyszedł na ulicę. Wydała mu się dziwnie smutna, przygnębiająca, jakby wysysała z niego cały optymizm. Może dlatego, że nie wiedział gdzie pójść.
- Synu?
Mężczyzna odwrócił się, nie drgnął, nie przestraszył się, przecież wiedział kto zaraz się po niego zjawi.
- Tak, ojcze?
Naprzeciw niego stał starzec ubrany w piękną granatową szatę. Miał siwe włosy i zarost, zaś sama sylwetka sprawiała wrażenie wyjątkowo sprawnego jak na swój wiek.
- Chodź już.
Mężczyzna spuścił głowę, po policzkach spłynęły łzy.
- Ojcze, ja...
- Czy zapomniałeś o swym powołaniu? O swoim celu i sensie istnienia?
- A czy ty nie widzisz, że ten sens przez tysiące lat ulegał zmianie?
Starzec drgnął.
- Ludzie się zmieniają, jak mamy wciąż nauczać ich tymi samymi sposobami? - ciągnął mężczyzna płacząc.
Stali na ciemnej ulicy, migająca latarnia rzucała nikłe, blade światło na stojące mokre samochody, a daleko na końcu, widać było neon "Pod Św. Brutusem".
- Ja odchodzę, ojcze...
Starzec drgnął.
- Jesteś pewny? Chcesz zostawić swą naturę? Swe imię za sobą?
- Tak, chcę - odpowiedział pewnie mężczyzna.
- Idź więc, Jezusie Chrystusie, Syn mój. Idź i żyj. Ja zawsze będę na ciebie czekał - powiedział starzec suchym głosem.
Jezus odwrócił się. I odszedł.
Reksio Dogi
reksiorulez@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||