Haunted by the horror -
when hope and daylight die
"Światło dnia nareszcie dobiega końca
I zmierzch uderza w niebo
Daleko, w migocącym świetle księżyca
Obrzydliwe dusze płaczą z bólu..."
Dimmu Borgir
I.
.... w taki oto sposób rozpoczęła się moja potępiona historia, zarówno mojego powstania, jak i powstałych dzięki temu zdarzeń, których miałem zostać świadkiem.... wbrew mojej woli....
II.
... zamknęliśmy ciało w trumnie i we dwóch - ja i mój cień, zanieśliśmy je na miejsce spoczynku. Gdy otworzyłem masywne drewniane drzwi piwnicy do moich uszu doleciał ciężki i skrzypliwy dźwięk otwieranych zapadek zamka. W tym przybytku zgrozy pochowałem martwą. Przed całkowitym zabiciem trumny otworzyłem wieko i zajrzałem w lico trupa. Jednak nie mogłem, jak wcześniej myślałem, długo oglądać martwej twarzy, nie odczuwając przy tym uczucia strachu. Jedyne wspomnienie, które nie daje mi spokoju, to drętwy uśmiech zmarłej, który pozostawiła śmierć.... po tym co zobaczyłem, zamknąłem wieko trumny i zabiłem je gwoźdźmi. Zamknąłem również ciężkie drewniane drzwi i wróciłem do mojego normalnego życia...
III.
... przemijała teraz noc szósta od chwili kiedy złożyłem ową pannę w grobie. Leżałem właśnie w swym niezbyt wygodnym łóżku i rozglądałem się nieobecnym spojrzeniem po zakamarkach pokoju, na który wylał się tak czarny atrament nocy, że nic nie można było zobaczyć. Wtedy do moich uszu doleciał pewnego rodzaju piskliwy dźwięk. Wyprostowałem się i starałem się coś dostrzec w mrokach pokoju, nasłuchując równocześnie innych rodzajów dźwięków - wybiegłych niewiadomo skąd, a słyszanych w dłuższych przerwach, przez huk burzy. Starałem wytłumaczyć niepokój, który poczułem. Nie mogąc dłużej walczyć z uczuciem strachu chwyciłem pobliską lampkę i wyruszyłem ciemnym korytarzem na spotkanie przeznaczenia....
IV.
..... gdy schodziłem po schodach dźwięk, który słyszałem wcześniej, wibrował w mojej głowie, niczym jakaś magiczna fala. Im dalej zagłębiałem się w zakamarki domu, tym wyraźniejsze stało się dla mnie, co tak naprawdę słyszałem! A słyszałem jej słabe poruszenia na dnie trumny! Zdałem sobie sprawę z tego, że pogrzebałem ją żywcem!.... lecz nie wiedziałem kim ona była na prawdę. Nie wiedząc dokąd zmierzam zatrzymałem się przed piwnicznymi drzwiami. W tym momencie nic, co rzeczywiste nie było w stanie przebić się przez zasłonę strachu, jaki odczuwałem słysząc równocześnie trzaski łamanej trumny, zgrzyt drzwi i piskliwy skowyt zmarłej...
V.
.... ów dźwięk sprawiał, że nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Stałem tak dygocząc ze strachu i oczekując nieuchronnego. W tej samej chwili piwniczne drzwi rozwarły swą ciężką paszczę. Za nimi stała wynędzniała osoba zmarłej, która pokryta zakrwawionym, białym całunem wydawała się drżeć lub chwiać się. W chwili mojego największego apogeum strachu i jej gwałtownej agonii rzuciła się głucho na mnie. To co widziałem sprawiło, że ja także doznałem czegoś w rodzaju ataku agonii. Odwróciłem głowę aby nie patrzyć w stronę zmarłej i zobaczyłem ostatni blask księżycowej pełni, która zachodziła dziwnie krwawo purpurowym blaskiem.... potem już mnie nie było.... moje ciało oddało się spragnionemu ołtarzowi.... Poczułem ukłucie i zostałem zaszczycony nowym życiem. W tą noc zostałem ukrzyżowany przez tysiące innych nocy, w których samotność skomlała moje imię...
++++++++++++++++++++
"Noc oddycha naszą krwią.
Krew podziemną płynie miedzą...
Nasze ciała teraz śpią -
Nasze ciała nic nie wiedzą..."
B. Leśmian.
I.
.....gdy powoli odnajdywałem swoją nową tożsamość, z całunu przeszłego snu powoli zaczynała się kolejna rozwiązła noc, w której miałem niewątpliwą nieprzyjemność być świadkiem mordu, który wart był mniej niż przekleństwo....
II.
Była to ciepła, czerwcowa noc, która objęła świat swym pięknem. Wiatr łagodnie muskał dachy i drzewa, prześlizgując się między nimi z gracją godną kota. Wszystko było takie piękne, zupełnie jakby czas stanął w miejscu. Wszyscy ludzie spali bezpiecznie w swych ciepłych i przytulnych domach, każdy z nich śnił o czymś pięknym.... Każdy oprócz ich dwóch.
Nikt nawet nie przypuszczał, że w tak piękną i cichą noc wydarzyć się może coś takiego. Tymczasem jeden z nich - ofiara, ogarnięty paniką, rzucił się do ucieczki. Wybiegł z uliczki i skierował się na drugą stronę ulicy. Między monopolowym, a księgarnią znajdowała się dość wąska i osłonięta kartonami dziura. Gdyby tylko udało mu się tam dotrzeć, może mógłby wtedy uniknąć swojego losu... ja jako vampir poprzysiągłem sobie za wszelką cenę nie mieszać się w sprawy śmiertelników.... i był to mój błąd, jednak o nim dowiesz się potępiony czytelniku z dalszej części tego potępionego dzieła...
Jednak pech chciał, że prześladowca był tuż za nim. Biegnąc, unosił kolana niemal do brody. W jego głowie kłębiła się tylko jedna myśl, którą powtarzał niczym jakąś mistyczną litanię: ... patroszyć i zabijać..... patroszyć i zabijać.." Jego podkute buty łomotały na betonie, oddając puste i ciężkie stąpnięcia, które rozpływały się w nicości. Ofiara także biegła. Jej własny cień ją gonił, ale nie mógł dogonić.
Gdzieś z tyłu zabójca zdążył już dopaść ofiarę. Ta krzyknęła, ale nie usłyszała już własnego krzyku, gdyż zabójca uderzył ją trzonkiem od siekiery, powodując chwilową utratę świadomości. Jedyne co dało się słyszeć to wrzask, jaki wypełnił pustą ulicę, podczas gdy morderca uniósł siekierę do góry.
Cień już nie gonił ofiary, teraz krzątał się gdzieś między jej oczami utrudniając zobaczenie czegokolwiek. Przez fale migotliwego obrazu dostrzegła siekierę, która zwisała tuż nad nią, wiedział że zaraz upadnie.... ja tymczasem, okryty płachtą cienia biernie przyglądałem się tej groteskowej sytuacji. W ostatniej chwili spróbował przekręcić się w lewo, jednak morderca także zmienił tor lotu zbrodniczego narzędzia, jakby odczytał niedokończoną, desperacką myśl ofiary. Wciąż jeszcze spadająca siekiera uderzyła go w bok, łamiąc mu żebra i przebijając skórę. Siła uderzenia nie była zbyt duża, lecz ofiara z powodu zadanego jej bólu, przetoczyła się z powrotem na jezdnię, zostawiając za sobą rozbryźnięty ślad krwi, przypominający atramentowy kleks.
III.
Zabójca cofnął się i zatrzymał nad swoją ofiarą, która leżała przy krawężniku. Usiłowała się podnieść, ale nie mogła. Nic nie działało. Sygnały wysyłane przez mózg nie docierały do miejsca przeznaczenia. Nie miała nawet siły na krzyk. Zabójca uderzył go po raz drugi, przecinając jego ramię i podbrzusze. Na jezdnię polały się świeże drobinki krwi, które spadały wszędzie dookoła. A on w tym czasie przetoczył się bezwładnie w drugą stronę jezdni. Nie miał już siły. Jego ciało powoli ogarniał mrok i pragnienie śmierci. W myśli kołatało mu się tylko jedno: Dlaczego on? Dlaczego w tak brutalny sposób? Przecież nic nie zrobił? Nie grzeszył tak jak inni?.....
Podczas, gdy on leżał na wpół martwy na jezdni, morderca rozglądał się nerwowo, po czym zatrzymał wzrok na swojej ofierze. Na jego twarzy pojawiło się uczucie zadowolenia i niedosytu. W napadzie niekontrolowanego szału unosił siekierę raz po raz, przecinając leżące pod nim ciało, gdzie się tylko dało. Na początku ofiara osłaniała się rękoma, lecz gdy obie straciła nie mogła już nic poradzić na napływ morderczych tortur....
Ciało powoli nie przypominało ciała, było całe opuchnięte i zakrwawione, lecz co było najbardziej dziwne - jeszcze oddychało. Drżało bezwładnie w agonii podczas, gdy pojawiały się na nim kolejne dziury. Siekiera była bezlitosna i raz po raz kąsała je, aż w końcu zaczęła gryźć kręgosłup. Krew eksplodowała z każdej dziury, a zabójca się temu martwo przyglądał. Rozczłonkował ciało ofiary na martwe resztki, na które składały się: głowa, ręce, nogi i pocięty korpus.
Krew zaczęła penetrować także jego ciało, każdy pulsujący jego strzęp, nitkami swej palącej pajęczyny, jego dusza została skażona od wewnątrz. Tej czerwcowej nocy zabójca przybył tutaj by uczyć się od ciemności i głosów pomiędzy... To, co leżało na jezdni nie przypominało już ludzkiego ciała, tylko porozrzucaną niedbale stertę zakrzepłych łachmanów. Morderca dalej krzyczał w zbrodniczej agonii zabijania i patroszenia, lecz krzyczał głosem słyszalnym jedynie przez duchy... Wielka zasłona ciemności otwarła się, zapraszając do zagubienia się w niej... spadłem w ciemność i widziałem świat bez zakończenia.
Rano ludzie wychodzący na ulicę zobaczyli zmasakrowane ciało, pozbawione skóry......
"Nie można zatrzymać tego, czego nie można znaleźć
Nie można zabić - to nigdy nie umiera
ZŁO - jest w nas....."
Six Feet Under
++++++++++++++++++++
"... Pamiętam szept cienia...
Nim cios we mnie uderzył - wprzódy zbrakło zbawienia."
B. Leśmian
I.
...od chwili gdy moje serce pozostawiło pusty grób i stałem się tym kim jestem przeklinałem ten dzień... a właściwie tą noc... z momentem zawiązania paktu z ciemnością straciłem również ją.. a przez moje postanowienie nie mieszania się w sprawy śmiertelników nie mogłem jej pomóc. Lecz do dzisiaj zastanawiam się, czy aby na pewno nie mogłem jej pomóc... a może po prostu nie chciałem....?
... jednak nie mogę wymazać jej z myśli. Ciągle, mimo upływu czasu, ciągle czuję jej obecność... tak delikatną i piękną....
II.
pamiętam, że odkąd tylko stałem się tym kim jestem postanowiłem zawsze być przy niej, bez względu jak długo to potrwa, jednak nigdy bym nie przypuszczał, że jej śmierć rozłączy nas tak szybko... a wszystko stało się przez jej trefny wybór przynależności do sekty aby być bliżej mnie. Niestety zmrok śmierci wziął już jej rękę... pamiętam jak biegła, jak uciekając przewracała się o gałęzie drzew, które chwytały ją niczym szpony karykaturalnych bestii. Nie mogła nic zrobić, nie wiedziała gdzie jest i dokąd zmierza. Była tu i teraz, pomiędzy jawą, a snem. Jej sytuacja wydawała się tragiczna, a ja mogłem się tylko biernie temu przyglądać. Miałem to nieszczęście, że byłem tylko przypadkowym widzem... Tymczasem ona brnęła dalej pośrodku nicości, uciekając na granicy życia i śmierci. Nie wiedziała, że oddała przeznaczeniu swoje przyrzeczenie...
Podążała dalej pomiędzy strzelistymi koronami drzew, które wyglądały równie demonicznie, co niektóre ikony przedstawiające twarze diabłów i przykrywały kopułę nieba gęstą płachtą swoich liści. Biegła, choć nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Serce biło na granicy śmiertelnej agonii. Jej ciało było wyczerpane i całe poobijane. Lecz ona nie odczuwała już bólu. Mimo całej tej tragicznej sytuacji i napięcia, które trzymało ją przy życiu, czuła dziwny spokój. "Spokój przed burzą.." - Pomyślała potykając się i upadając koło pobliskiego drzewa. Członkowie sekty byli już blisko. Jeszcze tylko parę dłuższych kroków i wiedziała, że zobaczy ich wyłaniające się z ciemności szkarłatne kaptury, spod których patrzeć na nią będą blade twarze z martwym obliczem strachu.
III.
Podniosła się, choć to sprawiło jej ból. Spojrzała na dół. Spod jej niebieskich kiedyś spodni spływała purpurowa krew. Gdy przyjrzała się bliżej zobaczyła także, że kość uda przebiła jej skórę. Gdy tylko zdała sobie z tego sprawę doznała uczucia zamroczenia. Wszystko naokoło zawirowało jak gdyby na diabelskiej karuzeli, a ona upadła gdzieś na granicy obłędu... Leżąc we własnej kałuży krwi, widziała jak zbliżają się do niej sylwetki jej prześladowców. Im byli bliżej, tym słabiej widziała ich kontury, aż w końcu rozmyli się, jak wszystko, w nicości.
Teraz tylko chwilę dzieliły ją od nieuchronnego. Członkowie sekty podnieśli ją - na wpół przytomną i przywiązali do drzewa, przed którym upadła. Potem jeden z nich wyciągnął rzeźnicki nóż i podszedł bliżej. W tym momencie ostatnimi resztkami zmysłów poczuła zimne ostrze, które prześlizgiwało się po jej twarzy. Nagle poczuła rozrywający ból i straciła czucie. Zemdlała. Zemdlała z zadanego jej bólu, którego już nie wytrzymała.... Straciła połowę twarzy i górną wargę. Skóra na jej głowie fragmentarycznie zwisała, poruszana przez płaczący szum wiatru. Tymczasem oprawcy nie poprzestali tylko na tym. Obydwoje podeszli do zemdlonej dziewczyny i jeden z nich podciął jej żyły na wysokości nadgarstka. Przez zamroczoną mgłę bezmocy, wydało się jej jak gdyby coś ciepłego ulatywało z jej ciała przez obie dłonie. Wiedziała, że śmierć zaraz odetnie więzy łączące ją z życiem. Była silna, lecz nie mogła uciec od swojego przeznaczenia... od swojej śmierci. Podczas gdy ona wydała z siebie ostatni pośmiertny oddech, który rozpłynął się wśród drzew, jej mordercy zniknęli w mrokach nocy, spowici przez mgłę tajemnicy..... a ja nie mogłem jej pomóc.
Do dzisiaj prześladują mnie wspomnienia jej śmierci. W mojej głowie zawsze pozostanie bratnią duszą światła, poświęconą wieczności, taką jaką jest... Mimo tego, że już jej nie ma, ja zawsze będę naznaczony jej skradłym pocałunkiem, zupełnie jak kuszenie cieni... Wiem, że już ją straciłem, lecz nadal pamiętam, jak jej zimne pocałunki rozpalały mój kark, były zupełnie takie jak szepcące fale rozkoszy....
.... Po dziś dzień żałośnie opłakuję jej widmo, spoglądając w księżyc próbowałem ją zobaczyć..... nie znając nawet jej imienia... lecz nim fale świtu skąpały zmęczone niebo musiałem znaleźć schronienie na cmentarzu. Moje sny zostały zanieczyszczone przez koszmary dnia, wtedy przypomniały mi się jej słowa".. :czy zapłaczesz za mną z nowo odnalezionym życiem?....".... wtedy zdałem sobie także sprawę, że zasmuca mnie życie zaprzedane mrocznym ciemnościom.... I do dziś nie wiem, czy ktoś może przejść tę drogę ze snu.....?
"Usłysz płacze z pałacu żałoby
Poczuj mrok niespokojnych duchów
Usłysz krzyki z pałacu żałoby
Poczuj zagładę nawiedzonych śpiewów"
Dimmu Borgir
++++++++++++++++++++
"I nie ma zgrozy większej, straszniejszej na ziemi,
Nad zimną srogość słońca z blaski lodowemi
I ową noc bezmierną wiecznego chaosu;"
Charles Baudelaire
I.
... tak jak księżyc, którego światło bawi w światach i snach przeklętych za dnia, tak również ja przemierzając kolejne samotne noce, owiane mroźnym wiatrem zapomnienia pragnąłem by światło, przeklęte za dnia, ostatecznie zdusiło moje winy i spaliło mnie w swych promieniach... ta myśl nie odstępowała ode mnie do chwili, aż podczas mojej tułaczej wędrówki przez pustynię wieczności byłem świadkiem kolejnej śmierci.... lecz była to niezwykła śmierć, której punkt był w nożu.... a raczej skalpelu...
II.
.. obserwowałem go przez kilka kolejnych nocy. Był człowiekiem, który nic nie chciał od życia oprócz tego aby zostawiło go ono w spokoju. Ja wiedziałem, że spokój, którego tak pragnął był dla niego potrzebny, jak dla mnie ciągłe pragnienie zaspokajania głodu krwi. Wiedziałem też, że spokój, którego tak usilnie szukał, mógł odnaleźć dopiero po śmierci. Nie był jednak szarym członkiem tłumu... w jego głowie kłębiła się nieprzerwanie jedna myśl, którą widział zarówno w dzień i w nocy, myśl owa była jego przekleństwem i klątwą...
.... wciąż miewał ten sam sen. W snach widział go, ubranego tak jak na pogrzebie, w garnitur poznaczony teraz brązowo szarymi plamami cmentarnego błota. Jego ciało gniło i rozpadało się. Tu i ówdzie wystawały białe, lśniące kości. Oczodoły były puste i ciemne, choć coś się w nich poruszało. Trup odwrócił się od niego i pomachał mu rozkładającymi się palcami, przypominającymi gałąź uschniętego drzewa. Nieoczekiwanie z gnijącej krtani, wydobył się chrapliwy głos, przeciskający się przez usta, które zdążyły się cofnąć, obnażając zęby pokryte nalotem pleśni. Głośny, skrzeczący głos trupa mówił: "..przeklinam cię....."
III.
Gdy się obudził, poczuł, jak na usta ciśnie mu się coś małego i drżącego, przerażonego, nabrzmiałego łzami i sprawiającego ogromny ból. Czuł również intensywny ból w głowie. Zaczął się trząść. Drżenie pojawiło się najpierw w rękach, stamtąd rozeszło się na przedramiona, łokcie, a potem było już wszędzie. Popatrzył się dookoła siebie, po białych ścianach sali, na której leżał, przygotowany do operacji. Sięgnął na oślep rękami, które natrafiły na chirurgiczny skalpel. Chwycił go oburącz i przycisnął do policzka. Poczuł jego zimne tchnienie. Bardzo drżały mu palce więc zacisnął je jeszcze mocniej.
To, co stało się potem było jego przeznaczeniem. Wbił skalpel w brzuch, skąd zaczęła tryskać krew, znajdująca ujście w powstałej dziurze. Poczuł fale gorąca i zimna, na przemian omywające jego ciało. Wiedział, że to nie potrwa długo... Przekręcił ostre narzędzie i usłyszał, jak gryzie jego kości. Ostatkami woli pociągnął skalpel ku górze, pozostawiając otwartą ranę, od brzucha do okolic szyi. Wyglądał jak wypatroszona ryba, a krew tryskała nieustannie, jak rwąca rzeka osiadając wszędzie dookoła. On tymczasem osunął się na kolana. Krzyczał, choć nie słyszał już nic. Do jego uszu dobiegła grobowa cisza i skrzeczący śmiech trupa...
Przed oczyma widział całe swoje życie, które przeskakiwało, niczym klatki w niemym filmie. Kolory powoli rozmywały się, ustępując miejsca całkowitej ciemności. W chwili, gdy w nią wstąpił powrócił koszmarny sen: gnijące ciało, puste oczodoły wpatrujące się w niego, pozbawione ciała palce, wyszczerzony uśmiech na trupiej twarzy.... nagle poczuł ogromnie niewyobrażalny ból, który pełzł błyskawicznie od żołądka do gardła, w uszach wciąż słyszał rechoczący śmiech trupa, jednak całą siłę woli skoncentrował na bólu, ostatnim uczuciu łączącym go z życiem.
Przez chwilę, jak mu się zdawało patrzył na odbicie swojej twarzy w poplamionym krwią lustrze, na podkrążone oczy, bladą skórę i przyklejoną do czoła, zakrzepłą krew... wstrząsnęły nim torsje, które zamieniły się w niekontrolowane napady agonii. Wymiotował raz po raz, na początku tylko kwaśną śliną, lecz później całymi litrami krwi, przyciskając jednocześnie dłonie do czarnej dziury, z której wciąż wyciekała purpurowa substancja.
W ostatnim życiowym skurczu przywarł głową do zimnej powierzchni lustra. Jego pierś zaczęła gwałtownie unosić się i opadać, usiłując zaczerpnąć powietrza. Przez fale bólu zobaczył dwóch ludzi w białych fartuchach. Wiedział, że to lekarze, którzy mięli go operować. Chcieli usunąć tą niegroźną narośl na jego mózgu. Słyszał jak coś krzyczą, jednak zdawało mu się, że krzyczą w jakimś niezrozumiałym języku. Ruchy lekarzy wydawały mu się powolne, jakby zawieszone w czasie... w czasie jego śmierci. Ruszali się w zwolnionym tempie. Oczy rozszerzyły mu się w niemal przerażający sposób, a głosy lekarzy zdawały się być puste i pozbawione dźwięku.
Słyszał ich jakby zza światów:
- ..CO SIĘ STAŁO?.... ON SIĘ DUSI!..... BOŻE ON SIĘ DUSI!..... ON..........................
Nagle poczuł się senny, widział coraz mniej przez gęściejącą zasłonę czarnych punktów, wirujących i powiększających się ukazując wieczność.. Leżał i skręcał się w agonii. Wszelkie odgłosy ucichły i urwały się, nie odczuwał już bólu. Czuł, że właśnie umiera, ale nagle przestało mu się to wydawać takie okropne. Nic nie było takie okropne z wyjątkiem tych pustych oczodołów, wpatrujących się w niego....
Przywarł twarzą do lustra, w stronę którego opuścił go, jego ostatni oddech, który osiadł na lustrzanej szybie, pozostawiając po sobie zaledwie blady obłoczek pary, który zniknął równie szybko, jak się pojawił.... potem już go nie było.
EPILOG
...opisane powyżej historie miały miejsce w prawdziwym życiu, od roku 1984 do chwili obecnej... napisałem je aby choć w najmniejszym stopniu ulżyć mojemu sumieniu, które już od dawna naznaczone jest klątwą niepokoju...
... na koniec pragnę napisać słowa pewnych zespołów, które w bladym stopniu są odbiciem, tego co mam wam do przekazania....
"To są owrzodzenia, gdzieś na mojej duszy
Przemoczona i nie odkupiona krew
Powinna szukać pocieszenia w sekretnych opowiadaniach
Przez szepty snów..."
Cradle Of Filth
++
"Ogrody, świątynie, pałace
Widziałem je wszystkie
W poszukiwaniu szaleństwa zdrowy rozsądek się topi...
W zachwycie."
Dimmu Borgir
++
"Ci którzy zagłębiają sekrety
nie przeznaczone dla człowieka, muszą być
przygotowani na czas zapłaty"
Teofilus Wenn, Wiek XVIII
..... PS. Wieczne jest moje życie w cierpieniu..... a teraz podcinam moje nadgarstki i szybko wymykam się.....
+++ Napisał: Czarny Kasztelan - Vampir Kury - Supreme Vampiric Evil
Vampir Kury
vampirkury@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||