:::: Matina ::::

Podlewać ogień



Patrzę na nią, kiedy klęczy w skupieniu przed kaflowym piecem w domku wynajętym na zimę. Przyjechaliśmy tam wszyscy, niektórzy z nich kompletnie mi nieznani - aż dziw, że wszyscy się tam pomieścili. To takie amerykańskie, dla mnie, wynajmować dom w kurorcie na święta. Trudno. Pierwszego dnia dzieci zaczęły ubierać olbrzymią choinkę, a ona z zachwytem przyssała się do tego pieca - zbędnego, tak jak kominek, bo cały budyneczek ma ogrzewanie elektryczne. Patrzy, skoncentrowana - ktoś, może ona, już w nim rozpalił i przyniósł całe wiadro smolistego, bryłowatego węgla. Teraz ona, zahipnotyzowana, koncentruje się na za dużej dla niej szufli, która dzierży w obu rękach, by utrzymać ją razem z węglem i wsunąć do środka. Jest piękna; żar bijący ze środka zaróżowił i ściągnął jej twarz nadając jej pewien rodzaj pierwotnego, ogniskowego piękna: piękna jej zachwytu, jej pracy, jej całkowitego oddania ogniu. Zamyka drzwiczki po wrzuceniu kolejnej porcji i wstaje, powoli, podnosząc się z klęczek w skupieniu, jak po żarliwej modlitwie. Jej twarz jest uduchowiona, pełna spokoju duszy, spokoju serca. To chyba jedyna wśród nas osoba przygotowana na święta.
Kiedy patrzę na nią w służbie ognia widzę, że nigdy jej nie znałem - to zadziwiające, jak można spędzić z kimś tyle czasu nie wiedząc o tak ważnych rzeczach. Nasze rodziny, matki i ojcowie, znali się dobrze i akceptowali siebie nawzajem, co zdarza się nie tak znowu często. Mimo to nigdy nie było między nami ognia, tego, który teraz objął ją w posiadanie. Nowa, inna, zyskała w moich oczach znaczenie, które nadaje nam pewność, że obiekt posiada w sobie niezgłębioną tajemnicę, która, wyjawiona, da nam wieczne szczęście. Patrzyłem na nią po raz pierwszy, tak inną, godną pożądania jak nigdy przedtem. Cudowną.
Wraca teraz, przyklęka i otwiera żeliwne wrota: buzujące ciepło uderza ją po twarzy a ona przyjmie ten cios, wpatrując się z zachwytem w szalejącego sprawcę. Kontempluje go, próbuje ogarnąć go jako całość, pojąć go, stać się jego częścią. Spoglądam jej przez ramię - piec rozpalony jak w piekle, a mimo to w wiadrze została jeszcze połowa węgla. Widzę, że jej twarz się zmienia, gdy we wnętrzu zaczyna braknąć kolorów; zmartwiona, marszczy czoło i wreszcie mówi, w pustkę, do nikogo:
- Trzeba go podlać.
Po czym obraca się do tyłu, sięga po szuflę i znowu, obiema rękoma, całym swym ciałem nabiera węgla i wrzuca go do środka. I znowu. I znowu. Wszystkie jej mięśnie pracują w jednym rytmie, jak u maszynisty, jak u maszyny, powoli i długo, bo nie potrafi udźwignąć nawet jednej trzeciej zawartości szufli. Zawsze mała dziewczynka, mimo że już dawno wrosła w dorosłość. Dziewczynka, laleczka zafascynowana ogniem, który tak łatwo może ją zniszczyć. Lub ocalić. Może teraz, w tym skomplikowanym, bardzo "jej", własnym rytuale oddaje się mu pod opiekę, prosi o ochronę w zamian za nieskończoną wierność Jemu? Kto wie, jej idei, jej filozofii i sposobu myślenia nigdy nie można było zrozumieć do końca. Być może postanowiła zostać własnością potencjalnego oprawcy, żywiołu, który kiedyś ją dosięgnie - w nadziei, że ją polubi, przywiąże się do niej i nie pozwoli jej odejść? Osiągnie nieśmiertelność w ogniu, on ją oczyści, zahartuje, przygotuje jej ciało na nowe ja, inne, lepsze, czystsze i pozbawione tych ludzkich cech.
Przyglądam się tym tajemnym zaślubinom, ja intruz, wpuszczony bocznym wejściem do jej własnego świata, w którym nigdy - przenigdy mnie nie było. Powinienem w nim być, gdzieś stanowczo musi ukrywać się mój ślad, ale boje się go szukać, bo wiem - prawie wiem - że mogę nigdy nie znaleźć.
Ale chciałbym zatracić się w jej świecie, zbłądzić w nim i pozostać, zaczarowany, zamotany nicią jej myśli, w którejś z sal, już zawsze. Mógłbym błąkać się wiecznie po jej wewnętrznych komnatach, zachwycać się, kontemplować ją tak jak ona kontemplowała jego, oglądać wszystko przez nią; dowiedziałbym się wtedy, co ma w sobie ogień, zielone liście, szklane paciorki, rzeczy, których nigdy nie mogłem zrozumieć.
Cóż, wiem, że ona mi nie pozwoli.
Teraz zamyka drzwiczki, niepostrzeżenie pozbyła się całego węgla, z dolnej kratki wydobywa się blask tak straszliwy, że ogień musiałby mnie osmalić i sprawić, że oślepnę. Może ona też jest ślepa? Może to właśnie wzrok oddała żywiołom, jednemu z nich tylko, jako podziękowanie za to, co pozwolił jej zobaczyć? A może sam go odebrał, zazdrosny, nie mogąc znieść myśli o tym, że kiedykolwiek mogłaby zobaczyć coś piękniejszego? Może nie mógł poradzić sobie z tym, że rano, zaraz, przejrzy się w lustrze, tej fotografii wody, i ona odbierze jej cały żar, ukoi, zniknie wszystko to, co jej podarował i zostanie tylko przyjemne - dla niej - uczucie chłodu.
Być może nie powinienem jej na to pozwolić? Jej skóra zniszczy się od ognia, jej ręce stwardnieją od trzymania szufli, oczy oślepną a myśli już nigdy nie pozwolą się oczyścić. Znam ją, wiem, że skoro raz ją coś pochłonie, pozostanie w niej na zawsze - kiedy wróci do domu nie będzie mogła wytrzymać, najpierw kupi kadzidełko, zacznie palić papierosy, na weekend wyjedzie za miasto, żeby rozpalić ognisko, potem przeprowadzi się, żeby mieć w domu kominek... Bóg jeden wie, jak to się skończy, może powinienem ją przed tym ochronić? Nie mogę przecież pozwolić, żeby to on ją chronił, odda mu się, ogień nie poda jej aspiryny, nie odprowadzi jej wieczorem do domu, nie przyjedzie po nią samochodem w zimowy wieczór. To głupie, śmieszne, irracjonalne, tak postępować ze zwykłym ogniem. To człowiek powinien się nią zająć, to ja, cóż z tego, jeżeli mi nie pozwala, już nigdy nie pozwoli, tak bardzo się myli, nawet nie wie, do jakiego stopnia. Jest przekonana o własnej sile, cóż, to widać, kiedy siedzi przed ogniem, całkowicie oddana, jaka silna, jeden mały piec potrafi ją zaczarować. Za dużo myśli, za dużo wie, za dużo myśli, że wie. Co ona sobie wyobraża?... ?
Nigdy nie zaakceptowałaby myśli o tym, że mógłbym ją chronić. Nie pozwoliłaby na taką zależność, za każdym razem, kiedy o tym wspomina wzbiera się we mnie wściekłość, mam ochotę pokazać jej, co o tym myślę ale wiem, że wtedy naprawdę wszystko byłoby stracone. Między nami są zbyt duże różnice, żeby mogła zrozumieć mój punkt widzenia. Mimo to, mimo tego, co ona o mnie myśli, ja chciałbym zrozumieć jej.
Tak bardzo chciałbym być z nią, wiem, że nam by się udało, gdybym tylko mógł, włączony wreszcie do jej świata, przemierzający życie razem z nią, w niej, poprzez nią... Wiem, że wszystko poszłoby doskonale, że byłoby dobrze, gdyby nie ta przepaść ziejąca między nami, gdyby nie ta blokada nie do pokonania, ta różnica, to, że jesteśmy sobie obcy, to, że jest moją żoną.

I feel soon
I will sink
into you
what do you think.
'cause there's still blood
in your hair
and I've got the bruise
of
the
year.
but there's something about her
long shady eyes...
I'm all about her
shade tonight...

I hate
your tattoos
you have weak wrists
but I'll keep you well.
'cause there's something about her
long shady eyes...
I'm all about her
shade tonight...

Well it's too bad...
it's too bad...
it's too bad...
...
you're married.
To me.

Deftones


Matina

i17latawcow@o2.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||