Jest Legionowo
część 14
Oczekiwana potężna porcja energii duszy nie spłynęła do świata, w którym rezydował Legion, ku wielkiemu zawodowi wszystkich istot tam mieszkających, bo zawsze by to była okazja zobaczenia czegoś nowego. Sam Legion siedział na kościanym fotelu i rozmyślał.
- Dobry jest - powiedział.
- Kto, panie? - odezwał się Kuba, który, przycupnąwszy w kącie, pilnie pracował nad jakimś przedmiotem za pomocą osełki.
- Dobry, dobry... - Legion nawet nie zwrócił uwagi na pytanie - oczywiście są lepsi od niego, i to dużo, ale i tak... Wiesz, Kubo - Kuba aż podskoczył, dotknięty tak silną falą zainteresowania - szkoda, że ci lepsi są tacy... neutralni.
- Naturalni?
- Neu-tral-ni. Są w dogodnej pozycji, mają odpowiednie możliwości, ale... nie mam na nich wpływu, oni mają własne plany, cele... osobowość.
- Ale... panie, dlaczego nie moglibyśmy wykorzystać któregoś z tych lepszych ludzi? Ich dusza...
- Ich dusza jest zwyczajna, przeciętna! Oni są silni swoimi umiejętnościami i doświadczeniem! Wykorzystali swój mizerny potencjał do cna... a ten... osobnik dopiero ledwie zaczął. I musimy zacząć szybko działać, zanim się nauczy... Ale dorwiemy go.
***
Witalij gwałtownie zahamował. Siła, z jaką wizja wskoczyła mu przed oczy, wgniotła go w fotel. Widziany osobnik, zazwyczaj mroczny i posępny, teraz krążył nerwowo po podłodze jego podświadomości i wymachiwał rękami. "Masz wrócić! Dokończyć robotę!" - Witalij mógł usłyszeć, choć nie do końca zrozumiał. Widziany w podświadomości mroczny przyjaciel nagle się uspokoił; wreszcie pojawił się tajemniczy dym, którego przez moment Witalijowi bardzo brakowało.
- Posłuchaj mnie, Witaliju. Twoja ofiara ciągle żyje. Pośpieszyłeś się nieco, ale wszystko jest do nadrobienia... - postać się uśmiechnęła, Witalij zresztą też, przypominając sobie o snajperce w bagażniku. - Już wiesz, co zrobić.
***
Koniec. Nareszcie wszystko było poskładane, naczynia krwionośne zasklepione, każda kość na swoim miejscu... no, prawie każda.
Kioskarz trochę się o Sainta niepokoił, w końcu stan, w którym go zostawił, nie mógł napawać optymizmem. Jakież było jego zdziwienie, gdy po kilku godzinach Saint wyszedł. Po co? Czemu już jest na chodzie? Widział, jak wyszedł na ulicę, uprzednio starannie patrząc, czy coś nie jedzie. Stanął na środku, schylił się... Tak. Podniósł własne zęby. Oczyścił z pyłu. Wstawił sobie do szczęki. Pomachał w moim kierunku.
Trzeba powiedzieć, że ten gość zaiste wart jest uwagi...
***
Witalij nie lubił marnować czasu. Zaczajony na dachu bloku stojącego nieopodal domu Sainta, gdzie dostał się nie zatrzymywany przez nikogo, rozłożył sprzęt, położył się wygodnie i czekał. To potrafił. Mógł utrzymać umysł w stanie gotowości przez bardzo długo. Był przygotowany na kilkugodzinne wyczekiwanie na swoją ofiarę, ale cel pojawił się dość szybko. Przyjaciel ze snów powiedział, że ofiara już niedługo się pojawi. Witalij był nieco zdziwiony, bo w końcu przejechał po tym człowieku półtoratonowym samochodem, ale nie miał powodów, by nie wierzyć swemu dobroczyńcy z granicy jawy i snu. I czekał. Nie musiał długo tego robić.
Śledził lunetą swojej broni, koncentrując się na głowie Sainta, obserwował, jak ten się schyla, po czym... uech... ale Witalij nie takie rzeczy już oglądał. Wprawdzie nikt nigdy nie robił ich z własnej woli, ale... ale nadeszła idealna chwila; cel machał ręką do kogoś. Lufa była wycelowana w głowę, więc nacisnął spust i zdziwił się tym, co zobaczył.
Saint usłyszał wizg; cały czas pozostawał czujny, bo nie uśmiechała mu się perspektywa ponownego wypadku, po którym będzie musiał składać swoje ciało od nowa. W tym momencie ładunki elektryczne o napięciu rzędu nanowoltów popędziły z mózgu do mięśni tak szybko, że same się tego nie spodziewały; reakcja była w tym przypadku wielokrotnie krótsza niż minimalny czas reakcji człowieka. Saint uchylił się przed kulą.
A właściwie to prawie tego dokonał; pocisk rozorał mu prawe ucho. Fala bólu zmusiła Sainta do złapania się za nie, w sam raz, by złapać spadające kawałki. Nie spodobało mu się to.
- Który to, kurwa, który!!!? - spojrzał w kierunku, skąd padł strzał. Ruszył.
Witalij jeszcze kilka chwil kontemplował to, co zaszło, ale otrzeźwił go widok celu poruszającego się w jego kierunku. Nie namyślając się wiele, wycelował i wystrzelił.
Saint jednak już widział strzelca; więcej, czuł go, jak kieruje swoim ciałem, jak koncentruje się na jednym punkcie, by posłać tam niosący śmierć pocisk. Przewidziawszy ten ruch postarał się, by w tym miejscu nie być; w takich okolicznościach uniknięcie postrzału było zajęciem wręcz banalnym.
Witalij nie trafił, choć był stuprocentowo pewien, że nie ma takiej możliwości. Przeładował, przymierzył i strzelił znowu, i znowu nie trafił. Zaczynał się denerwować, bo ten rozjuszony, biegnący w jego kierunku cel wydatnie psuł mu statystykę. Tymczasem Saint dobiegł już do ściany bloku. Witalij wychylił się zaciekawiony, co teraz będzie.
Patrzący na całe zajście oczami Witalija Legion też był bardzo tego ciekaw.
Mariusz Saint
mariuszsaint@interia.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||