:::: Neonate ::::

Na krawędzi
#6



"Czekam, ciągle czekam chwili
gdy zapomnę nocny koszmar"
(Closterkeller - "Czekając na dzień")




"(...)Nie mam prawa wymagać od Ciebie podjęcia tej decyzji. Nikt nie zrobi tego za Ciebie, nawet ja. Ja mogę tylko czekać. I będę czekać (...), choć nie wiem, na jak długo będę miał wystarczająco dużo siły. Kocham Cię, nie potrafię patrzeć, jak się zabijasz (...).
Mieliśmy... Mamy umowę. Daliśmy sobie czas - Ty wybrałaś termin. Miesiąc, teraz to już chyba tylko trzy tygodnie. Tylko, a może aż? Nie wiem, czy to dużo, czy mało, są rzeczy, których umiejscowienie w czasie lub przeliczenie na jednostkę czasu nie jest możliwe - wynik niemal zawsze wychodzi sfałszowany. To jest po prostu za bardzo względne, aby móc zamknąć to w jakiś sztywnych ramach. Wiem, wiem... To tylko kolejne truizmy (...), podziękujmy za to szanownej Matce Filozofii. (...)
(...) Nie będzie gorzej, teraz chyba już o tym wiesz. Wiem, czekałaś na to. Powiem Ci, lepiej też nie będzie. Stała niezmienna, jak to mówią. Będziesz stać w miejscu, jednocześnie staczając się coraz bardziej.(...) Jeśli dalej nie ma absolutnie nic (wiem, kwestia wiary, ja rozpatruję Twoje spojrzenie na ten fakt), to jaki jest sens w odbieraniu sobie życia? Sama wiesz najlepiej, że to nie będzie szybka, bezbolesna śmierć.
(...) Jeśli zabijają się tacy ludzie jak Ty, to ja już nic nie rozumiem... (...)"

List Dominica do Abigail
przebywającej
W Nowojorskim Centrum
Leczenia Uzależnień



Abigail leżała na łóżku patrząc się w sufit. Było jej dobrze, cudownie ciepło, mimo uczucia ogromnego strachu i jeszcze większego smutku. Hera nie dawała jej już prawie nic, czuła się po niej jedynie względnie normalnie. Początkowe uczucie totalnego odprężenia znikło niemal całkowicie, z każdą kolejną dawką było coraz mniej intensywne. Zastanawiała się, czy nie zacząć brać więcej. Tylko trochę, tyle, by wróciło to cudowne uczucie spokoju i bezpieczeństwa. Minimalnie więcej, minimalnie.
- Więcej nie mogę dla ciebie zrobić - powiedziała cicho. - Nic więcej nie zrobię.
Tuż przy oknie delikatnie poruszyła się jakaś ubrana na czarno postać. Panującą w pokoju ciszę zakłócało tylko miarowe tykanie zegara.
- W porządku. Już dobrze. - powiedział spokojnie mężczyzna - Nie ma się czego bać.
- Thomas? - Abigail uniosła się na łóżku - Co ty tutaj robisz?
Była prawie zupełnie przytomna. Poprawiła dłonią potargane włosy i usiadła na łóżku rozglądając się za niewielkim lusterkiem w ramce z kości słoniowej.
- Cholera, jak ja wyglądam... - uśmiechnęła się zmieszana - Wybacz.
- Jesteś piękna, Abigail. Piękniejsza z każdym dniem.
- Czy to jakiś nowy rodzaj terapii? - spytała ironicznie - Nie przypominam sobie takiej metody... Operacja "Tani podryw"?
- Nie, nie. - odpowiedział - Ja naprawdę tak myślę.
Abigail przez chwilę wpatrywała się w swoje odbicie w lusterku. Faktycznie, nie było tak źle, jak sądziła.
- Thomas, pamiętasz Kate?
- Kate, Kate... - zastanawiał się przez moment - Prawdę mówiąc, pamiętam co najmniej trzy.
- Kurczę... Ta śmieszna panna co każdemu facetowi mówiła, że chciałaby się z nim kochać przy jakiejś piosence Enigmy... Zaraz, co to było...
Abigail przekrzywiła lekko głowę i zmrużyła oczy.
- "Gravity of Love", straszne. - uśmiechnął się Thomas - Już kojarzę. To była jedyna piosenka Enigmy, którą znała.
- Właśnie. Ona miała taki koszmarny text, powtarzała go zawsze, kiedy ktoś mówił jej coś miłego...
- "Nie cukruj, nie cukruj..."

***

- Wiesz, że nikt nie podejmie za ciebie tej decyzji, prawda?
Abigail wzruszyła ramionami.
- Wiem. - odpowiedziała - Tylko... Tylko ja jeszcze nie jestem gotowa, nie wiem...
- A jesteś, do cholery, gotowa umrzeć?!
- Dominic, posłuchaj...
Padał deszcz. Woda cicho spływała po oknach Nowojorskiego Centrum Leczenia Uzależnień. Zima zbliżała się wielkimi krokami, cały plac przed budynkiem usłany był dywanem różnokolorowych liści, które wiatr usypywał w coraz to nowe wzory. Było coś uspokajającego w tym widoku. Coś, co jednocześnie niesamowicie przygnębiało.
- Wtedy... Jak wezmę jest mi lepiej - powiedziała cicho - Jest dobrze.
- Tak?
- Tak. Przestanę. Tylko... Jeszcze nie teraz...Wierzysz mi?
- Wierzę. Choć wiem, że wierzyć heroinistce w coś takiego to najgłupsza rzecz, jaką można zrobić. I wiem, że któreś z nas cholernie źle na tej mojej wierze wyjdzie.

***

- Nie traciłeś czasu. Skąd to masz?
Damien i William Morley stali tuż nad włączonym komputerem wpatrując się w coś z niemałym zadowoleniem.
- To nie ja. - prawnik sięgnął po filiżankę kawy - Sara siedziała w internecie. Szukała czegoś na jakąś pracę i przez pomyłkę weszła na tą stronę.
- I zawołała cię?
- Nie... Przechodziłem obok. Prawdę mówiąc, do głowy by mi nie przeszło...
- Prawdę mówiąc, mnie też.
Online. Na ekranie monitora widniały reprinty starych wydań Timesa. Kilka niemal całkowicie nieczytelnych fotografii, nagłówki pismem stylizowanym na stary niemiecki gotyk.
- "Dworzec ZOO"? - na twarzy Damiena pojawił się lekki grymas - Przypuszczam, że to nie jest recenzja xiążki?
- Nie jestem pewien, czy to ma jakiekolwiek znaczenie - William Morley postukał palcem w obudowę komputera - ale Nowojorskie Centrum Leczenia Uzależnień zostało zbudowane na placu po zburzonym kościele jakiejś sekty satanistycznej.
- Crowley?
- Najprawdopodobniej. Dość ortodoxyjni.
Damien wzruszył ramionami.
- Po co nam informacja o Nowojorskim Centrum Leczenia Uzależnień? Abigail opiekuje się doktor Swanson, raczej nie zamierzam jej wysyłać do tego typu ośrodka...
- Zaczekaj. Ta sekta miała dość ciekawy stosunek do wiary. Chcieli w dość oryginalny sposób obalić religię katolicką.
- Tak, teraz sobie przypominam... - Damien wstał i udał się w stronę półki z xiążkami - gdzieś tu miałem o tym taką niewielką notatkę...
- Uważali - kontynuował William Morley - że symbolem wiary jest przede wszystkim kościół. Nie ludzie, ale budynek. Ściany, okna...
- Wiem, wiem... - odpowiedział Damien szukając czegoś między xiążkami - Zawsze mnie to zastanawiało. Nie mam pojęcia skąd u nich taki pogląd, skoro opierali się na pracach Crowleya.
- Prawda? Próbowali obalić wrogie im religie niszcząc to, co według nich było ich symbolami. Uważali, że ludzie widząc, dajmy na to, płonącą katedrę przekonają się, jak łatwo zniszczyć ich bogów i dadzą sobie z danym kultem spokój... Z czego się śmiejesz?
- Bo jeśli to oni i jakimś cudem wrócili, to albo dostało nam się przez zupełny przypadek, albo ja już nic z tego nie rozumiem...
William Morley nic nie mówił. Przesuwał witrynę w górę i w dół szukając czegoś interesującego. Czegokolwiek konkretniejszego ponad to, co właśnie przeczytali.

***

- Wiem, rozmawialiśmy o tym wiele razy... - Thomas Carpenter usiadł na łóżku tuż obok Abigail - Ale nigdy nie powiedziałaś mi tak do końca, jak to się wszystko zaczęło.
Abigail szczelniej otuliła się kocem.
- Przecież wiesz.
- Wiem. Ale chciałbym to usłyszeć od ciebie.
- Nie chcę teraz o tym mówić. W ogóle nie chcę o tym mówić.
Thomas wpatrywał się w twarz Abigail. Przez cały czas unikała jego wzroku nie pozwalając spojrzeć sobie w oczy. Usilnie starała się, aby wyglądać naturalnie, ale z marnym skutkiem. Nie chciała, aby Thomas patrzył w jej zwężone źrenice, mimo, że doskonale orientował się w całej sytuacji.
- Unikanie problemu nie sprawi, że on zniknie.
- Damien cię przysłał, prawda?
Schudła. Niesamowicie schudła, odkąd widział ją po raz ostatni. Nadal była piękna, ale nie dało się nie zauważyć, że coś jest nie w porządku. Jej zmęczenie i smutek były niemal materialne.
- Coś cię męczy, prawda?
Przysunął się bliżej i objął ją ramieniem. Nie poruszyła się, w ogóle nie zareagowała na jego dotyk. Jej wzrok nadal błądził po wzorkach koca.
- Abigail?
Podniosła oczy.
- Thomas, ja... - zaczęła, ale urwała wpół zdania - To trudne... Nie wiem, co mam robić...
- Pomogę ci. Jestem tu po to, aby ci pomóc, prawda?
- Chyba tak...
Drżała. Bardziej z zimna niż jakichkolwiek emocji. Na jej twarzy malował się delikatny obraz strachu. Potrząsnęła nerwowo głową, przytuliła się do Thomasa. Na jej policzku pojawiła się jedna mała łza.
- Proszę - wyszeptała - Nie pozwól mi zasnąć. Nie pozwól...
Siedzieli nieruchomo. Thomas poczuł paznokcie Abigail wbijające się w jego ramię. Wiedział, że powoli ogarnia ją paniczny lęk.
- Wybacz mi - powiedział po chwili - Muszę...
Ostrze było ostre i idealnie wypolerowane. Gładka zimna powierzchnia odbijała świetlne reflexy.
- Muszę. - dodał cicho, tak, że Abigail już go nie słyszała - Jeszcze nie teraz...



Neonate

toreador@tlen.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||