:::: Winix ::::

Lost Soul

Rozdział 6:
Noc żywych trupów
***



... i zaprowadź nas do żywota wiecznego ... "A M E N" - zabrzmiało równo.
W tej samej chwili drzwi upadły z łoskotem na ziemię.
- Niech zabrzmi ALELUJA! - ostatni wyraz wyśpiewał czarnoskóry mężczyzna który wszedł na strych. Zaraz za nim do pomieszczenia wkroczył drugi facet. Miał długie, czarne włosy zaczesane do tyłu, jeden kosmyk padał na czoło. Obaj ubrani byli w długie czarne płaszcze z nacięciem z tyłu. Obaj też dzierżyli w ręce pistolety. Jack - biały - miał colta z długą lufą przypominającego nieco typ broni którym posługiwał się Brudny Harry, natomiast Stiv zwykłą berettę.
Na środku strychu w małym kółku namalowanym na kurzu stały Julia i Sara. Coś próbowało się do nich dostać, lecz jakaś bariera... świecąca niebieskim światłem nie pozwalała na to. Gdy tylko Stiv i Jack wpadli na strych zjawa spojrzała na nich swymi czerwonymi, przerażającymi ślepiami i zaczęła wykonywać jakieś dziwne ruchy, jakby... jakby zaraz miało z niej coś wyjść.
- Uciekajcie! - krzyknął biały mężczyzna do dziewczynki i jej matki.
Te od razu ruszyły w stronę schodów prowadzących na dół. Zaraz za nimi zbiegł Stiv. Jack ciągle przyglądał się prześwitującej postaci. Ta upadła na ziemię i zaczęła przewracać się z boku na bok. Jakieś olbrzymie szpony wychodziły z ciała TEGO... skóra się naciągała, a po chwili wracała do dawnego stanu, nagle pękła i wyszła przez nie łapa z wielkimi pazurami. Jack spojrzał jeszcze raz na "przeistaczające" się stworzenie po czym zbiegając po schodach krzyczał.
- Stiv, szykuj giwery! Będzie mięso!!!
Wybiegł przed dom. Przez okno na strychu wylatywały jasne promienie.
Stiv grzebał już w tylnym bagażniku i wyciągnął z niego dwie półautomatyczne strzelby jednolufowe... robią baaardzo duże dziury!
Stiv wskoczył za kierownicę i odpalił silnik Forda, samochód zaryczał jak jakaś bestia.
- Na przednie! - krzyknął Jack do Julii i Sary, te uczyniły to co nakazał. Sam wskoczył na tylne siedzenie. Samochód ruszył z piskiem opon. W pewnej chwili Jack dostrzegł jak przez okno na strychu wylatuje COŚ... coś przerażającego. Czarna, kudłata bestia o czerwonych oczach. Kawałki szkła upadły na mokrą nawierzchnię jezdni, a zaraz za nimi łapy stworzenia uderzyły o ziemię. To COŚ zaczęło biec ku ruszającemu samochodowi. Jack wziął do ręki strzelbę którą podał mu Stiv i strzelił raz do potwora który upadł na ziemię. Przeładował strzelbę, towarzyszyło temu miłe dla ucha trzeszczenie.
Oczy monstrum znów się rozwarły, a jego cielsko stanęło na nogach... począł biec.
Jack spoglądał na poczynania stworzenia przez dziurę w tylnej szybie którą zrobił nabój ze strzelby.
Przerażona Sara wrzeszczała ze strachu... po raz pierwszy w życiu widziała broń.
- Ciiiii... - matka próbowała ją uciszyć - Panowie nas obronią...
- Nie był bym taki pewien! - odezwał się kierowca.
- Stiv, nie strasz dzieci! - krzyknął z tylnego siedzenia Jack mając bez przerwy uśmiech na ustach.
Bestia z ogromną szybkością zbliżała się do auta. Jack znów strzelił jednak teraz stworzenie zrobiło unik, następnym razem też i następnym, unikało kul niczym Neo z Matrixa. Jack wziął drugą strzelbę do lewej ręki i pociągnął niemal równocześnie za spusty i oddał dwa strzały w kierunku stworzenia, jeden nie doszedł celu, za to drugi celną prosto w przednią łapę urywając ją od połowy w dół. Potwór uderzył pyskiem o ziemię i przejechał parę metrów po asfalcie. Skóra zdarła się z prawej strony pyska i zwisała bezwładnie. Oczy się zamknęły... ale czy na zawsze?
- Niezły trik z tym kołem na kurzu... - odezwał się z tylnego siedzenia spocony Jack.
- Dziękuję... wyczytałam to z jednej książki o duchach - Julia zwróciła się w stronę Jacka - Skąd wiedzieliście?
- Trudno było "NIE" usłyszeć tego grzmotu z dwururki! - dołączył się Stiv - Myśleliśmy, że to jakieś bombardowanie! - wszyscy parsknęli śmiechem.
- Mamusiu, kim są ci panowie? - Sara spojrzała to na Stiva to na Jacka.
- Ja jestem Stiv - skierował kciukiem na faceta siedzącego z tyłu - a to Jack. Nie chcę żeby to głupio zabrzmiało... jesteśmy, że tak delikatnie powiem, detektywami...
- ... od spraw nadprzyrodzonych - dodał Jack z tylnego siedzenia - w niektórych kręgach znanymi jako "łowcy demonów"... prawda że głupio?
- Aha... to wszystko wyjaśnia - uśmiechnęła się pogardliwie Julia.
- Teraz pewnie ma nas pani... - zaczął Stiv.
- Jestem Julia, a to moja córka Sara...
- A więc, teraz pewnie masz nas Julio za jakichś szajbusów z niewiadomo skąd, ale musisz uwierzyć na słowo, że może i trochę stuknięci jesteśmy, ale nie chcemy wam zrobić nic złego... - powiedział Stiv ciągle wpatrując się w ulicę.
- Przynajmniej umiecie się porządnie ubrać - wszyscy zaczęli się śmiać i śmiali się do momentu, w którym coś walnęło w przednią maskę.

***

Bob Damond i Phil Colins szli właśnie chodnikiem do biura szeryfa, gdy dojrzeli w oddali kilka osób idących w ich stronę. Bob je rozpoznał.
- Mat, Bill, Sid, Marta!? Gdzie idziecie?! - krzyknął do nich, ale pozostał bez odpowiedzi.
Około osiem osób nadal tępo szło w ich stronę, wchodzili w najgłębsze kałuże, w błoto itp. Gdy byli o kilka kroków od Boba i Phila ci dostrzegli coś przerażającego i dziwnego. Wszyscy którzy szli w ich stronę mieli źrenice zwrócone do wewnątrz, czyli oczy składały się jedynie z białka. Powieki ani drgnęły.
- Co jest z wami? - dodał Phil.
Tych kilka osób w pewnej chwili rzuciło się na Boba i Phila, nie z pięściami... ale z zębami. Jeden z nich nawet ugryzł Colinsa w śródręcze. Ludzie (?) rzucili się na Damonda i Colinsa. Ci postanowili się bronić i w ruch poszły pięści. Jeden po drugim otrzymywał niezwykle mocny cios w szczękę, ale wydawał się nawet tego nie czuć, nawet kobiety. Bob jednemu przyłożył tak mocno w twarz, że przeciwnik upadł na mokrą jezdnię, ale po chwili pozbierał się i wstał, za to pięść nieco bardziej ucierpiała. Obaj mężczyźni znaleźli w samym środku koła stworzonego przez miejscową ludność, było to ok. piętnastu ludzi. Otoczyli ich i tylko czekali by zaatakować. Bob i Phil nerwowo spoglądali w kółko patrząc na przerażające twarze ludzi... dobrych ludzi, których kiedyś znali... powtarzam "kiedyś znali"... co się z nimi stało? O co tu u diabła chodzi?
Już wydawało się, że ludzie rzucą się na tych dwóch w środku gdy do uszu wszystkich doszedł pisk hamujących opon. Tył czarnego Forda położył na ziemię kilku ludzi. Tylne drzwi otworzyły się i wyszedł przez nie Jack ze strzelbą w ręce. Jego czarny płaszcz poruszał się pod wpływem wiatru niczym chorągiewka. Oddał jeden strzał po czym przeładował broń, ciało z wielką dziurą w plecach upadło do środka koła... Phil spojrzał najpierw na nie, a potem na człowieka ze strzelbą. Z samochodu wyskoczył też Stiv z berettą w ręku. Jack wszedł w sam środek "dziwnych" ludzi i każdego który się do niego zbliżył traktował uderzeniem z drewnianej części strzelby.
- Do samochodu! - krzyknął Stiv do Phila i Boba, ci uczynili to co im kazano.
- Julia?! - krzyknął zdziwiony Bob - Co ty tu robisz?
- Nie ma czasu na wyjaśnienia! Wsiadajcie i uciekajmy stąd póki jeszcze możemy! - krzyknęła Julia, a Sara siedząca na kolanach mamy tylko pokiwała głową na wznak, że zgadza się z nią.
Phil i Bob z ogromną szybkością weszli przez tylne drzwi, zaraz za nimi do auta wskoczył Stiv, który wcześniej zdążył napakować ołowiem paru kolesi.
Jack również załadował się na tylne siedzenie rozwalając ze strzelby kobietę podchodzącą do drzwi które zaraz po tym zatrzasnęły się z ogromną szybkością. Samochód znów ruszył z piskiem opon tratując po kolei kolejnych śmiałków którzy stanęli mu na drodze.
- Co wy robicie?! - wrzasnął Phil - Przecież to są ludzie!
- To byli ludzie! - poprawił go siedzący obok Jack - Teraz już nawet ja nie wiem kim oni są!?
- Jak się domyśleliście, że oni to nie ludzie? - spytał Bob.
- Potrąciliśmy jednego - uśmiechnął się Stiv - później chciał nam ręce poodgryzać!
- Bo on chyba - dodał Jack - straszny żarłok był?
Stiv zaczął się głośno śmiać.
- Dlaczego my tacy... - zaczął Phil.
- Dlaczego my tacy nie jesteśmy? - dokończył Jack, a Colins pokiwał tylko głową - Sam nie wiem, coś tu się dzieje i to coś bardzo złego, jesteśmy w centrum miasta, większość ludzi stała się tym czym my się nie staliśmy... Musi być temu jakiś powód!
- Lepiej wynośmy się z tego miasta póki jeszcze możemy! - krzyknął przerażony Phil.
- Jeszcze nie! - odezwał się Bob - Musimy zajechać jeszcze na posterunek... tam są ludzie!
- Jaką mamy pewność, że oni nie stali się tacy jak TO? - spytał Jack.
- Żadnej...

***

Już słyszał strzał... słyszał jak jego ciało uderza ciężko o ziemię... słyszał jak gleba wali o wieko jego własnej trumny... w końcu w pomieszczeniu rozległ się strzał, a zaraz po nim głucha cisza zapanowała w biurze szeryfa. Jednak nie upadł... przez chwilę nie wierzył w to, ale żył! Otworzył oczy i zobaczył stojącego w drzwiach Stiva trzymającego w prawej ręce broń, kula z jego pistoletu trafiła w giwerę Danneg Tomsona, która upadła na podłogę. Po chwili na posterunek wszedł też Phil, Bob, Julia z Sarą, a na końcu Jack ze strzelbą w ręce, którą po chwili skierował w stronę wyjścia i oddał jeden strzał, przeładował broń i zatrzasną drzwi.
- Musimy się wynosić! - krzyknął Bob - Oni wcześniej czy później tu wejdą!
Zdziwienie Richarda, Nicka i reszty starej ekipy było tak wielkie, że niemal od razu wyciągnęli broń z kabur i skierowali ją w stronę Stiva i Jacka.
- A wy co? - krzyknął Richard - Z Matrixa żeście pouciekali?
- Spokojnie! - wrzasnął Phil - Oni są tymi dobrymi!
Richard z niechęcią schował z powrotem broń do kabury, to samo uczynił Nick.
- Co tu się dzieje? - spytał wreszcie szeryf po czym wyglądnął przez małe okienko - tam jest z pięćdziesiąt osób! Czego chcą?
- Jeść... - wymruczał Jack.
- To już nie są ludzie, Richard - zaczął Bob - To jakieś cholerne zombie!
- O czym ty gadasz? Przecież to mieszkańcy Lost Soul!
- I to jest właśnie najdziwniejsze! - dodał Phil - My też jesteśmy mieszkańcami, a jednak nie jesteśmy tacy jak oni! Peter miał rację, tu się dzieje coś bardzo niedobrego!
Danny ciągle stał bez ruchu oszołomiony tym co się przed chwilą stało, do okienka podszedł też Peter i powiedział. - Oni nie mają źrenic! - spojrzał na Jacka - Wy musicie coś wiedzieć, to was widzieliśmy w tym czarnym samochodzie...
- Widziałem wiele i to takich rzeczy, w które byście nigdy nie uwierzyli - oznajmił Jack - ale naprawdę nie wiem co tu się dzieje. To jakieś opętanie na szerszą skalę!
- Przez co? - oprzytomniał Danny - Przez demony? Gościu, chyba się za dużo "Egzorcysty" na oglądałeś!?
- Całkiem dobry film - dołożył swoje trzy grosze Stiv.
- Ty nie znasz mnie, a ja nie znam ciebie - mówił Danny patrząc na Jacka - i niech lepiej tak zostanie! Nie chcę mieć do czynienia z czubkami.
Ci którzy niedawno byli jego zakładnikami spojrzeli nań i tylko się uśmiechnęli.
- Co to za ścierwo tu leży? - spytał Stiv.
- Ty! - zaczął Danny - Uważaj sobie, to mój brat!
- Ładnego masz brata - rzucił hasło Stiv, a Danny już się szykował by go uderzyć i pewnie by to zrobił, gdyby nie poczuł przy głowie lufy strzelby - Uważaj! Robi wielkie dziury.
- Co zrobił - spytał Jack patrząc na Petera.
- Chciał nas wszystkich pozabijać! - zaczął wyjaśniać - Ktoś kiedyś zabił mu rodzinę, a on teraz się mścił, tylko nie wiem dlaczego na nas? To on zabił kilku ludzi!
- A co miałem zrobić? Oni zabili mi rodzinę! Co ty byś zrobił? - spytał Jacka Danny.
- On też coś takiego przeżył... - odezwał się cicho Stiv.
- I co zrobiłeś? - zaczął się drażnić Tomson - Pewnie zadzwoniłeś na policję i czekałeś jak ta lalunia żeby zgarnęli mordercę?
- Nie... - Jack wypowiedział to szeptem - Zabiłem drani...
Dannemu posmutniała mina.
- Kim byli? - z dociekliwością w głosie Richard.
- Nie mów, oni ci... - ale Jack przerwał Stivowi jednym wyrazem.
- Wampirami... - ciągle szeptał.
Wszyscy momentalnie zamilkli. Cisza trwała długo... za długo.

Gdy atmosfera się nieco rozluźniła Bob i reszta wytłumaczyła o co tak mniej więcej chodzi, przedstawili "łowców demonów", a później tylko czekali... siedzieli na posterunku i czekali. Zabili jakimiś deskami i stołami okna, gdyż dawni mieszkańcy Lost Soul z coraz większym impetem starali się wtargnąć do budynku.

***

Wszyscy siedzieli w środku, przerażeni, spoceni. Julia i Sara Parkins skulone w koncie szeptały coś do siebie. Nick Kein leżał oparty plecami o ścianę i przyciskał zakrwawiony bandaż do rany po kuli. Richard Bred siedział na krześle i co chwila sprawdzał ilość amunicji w swym ośmiostrzałowym colcie. Phil Colin bez przerwy zerkał nerwowo przez mało szparkę między deskami i obserwował czy mieszkańcy miasteczka nie szykują jakiegoś ataku. Bob Damond cały spocony krążył w kółko, to do celi to pod krzesło na którym spoczywał szeryf. Stiv McQueen w tym czasie rozmawiał szeptem z Peterem O'Neilem.
- Oglądałeś kiedyś pierwszą "Noc żywych trupów"? - spytał Stiv.
- Nie... a co to ma wspólnego... - rzekł Peter.
- Tamci bohaterowie byli w tym samym położeniu co my - staną na chwilę - Kilka osób siedziało w starym domu, nie mogli uciec, ze wszystkich stron otaczały ich zombi!
- Jak to się skończyło?
- Tylko jeden przeżył... przeżył najlepszy.
- A więc muszę być najlepszy by przet... - natychmiast przerwał mu Stiv:
- Ale poczekaj, ten najlepszy dostał kulkę w łeb od swoich i nie przeżył nikt - po czym uśmiechnąłsię szeroko.
- Dzięki za pocieszenie.
- Stiv, na dziś starczy tych opowiastek umilających atmosferę - powiedział przechodzący obok Jack Karnbi. Tylko on myślał jak wydostać się z tego posterunku. Wiedział, że w bagażniku ma mnóstwo broni, ale trzeba się tam dostać. A wtedy pójdzie już jak po maśle. - Aha... pamiętasz przecież, że ten, który dostał w łeb od swoich, był czarny - Jack zaczął się śmiać szyderczo.
- Ho... ho... ho... - udawał śmiech Stiv.
- Dobra towarzystwo! - krzyknął wreszcie Jack - Wychodzimy!


Winix

winix@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||