<< Pink Floyd "p.u.l.s.e" >>



Wydawanie płyt jedynie z wersjami koncertowymi utworów jest przez wielu uważane za zwykłe odcinanie kuponów. Zdaniem tych ludzi niepotrzebnie kupujemy album z dopiskiem "live", gdyż różni się on od oryginalnego tylko mniej czystym brzmieniem i dodanymi wrzaskami fanów w tle. Ci ludzie jednak nie potrafią dostrzec prawdziwej magii i siły utworów granych na żywo. Wersje koncertowe a studyjne to bardzo często (acz nie zawsze) dwie całkiem odmienne sprawy.

Album "p.u.l.s.e" Pink Floydów, jak pewnie zdążyliście się już domyślić, jest koncertówką. To dwa sidiki po brzegi wypełnione utworami pochodzącymi z różnych, wcześniejszych albumów tej brytyjskiej grupy. Same nagrania może nie są zbyt świeże, ale dziadek Gilmour tchnął w nie troszeczkę życia, przez co przeżywają drugą młodość i niektóre z nich trudno jest poznać - tak odbiegają od oryginałów. Wszystko zgrano w roku 1994, podczas jednej z ostatnich wielkich tras koncertowych Floydów.

Każdy z nas się starzeje i panowie z Pink Floyd nie są tutaj wyjątkiem. Najbardziej da się to odczuć słuchając wokali. Nie uważam jednak iż są one gorsze. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że wraz z latami przybyło Floydom wiarygodności. Te lekko chrypkowate głosy wręcz idealnie pasują do utworów takich jak "High Hopes", "Sorrow" czy "Comfortably Numb". Gilmour nie śpiewa bynajmniej jak osoba z rakiem krtani, lecz, wbrew pozorom, potrafi wydobyć z siebie jeszcze w miarę czyste dźwięki. Z partiami gitarowymi sprawa wygląda troszeczkę inaczej. Są GENIALNE. Doświadczenie Gilmoura robi swoje i każdy utwór jest dopracowany do perfekcji. Nie ma ani jednego fałszywego dźwięku, ani jednej zbędnej nuty, aż brak mi słów by opisać piękno gitarowych wyczynów pana G. Szkoda tylko, że Roger Waters odszedł z grupy i nie pojawił się na tym nagraniu.

A wystąpili w składzie:
Pink Floyd:
David Gilmour - główna gitara i główny wokal
Nick Manson - perkusja
Richard Wright - keyboard, wokal

oraz:
Sam Brown - wokale w tle
John Carin - keyboard, wokal
Claudia Fontaine - wokal w tle
Durga McBroom - wokal w tle
Dick Parry - saksofon
Guy Pratt - bas, wokal
Tim Renwick - gitara, wokal
Gary Wallis - perkusja

Na jakiej podstawie były dobierane do tego albumu utwory - pojęcia nie mam. Wszystkich co prawda słucha się wyśmienicie i każdy kawałek ma swój własny, nowy blask, ale z pewnością nie są to "Greatest Hits", choć i tych największych utworów nie zabrakło. Jest skrócona nieco, bo do dwunastu minut, wersja "Shine On You Crazy Diamond", jest dramatyczne "Hey You", jest boskie "High Hopes", jest też niezwykle oklepane "Another Brick In The Wall part 2" - ten ostatni w zupełnie nowej wersji, prawie go nie poznałem. Na drugiej płytce znajdziemy wszystkie utworki z "Dark Side Of The Moon" plus kilka bisów. A bisy to nie byle jakie. Akustyczny "Wish You Were Here", przy którym widownia swym śpiewem prawie zagłusza Gilmoura - coś niezwykłego, aż chciałoby się tam być. Drugi z bisów to "Comfortably Numb" - totalnie odmieniony i jest to, moim skromnym zdaniem, najcudowniejszy utwór na płycie. Tej solówce gitarowej nie podskoczy nic (za wyjątkiem "High Hopes" oczywiście). Po prostu miód, miód i jeszcze raz miód! Można tego utworu słuchać w kółko. David Gilmour znów pokazał, że jest mistrzem gitarowych improwizacji.

Lista utworów:

Disk 1 Disk 2
  "The Dark Side Of The Moon"
1. Shine On You Crazy Diamond 1. Speak To Me
2. Astronomy Domine 2. Breathe
3. What Do You Want From Me 3. On The Run
4. Learning To Fly 4. Time
5. Keep Talking 5. The Great Gig In The Sky
6. Coming Back To Life 6. Money
7. Hey You 7. Us And Them
8. A Great Day For Freedom 8. Any Colour You Like
9. Sorrow 9. Brain Damage
10. High Hopes 10. Eclipse
11. Another Brick In The Wall part 2 Bisy
  11. Wish You Were Here
  12. Comfortably Numb
  13. Run Like Hell

 

Pudełko, w którym płytki się znajdują jest dość niecodzienne. Przypomina raczej szufladkę, z której wysuwamy grubo oprawiony album ze zdjęciami z koncertów. Zdjęć jest dość sporo i, trzeba im to przyznać, robią wrażenie. Cudowna gra świateł na pięknych fotografiach i staranne wykonanie albumiku sprawiają, że jest on wartością samą w sobie. Troszeczkę drażni brak tekstów do utworów, ale oglądając przepiękne zdjęcia szybko o tekstach się zapomina. Bardzo miły prezent dla fanów, którzy w koncertach nie mogli uczestniczyć.

Panowie z Pink Floyd pokazali, że koncertówki mogą być znacznie lepsze od zwykłych nagrań. Specyficzne brzmienie, które gitary mają pod gołym niebem całkowicie zmienia utwory i nijak nie da się go porównać z tym studyjnym. To niby te same, stare i dobre nagrania, a jednocześnie zupełnie inne. Album zdecydowanie wart jest swojej ceny, mimo iż cena ta zbyt niska nie jest (ok. 80 zł). Polecam każdemu fanowi dobrego, gitarowego grania (fanom Floydów polecać nie muszę, gdyż tej płyty nie mieć to dla wielbiciela PF wstyd).


Ocena: 10/10


Kulturny << kulturny@interia.pl >>