LIQUID TENSION EXPERIMENT
"LTE 2"


Ach Liquid tension experiment. Miała Być muzyczna efemeryda ale panom Levin'owi, Petrucci'emu, Portnoy'owi i Rudess'owi tak spodobała się współpraca (w przypadku Petrucci'ego, Portnoy'a i Rudess'a-zwłaszcza to przecież członkowie Dream Theater) że rok po debiucie postanowili wydać kolejny album. Nazwany niezbyt oryginalnie lte2,ale nie oszukujmy się, nie o to w tej muzyce chodzi. Ma być ultra szalenie i diabelnie technicznie.

I tak też jest. Ok nie ma tu utworu szalonego na miarę Paradigm Shift z pierwszej płytki (którego 2 pierwsze minuty to chyba jedne z najbardziej zwariowanych 2 minut spośród wszystkich 2 pierwszych minut utworów jakie słyszałem:)), ale już pierwszy utwór Acid Rain zakręci cię tak że będziesz miał problemy z wytrzeźwieniem przez następne 2 dni.

Biaxident to ukłon w stronę fusion. A środkowa latin-like sekcja skradnie twą duszę (i nie odda przez długi czas). Ten środek jest tak smakowity że przez pewien okres czasu z całego utworu tylko go wysłuchiwałem. Głupie? Uwierzcie mi jest fantastyczny.

914 pozostaje w klimatach jazz-rockowych. To jeden z setek jam'ów jakie Levin, Portnoy i Rudess grali oczekując na powrót John Petrucci'ego, gdy ten (jako że wcześniej nie wspomniałem więc teraz wspominam) oczekiwał w szpitalu przyjścia na świat swojej córeczki Kiary.

Jej zresztą poświęcony jest najdłuższy utwór na tej płycie When The Water Beaks. Przez cały utwór (czas trwania niecałe 17min) przewija się niesamowity gejzer pomysłów i motywów instrumentalnych. I nawet pomimo tego że po ok. 7 minutach pomysły te nie są już tak ciekawe jak poprzednie to i tak utwór do samego końca trzyma poziom.

Zapędziłem się trochę i zapomniałem w wspomnieć o utworze Another Dimension. Jeden z ulubionych utworów Johna ponieważ "obrazuje hybrydową naturę LTE. Mix ciężkich, złowieszczych rifów, latynoskich akcentów i kompleksowych podziałów czasowych..." I tak właśnie można określić ten utwór. Słyszeliście kiedyś solo akordeonowe przechodzące po chwili do metalowej psychodelii? Nie? W tym utworze możemy takie cuda nie widy (a raczej nie słychy) znaleźć (że nie wspomnę o błyskawicznym przechodzeniu z 6/8 do 5/8!).

Chewbacca to szósty utwór. Kolejny jam pt.:" Oczekując na Johna P." Po powrocie John wziął taśmy na warsztat i dograł swoje partie gitary dając złudzenie napisanej kompozycji (Coś jak Fracture - King Crimson tyle że tam zespół jamował do napisanych wcześniej partii gitary Fripp'a). Cały utwór nosi wyraźne ślady King Crimson. Chodzi mi mianowicie o tę środkową sekcję gdzie Tony Levin przypomina nam swoje "burknięcia" (dosłownie jakby ryczący Wookie!!!) chapman stickiem podobne do tego co wyczarował na Thrak (no chyba że te burknięcia z Thrak'a to sprawka Treya gunna:)).

Liquid Dreams to kolejny improwizowany jam!!! tym razem Petrucci po powrocie puścił sobie taśmę z nagraniem i przy niej improwizował . Niezwykle piękny to utwór z zapierającą dech w piersiach końcówką (uwaga na bass Levina!!!) pomimo że nic na to nie wskazywało, ponieważ po pierwszych 5 min Rudess zaczyna odgrywać pierwsze skrzypce ze swoimi syntezatorami. Cóż jeżeli ktoś to lubi. Mi bardzo przeszkadza jego "wychodzenie przed zespół" zwłaszcza w Dream Theater (Kevin albo Derek wróćcie!!!!)

"Gdy wszystko inne było już zakończone, John i ja weszliśmy jeszcze późną nocą na parę godzin do studia by stworzyć nasz duet". Hourglass to wspaniała piękna kołysanka kończąca tą rozszalałą płytę. Zrobiła ona sporo zamieszania wśród moich znajomych którzy ją usłyszeli ( cześć Klaudia i Agnieszka:)). Jest to znakomity utwór na zakończenie płyty.

To nie jest płyta, która wami wstrząśnie. To nie jest płyta, która sprawia, że warto choćby dla niej żyć. To w dużej mierze muzyka dla muzyków. Ultra techniczna ale posiadająca tyle ciepła, spontaniczności. Słychać że autorzy równie dobrze bawili się ją komponując i grając co my słuchając. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział cóż to za dziwo to powiem tylko, że ogólnie to coś na podobę dokonań Satrianiego (na myśl przychodzi mi głównie Extremist) ale bardziej zakręcone, jeszcze techniczniej zagrane i ze wpływami jazz-rockowymi. Skosztujcie a nie pożałujecie

Ocena: +8/10

PS. Podczas pisania tej recenzji słuchałem (jakby to kogoś obchodziło) The Mars Volta "De-loused In The Comatorium".


© The Silent Man <dio6@wp.pl>